wtorek, 27 listopada 2018

Zostań o poranku




Opis: Jerzy nie spodziewał się, że w wieku trzydziestu siedmiu lat jego życie zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni, a jednak tak się stało. Nie był w stanie tego przewidzieć, ani tym bardziej temu zapobiec. Nie potrafił uchronić się przed skutkami własnego postępowania, które zaprowadziło go do tego punktu.
Punktu, którego nienawidził. Do osób, którymi gardził. Do sytuacji, która była dla niego obca i niepojęta i która miała spowodować jeszcze większe zmiany w jego życiu...
A także w nim samym.
Na ten moment jednak, Jerzy był tylko zwykłym homofobem, człowiekiem zgorzkniałym i kimś, kto desperacko wmawiał sobie, że wszystko z nim w porządku, mimo że wcale tak nie było. Jednakże o tym miał dowiedzieć się później, dużo później, w momencie, w którym uświadomi sobie, jak wiele stracił.
I jak wiele może jeszcze zyskać.

„Zostań o poranku” to historia opowiadająca o sile i słabościach ludzkiego charakteru, poruszająca tematy homofobii, uzależnień oraz seksualności. Traktuje o przeprawie głównego bohatera przez życie, które, jego zdaniem, miało się skończyć po straceniu rodzinnej firmy i podporządkowaniu  się Marcinowi Słowińskiemu oraz jego partnerowi Łukaszowi Nakoniecznemu.
Jerzy nie wiedział jednak, że to, co zdawało się końcem, będzie dopiero początkiem przeprawy przez otaczający go świat oraz przez własną osobowość, a także rozpocznie całkiem nowy rozdział w jego dotychczasowym życiu.

Ostrzeżenia: wulgaryzmy, przemoc, opisy homoerotyczne, kontrowersyjne poglądy
Gatunek: powieść obyczajowa, dramat, romans
Status: zakończone
Data publikacji:
12.2018- 07.2020
Beta
: Fugax (rozdziały 1-?)

środa, 14 listopada 2018

Rozdział 32

Przez cały wieczór czuł się gównianie. W głowie miał Kacpra – te jego głupio wykrzywione usta, srogie spojrzenie i nie mniej srogie słowa. Czy chłopak naprawdę zamierzał być na niego zły i to przez coś takiego? Przecież nie mógł wymagać od niego, by zaczął go całować! Nie pamiętał już ich przeszłości?! Nawet ze względu na nią, a może szczególnie przez nią, nie powinien tego robić!

Ale zrobił.

A potem był obrażony! No co za człowiek!

Był obrażony nie tylko we wtorek. W środę również się nie odzywał, w czwartek telefon Marcela wciąż milczał, a on z niepokojem spoglądał w kalendarz… Do końca miesiąca nie zostało zbyt wiele czasu.

Plusem w tej całej sytuacji było chociaż to, że i Kuba już go nie męczył. Na początku wydawało mu się to trochę dziwne, ale po dłuższym zastanowieniu, doszedł do wniosku, że w hipotezie Kacpra musiało tkwić ziarno prawdy. Dlatego Kuba więcej nie napisał – jego tajemnica została zdradzona. Reputacja go dopadła. Został odkryty. Przynajmniej tak wydawało się Rogackiemu.

Marcel przez tych kilka dni nie miał co ze sobą zrobić. Krzątał się z kąta w kąt, dokuczał Zuzi, rozmawiał z mamą, nawet wziął się za naukę, bo w szkole zasypywali ich niebotyczną ilością kartkówek i sprawdzianów, a przecież był to dopiero pierwszy miesiąc…!

Brakowało mu również Bartka, do którego odważył się napisać we wtorek, po nieprzyjemnie zakończonym spotkaniu z Wawrzyńskim. Sójka jakoś się trzymał. Chodził do szkoły, a ojciec wynajdywał mu niestworzone zajęcia do roboty, co chyba było dobre, bo Bartek chociaż nie myślał o Mandy. W końcu nawet spytał się, czy zobaczą się w piątek, na co Rogacki poczuł ogromną ulgę.

Pewnie, że się zobaczą. Już on tego dopilnuje!

Cieszył się, że Bartek w końcu się otworzył i z nim normalnie porozmawiał, z drugiej strony w ogóle się nie cieszył, bo Kacper, jak na złość, wydawał się zamknąć na amen. Przez myśl przeszło nawet Marcelowi, że być może wcale się już nie odezwie? To byłoby nie w porządku.

Piątkowe popołudnie w końcu nadeszło, co Marcel przyjął z ulgą. Po szkole zjadł coś szybko, przebrał się w lżejsze ciuchy i poszedł pod dom Bartka, chociaż wcale się tam nie umawiali. Zrobił to na wszelki wypadek, gdyby chłopakowi się coś uwaliło i znowu nie chciałby go widzieć. Na szczęście chciał. Gdy tylko Marcel doszedł pod jego dom, zobaczył Sójkę na podwórku. Chłopak kosił trawę z wetkniętymi w uszy słuchawkami. Nawet go nie zauważył, kiedy Marcel podkradł się do niego i położył mu dłoń na ramieniu. Podskoczył gwałtownie.

– Jezu! – krzyknął, odwracając się przez ramię. Spojrzał na przyjaciela krzywo, z niesmakiem. Rogacki wyszczerzył się do niego szeroko, po czym podał mu dłoń.

– No, prawie zgadłeś – zażartował słabo z ulgą lustrując znajomą twarz. – Dobrze cię widzieć. – Westchnął cicho, a Bartek uśmiechnął się złośliwie.

– Tylko się nie popłacz. – Najwyraźniej jako tako się trzymał. Skoro sobie z niego żartował, nie mogło być z nim tak źle.

– No nie wiem – odparł, udając, że ściera łzy spod oczu. Bartek uśmiechnął się szeroko.

– Poczekasz chwilę, co? Muszę to skończyć, a nie zostało mi dużo.

– Pewnie. – Na dobrą sprawę mógłby czekać i godzinę, a nawet więcej, byleby tylko znowu odzyskać przyjaciela.

Bartkowi na szczęście nie zeszło się tak długo, już po dwudziestu minutach odstawił kosiarkę do garażu i podszedł do Marcela, który rozgościł się przy stole ogrodowym.

– To co? Idziemy gdzieś, nie? – zapytał, przeczesując dłonią spocone od pracy włosy.

– Wisła?

– Może być i Wisła – zadecydował, więc Marcel ruszył dupę z siedzenia i pomaszerowali przez miasto, aż dotarli na obrzeża. Przeszli przez most na drugą stronę rzeki.

Szli przy sobie przez opustoszałą dróżkę. Bartek wciskał ręce w kieszenie jasnych dżinsów, a jego letnia bluza powiewała na wietrze. Marcel prezentował się nie gorzej ze swoimi rozwichrzonymi włosami i nikłym uśmiechem. Co raz, patrząc pod nogi, kopał jakiś biedny kamyk. Sójka za to wlepiał spojrzenie w płynącą spokojnie rzekę. Przez większość czasu milczeli, aż wreszcie dotarli do swojego ulubionego miejsca – małej, piaszczystej plaży osłoniętej drzewami od strony mostu. Tutaj nikt ich nie widział. To było tylko ich miejsce.

– Wiesz co? – zaczął spokojnie Bartek, przysiadając na wielkim konarze.

– Hm?

– Widziałem się z nią – szepnął. Marcel spojrzał na niego uważniej i usiadł obok, stykając się z nim ramieniem.

– I co? – spytał cicho.

– Prosiłem ją, żeby do mnie wróciła – mruknął, odchylając głowę do tyłu. Zapatrzył się w błękitne niebo. – Wybaczyłbym jej wszystko, naprawdę. Więc ją prosiłem i prosiłem, a ona stała przede mną ze spuszczonym wzrokiem i przystawała z nogi na nogę. Widziałem, że tego nie chce. Widziałem, jak bardzo jej wstyd, a mimo tego nie mogłem przestać. Jak idiota ją błagałem, a ludzie patrzyli na nas ze zdziwieniem, odwracali głowy. Wiesz, co mi powiedziała? „Bartek przestań, ludzie patrzą”. Ludzie patrzą! Wtedy się opamiętałem. – Zacisnął dłonie w pięści. – Poszedłem, plując sobie w brodę, że jak największy debil prosiłem ją, by do mnie wróciła. Ale wiesz, co jest najgorsze? Że każdego dnia kusi mnie, by zrobić to samo – warknął, wstając gwałtownie. Zaczął przechadzać się w tą i z powrotem, a Marcel sunął za nim wzrokiem. Zasępił się. – Nie wiem, co mnie powstrzymuje. Chyba tylko widok jej spuszczonej głowy… – mówił wkurzony, a ręce mu się trzęsły.

– Powiedziała ci chociaż dlaczego?

– Ta – sapnął, podchodząc do brzegu rzeki. – Powiedziała, że trwało to już tak długo, że praktycznie od przedszkola to się ciągnie, chociaż dopiero od gimnazjum byliśmy parą. Miała zresztą rację. Odkąd pamiętam ona była i nigdy sobie nie wyobrażałem, by kiedyś to się skończyło… A ona najwyraźniej nie wyobrażała sobie, żeby trwało dłużej. – Pochylił się. Chwycił jakiś większy kamień, po czym cisnął go do wody. – Zastanawiam się, jak długo to trwało? Naprawdę byłem aż taki naiwny? Wiedziałeś o czymś? – zapytał ostrzej, obracając się przez ramię. Marcel zamrugał zaskoczony.

– Oczywiście, że nie! – powiedział bez wahania, zresztą była to najszczersza prawda! Bartek przytaknął.

– Chyba już zaczyna mi odbijać – jęknął, a jego smutne spojrzenie zatopiło się w wodzie. – O ile już nie odbiło.

Marcel w końcu postanowił zwlec się z konara. Stanął przy Bartku, również schylając się po jakiś kamień.

– To chyba tak jak mi – mruknął smętnie, rzucając kamieniem do rzeki. Sójka spojrzał na niego pytająco.

– Znowu wpakowałeś się w jakieś gówno? – Marcel skinął głową.

– Jeżeli Wawrzyńskiego można nazwać gównem, to tak – bąknął. Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał, jedynie rzucali kamieniami do wody, a odbijające się od Wisły słońce raziło ich po oczach.

– Więc? O co chodzi z tym Wawrzyńskim? Tak szczerze, to wtedy w jego mieszkaniu nie wydawał się jakby miał wobec ciebie jakieś krwiożercze zamiary.

– Bo nie ma. I to jest chyba gorsze – przyznał niemrawo, spoglądając na profil przyjaciela. – On… Ja już serio nie wiem, co mam myśleć! – sapnął ze złością, krusząc kamyk ulepiony z gliny w dłoniach.

– Chyba nie do końca czaję, co próbujesz mi przekazać – odparł Bartek, chociaż jego zaskoczone spojrzenie prześlizgujące się po twarzy Marcela, wskazywało na to, że domyślał się, co takiego chciał mu powiedzieć.

– Chodzi o to, że… On naprawdę jest inny niż wtedy. Wciąż absolutnie nieznośny i to tak nieznośny, że nie mogę przestać o nim myśleć! Rozumiesz, że przestał się do mnie odzywać?! On? Po całym tym czasie?

– Nie rozumiem. Powiedz mi, co się działo przez ten czas. To, że gram zawsze magiem, nie sprawia, że jestem jasnowidzem. Nie wiem wszystkiego – sarknął, w dalszym ciągu dość zaskoczony. Jego zdumienie nie przemijało, zwłaszcza kiedy Marcel opowiedział mu o imprezie, o tym jak później Kacper wpakował mu się do łóżka, jak siedział z nim podczas choroby, no i to, w jaki sposób się obraził.

– A co z Kubą?

– Niewypał. – Nie chciał mówić nic więcej. Zamiast tego popatrzył na przyjaciela, zastanawiając się, czy ten przypadkiem go nie wyśmieje.

Nie wyśmiał.

– I myślisz, że to dobry pomysł? Ta cała akcja z Kacprem?

– Uważam, że to absolutnie beznadziejny pomysł! Ale aż mnie nosi, że on tak po prostu mnie olał. Dwa tygodnie temu przyjąłbym to jako dar od losu, a teraz? Nie wiem, co on ze mną zrobił – jęknął, wciskając stopy w mokry piasek. Najchętniej to by się zatopił w nim cały, by już nie musieć oglądać tego parszywego świata!

– Czyli on… Podoba ci się?! – wyrzucił w końcu z siebie Sójka, chwytając Rogackiego za ramiona. Potrząsnął nim.

– Boże, Bartek! Wiem, że to pojebane, ok? Nie trzęś mną!

– Nie wierzę – szepnął, wpatrując się w Marcela z szokiem wymalowanym na twarzy. – Usiądźmy, co? – zaproponował łagodniej, ciągnąc Rogackiego za rękaw. – Nie mogę w to uwierzyć! Ale z wyglądu też? Przecież zawsze mówiłeś, że jest paskudny…

– Nie jest paskudny!

– No nie jest paskudny – przyznał mu rację. – Ale myślałem, że jest totalnie nie w twoim typie.

– A myślisz, że ja tak nie myślałem?!

– To co ci się w nim podoba? – zapytał Bartek. Chyba trochę poprawił mu się humor.

– No… – zaczął niespiesznie, wizualizując sobie obraz Kacpra. – Ma ładne… oczy. Takie niebieskie. I długie rzęsy. Teraz, jak mu odrosły włosy, to też wyglądają ładnie – mówił w skupieniu, a Bartek uśmiechał się pod nosem coraz szerzej.

– Boże, czy ty siebie słyszysz?

– O co ci chodzi?!

– To najbardziej gejowska rzecz, jaką w życiu słyszałem – parsknął, popychając Marcela psotnie w ramię.

– Tak? Super! W takim razie w ogóle nie będę się odzywać – sarknął obrażony.

Przez kolejne kilka minut żaden z nich się nie odzywał. Siedzieli tylko przy sobie, oddychając miarowo. Wiatr rozwiewał im włosy, a piasek szeleścił pod stopami. Chwytali ostatnie podrygi lata, delektując się słońcem na twarzach.

– Dlaczego po prostu się do niego nie odezwiesz? – bąknął w końcu Bartek.

– To nie takie łatwe.

– Nie. To jest łatwe – zaprzeczył, wzruszając ramionami. – Co się boisz? W najgorszym wypadku skończycie jako para na kilka długich lat, a w końcu i tak wszystko się rozpieprzy. Chociaż raz zrób to, co czujesz. Bo, bez obrazy, rzadko ci się to zdarza.

Marcel przytaknął głową. Bartek miał rację.

Odezwie się do Kacpra!

Nazajutrz pracował do szesnastej i z wytęsknieniem zerkał za okno. Było słonecznie, ale coraz zimniej, co od dobrej godziny jego pracodawca błogosławił z uradowaną miną.

– Już mam dość tych upałów.

– Ja uwielbiam lato – odparł nieśmiało, spoglądając na własne dłonie; jego karnacja była ciemniejsza niż u przeciętnego Polaka, co bardzo w sobie lubił.

– Ale ileż można! – Mężczyzna narzekał dalej, a Marcel jedynie przytakiwał mu z roztargnieniem. Chciał już wrócić do domu, a potem odezwać się do Kacpra. Został im w końcu ostatni weekend września… Nie chciał go zmarnować.

Było wpół do siedemnastej, kiedy wpadł do swojego pokoju. Odkąd skończył pracę, pisał co chwilę wiadomość, którą zaraz kasował. Nie wiedział, jak niby miałby zakończyć to milczenie. To nie było przecież wcale takie proste! A potem przypomniał sobie słowa Bartka. Dla niego by było, prawda?

Wyciągnął telefon.

„Hej. Może miałbyś ochotę ze mną wyjść? Na rowery? Lato zaraz się skończy, więc pomyślałem, że byłoby miło.”

Nie myślał za dużo. Wysłał wiadomość.

Bał się, że może Kacper jej nie zobaczy albo nie zechce na nią odpisać, ale już po chwili dostał odpowiedź.

„Możemy wyjść.”

Marcel się skrzywił. Ciężko było mu stwierdzić, czy Kacper dalej był obrażony, gdyż zazwyczaj pisał tak… Tak właśnie. Rzeczowo i na temat.

„To ja podjadę do ciebie. Za pół godziny, pasuje?”

„Tak.”

Cóż. Chyba jednak był obrażony.

Mimo to Marcel nie chciał tracić entuzjazmu. Wszedł do kuchni, gdzie w oka mgnieniu przeszukał szafki – znalazł kilka różnych owoców, więc skroił z tego szybko sałatkę. Wziął ze sobą butelkę wody, do plecaka wpakował mały kocyk i już musiał wychodzić.

Stresował się niemiłosiernie, kiedy był już pod klatką. Naciskał nogami na pedały, a dłońmi hamował rower. Serce biło mu w przyśpieszonym tempie, a oddech uciekał mu z piersi, za co szybko się skarcił. Nie powinien się tak denerwować.

Przeszło mu na chwilę, gdy już zobaczył Kacpra. Chłopak szedł ze swoim rowerem, ale miny nie miał najszczęśliwszej. Był trochę zasępiony, trochę zamyślony, a kiedy na niego spojrzał w oczach miał coś na kształt zrezygnowania.

Marcel zmieszał się bardziej niż mógłby przypuszczać.

– Hej – rzucił, siląc się na swobodny uśmiech.

– Hej – odpowiedział Kacper, przystając przy nim. Wsiadł na rower, po czym odchylił się i spojrzał na niego wyczekująco.

– Więc… Więc pomyślałem… Że może pojedziemy tam, gdzie wtedy…? – wykrztusił, kurcząc się w sobie. Nie poznawał tego spojrzenia.

– Mhm, tam będzie w porządku. – Przytaknął, odrywając nogi od ziemi. Marcel pojechał za nim, czując nieprzyjemne sensacje w żołądku. Czy naprawdę Kacper będzie się na niego cały czas gniewać?

Jak się okazało, owszem, Kacper się gniewał. Nie odzywał się do niego ani słowem, a minę miał zamyśloną. Unikał spojrzenia Marcela, który – jak nigdy – starał się złapać wzrokiem niebieskie oczy. Jechali już dłuższą chwilę, właśnie wyjeżdżali z lasku. Tym razem żaden z nich się tak nie spieszył, więc nie byli aż tak zmęczeni. Kacper nie proponował żadnych przerw, nawet kiedy dojechali już pod pamiętnego kasztanowca. Marcel zwolnił.

– Hej… – rzucił speszony. – Myślałem, że może… Może się zatrzymamy? – zapytał, patrząc, jak Kacper odwraca głowę w jego stronę.

– Możemy.

Marcel odetchnął z ulgą. Chciał przecież na spokojnie z nim porozmawiać.

Zeszli z rowerów, rzucili je na łąkę. Wokół nie było już chabrów i maków, jedynie jakieś małe, białe kwiatuszki wystawały znad traw, zdobiąc puste przestrzenie.

Marcel odetchnął głośno, po czym poszedł pod ich drzewo. Kacper na szczęście poszedł za nim.

– Wziąłem koc… – napomknął, ściągając z siebie plecak. Nie patrząc na chłopaka, rozłożył go pod drzewem. – Usiądziemy?

– Czemu nie – zgodził się Kacper i usiadł. Oparł się o pień drzewa, po czym spojrzał w dal. Marcel sapnął w duchu. Wawrzyński naprawdę był uparty jak cholera!

– Widziałem się wczoraj z Batkiem – zaczął, samemu gramoląc się na koc. Głowa Kacpra nawet nie drgnęła.

– I co z nim? – padło, chociaż było to raczej pytanie z grzeczności.

– Nadal nie najlepiej. – Westchnął, opierając się plecami o drzewo. Ramieniem zetknął się z Kacprem, na co chłopak sapnął jakby poirytowany. – Chciał wrócić do Mandy, ale ona chyba nie bardzo…

– Mhm.

Rogacki zasępił się. Gniewnie spojrzał na pogrążoną w zamyśleniu twarz i przypomniał sobie, że właśnie takich momentów nienawidził – pełnych milczenia i niewypowiedzianego żalu. Bo chyba właśnie to czuł Kacper. Żal o ten jeden, pieprzony pocałunek!

– Tak w ogóle to zrobiłem nam sałatkę owocową, chcesz? – Próbował dalej.

– Możesz dać – padło jedynie, co doprowadziło Marcela do białej gorączki. On tu się starał, niemalże na rzęsach stawał, żeby temu dogodzić i taka była reakcja! Zwłaszcza że to przecież nie Marcel chciał coś udowodnić tym miesiącem Kacprowi, tylko na odwrót! To on powinien się starać! On powinien go zagadywać, śmiać się z nim lub z niego – bez znaczenia – a nie trwać w tym milczeniu!

Marcel wyciągnął z plecaka sałatkę i dwa widelczyki. Jeden z nich podał bez słowa chłopakowi. Poczuł się okropnie zawiedziony.

Nie wiedział, ile trwali w tej ciszy – dziesięć minut, dwadzieścia? Pół godziny? Przez cały ten czas Kacper nawet na niego nie spojrzał, więcej! Wyciągnął telefon i wgapiał się w niego, podczas gdy Marcel łypał na niego srogo raz za razem.

Czuł się gorzej niż przez cały ten miesiąc i jeszcze nawet poprzedni. Jakby… coś stracił. Może to miękkie, pełne uczucia spojrzenie? A może uśmiech, lekkie skrzywienie warg, niegdyś znienawidzone, a teraz tak bardzo wyczekiwanie?

Czy naprawdę Kacper mógłby przestać się nim interesować z dnia na dzień? I tak by się to miało skończyć…? Marcel nie tak to sobie wyobrażał.

Z coraz większą desperacją zerkał nerwowo na Kacpra, a potem na zachodzące, czerwone słońce. Miał wrażenie, że czas się dla nich zatrzymał, a oni trwają w tej nieprzyjemnej chwili.

…Dlaczego? Dlaczego Kacper dalej tutaj z nim siedział, skoro wyraźnie nie miał na to ochoty? Czekał na coś?

Po tej myśli Marcela olśniło. Tak go to uderzyło, że aż odsunął się odrobinę i spojrzał ze wzburzeniem na chłopaka, tak jakby ten przynajmniej coś do niego powiedział… Cóż, nie powiedział, ale nawet nie musiał mówić!

Marcel się domyślił, a przynajmniej tak mu się wydawało. Z rezerwą spojrzał na przymknięte, pełne usta, ich łuk i wcięcie. Dreszcze przeszły przez jego ciało, serce zabiło mu mocniej. Tego w końcu Kacper chciał, prawda?

Mając taką nadzieję, pochylił się nad nim i chwycił go za dłonie, w których trzymał telefon. Odciągnął je w dół. Głębokie spojrzenie od razu wycelowało w jego oczy, usta uchyliły się jak gdyby Kacper chciał coś powiedzieć, ale Marcel nie chciał go teraz słuchać.

Pokonał dzielący ich dystans i przytknął wargi do warg Kacpra. Musnął je tak delikatnie, że obawiał się, że chłopak nawet tego nie poczuje. Czuł się przy tym tak lekko i na miejscu, a w brzuchu poczuł coś na kształt tych przeklętych motylków, o których tyle się nasłuchał. Zacieśnił uścisk dłoni na nadgarstkach Kacpra, po czym odważył się pocałować go mocniej. A potem…

Potem Kacper odwzajemnił pocałunek.

Całował go z równą delikatnością, tak cudownie, że Marcel miał ochotę zatopić się w tych subtelnych ruchach i już nigdy nie przestawać. Kacper nie narzucał się, nie przyspieszał – to Marcel był tym, który decydował o wszystkim. To Marcel naparł na niego mocniej, puszczając w końcu przytrzymywane nadgarstki i położył dłonie na jego policzkach. Pozwolił sobie przesuwać palcami po gładkiej skórze, badając nimi każdą krzywiznę i każdą kość, czasami zejść niżej na szyję, gdzie skóra była cieńsza. Westchnął cicho, kiedy Kacper wsunął rękę w jego włosy, a drugą ułożył swobodnie na jego boku. Na chwilę oderwał się od pełnych warg i spojrzał zarumieniony prosto w niebieskie oczy. Na szczęście odnalazł w nich to, czego szukał.

Kacper błądził wzrokiem po całej jego twarzy, leniwie gładząc rozluźnione ciało. Wydawał się szczęśliwszy niż kiedykolwiek.

Marcel uśmiechnął lekko się, po czym zagryzł wargi.

 – Teraz jesteś już zadowolony? – szepnął prosto w usta chłopaka, pozwalając sobie pocałować go jeszcze raz.

– Bardzo – odparł, również się uśmiechając. Wychylił się trochę i przytrzymał Marcela mocniej. Spojrzał mu przeciągle w oczy. – Już myślałem, że nigdy tego nie zrobisz – szepnął, a potem w końcu pocałował go po swojemu. Mocniej i z uczuciem, tak że ciało Marcela zaczęło drżeć z ekscytacji. Nie był taki nieśmiały, jak jeszcze chwilę temu, z wprawą całował lekko nabrzmiałe wargi, maltretował je bez litości, a językiem utorował sobie drogę do wnętrza, na co Marcel jęknął, czując, że całe jego ciało niemalże płonie. Opuścił ręce, zjeżdżając nimi niżej na klatkę piersiową Kacpra. Oparł dłonie na mocnych, wyrobionych mięśniach, zastanawiając się jakby to było, gdyby chłopak nie miał na sobie koszulki. Zjechał nimi trochę niżej, co zostało skomentowane przychylnym pomrukiem i nieśmiało badał brzuch, samemu czując, że Kacper niespiesznie zaczyna przewracać go na koc, do którego przywarł całymi plecami.

– Tak jest w porządku? – zapytał, na co kąciki ust Marcela drgnęły. Że też Wawrzyński martwił się takimi pierdołami! Teraz chyba wszystko byłoby dla niego w porządku.

– Mhm, jak najbardziej.

Pokonał dzielący ich dystans i ucałował soczyście jego usta. Czuł się jak jeszcze nigdy w życiu, leżąc tutaj na kocu pośrodku niczego, mając nad sobą takiego chłopaka! Miękkim spojrzeniem obserwował każde najmniejsze drżenie jego ust i błyski w oczach.

Był we właściwym miejscu. Z właściwą osobą. Teraz był pewien.

Wyszczerzył się głupio.

– Nie obrażaj się na mnie więcej. To mnie dezorientuje. – Kacper wywrócił oczami. Znowu się nad nim pochylił i znowu zatopili się w pocałunku. Ciało Marcel wiło się pod chłopakiem, nie będąc w stanie leżeć w spokoju, a i sam Kacper jakby drżał lekko. A to wszystko jego dzieło! Jego! Kacper Wawrzyński trząsł się od jego pocałunków!

Poczuł się niczym zwycięzca.

– Teraz nie mam powodów do obrażania – wyrzucił z siebie, kiedy ich usta na powrót się rozłączyły. Przejechał dłonią po policzku Marcela, a on przymknął oczy.

– Fajnie wiedzieć, że tylko o to ci chodziło – sarknął.

– Dobrze wiesz, że nie tylko o to – odparł, patrząc na niego jak na sztabkę złota. Chociaż Marcel nieśmiało przyznał w duchu, że chyba na złoto nawet by tak nie patrzył…

– Wiem? – zamyślił się.

– Jakbyś nie był taki uparty wiedziałbyś bardziej. – Łypnął na niego, chociaż nie był zły. Przeciwnie, wydawał się najszczęśliwszy na świecie.

– Nie jestem uparty – zaprotestował słabo, patrząc, jak Kacper ponownie się nad nim pochyla. Chyba chciał go po prostu uciszyć… Skutecznie. – To ty jesteś uparty – wymruczał między pocałunkami.

– I zobacz dokąd nas to zaprowadziło – odparł z zadowoleniem.

– Ku mojemu absolutnemu przerażeniu, chyba do miejsca, o którym planowałeś od początku.

– Szczerze mówiąc planowałem nieco inną scenerię, ale ta jest chyba nawet lepsza.

– Dobrze, że chociaż miejsce wybrałem swoje – zakpił, po czym gwałtownie się podniósł, chwytając Kacpra za ramiona. Przycisnął go do koca i nagle to on znalazł się nad nim.

– I co teraz…? – wymruczał z zadowoleniem Wawrzyński, patrząc na niego z dołu. Marcel obrzucił wzrokiem całą jego sylwetkę, czując, że rumieni się coraz bardziej.

– Hmm – udawał, że się zastanawia, pochylając się nad ustami Kacpra. – No nie wiem… – szepnął w jego wargi, niezmiernie zadowolony ze swojej małej gierki.

– Ja wiem – szepnął Kacper, niwelując dystans między nimi. Pocałował go, a potem chwycił jego dłonie. Spletli ze sobą palce. – Zostaniesz moim chłopakiem? – rzucił w usta Marcela, na co chłopak od razu odsunął od niego głowę. Spojrzał na niego jakby przynajmniej wyrosły mu na twarzy jakieś macki i skrzywił się wyraźnie.

– Marzysz, Wawrzyński! – rzucił, starając się wyrwać dłonie z uścisku.

– Myślę, że jest to całkiem realne marzenie – odparł stanowczo. Marcel jęknął.

– Nie ma mowy! – sapnął, starając się jakoś wyswobodzić palce. Nie miał na to szans.

– Marcel… – mruknął zachęcająco, uśmiechając się półgębkiem. Podniósł się wciąż trzymając ich ręce z tyłu i najdelikatniej na świecie, musnął jego wargi.

– Nie – brnął dalej, na co Wawrzyński pocałował go ponownie.

– Na pewno?

– Na pewno – syknął.

Kolejny pocałunek, tym razem mocniejszy.

– Zastanowiłeś się dobrze…? – szepnął, muskając wargami jego nos. Marcel zadrżał.

– T-tak – odparł drżąco, czym zasłużył sobie na jeszcze jeden leniwy pocałunek. Kacper badał językiem jego usta, starając się zachęcić Marcela do tego samego. Marcel oczywiście nie chciał poddać się tak oczywistej prowokacji, ale to wcale nie było takie łatwe. Oddał pieszczotę, wzdychając ciężko. Miał wrażenie, że jego ciało zaraz się rozpłynie albo, co bardziej adekwatne, spłonie z wrażenia.

– I nawet po zastanowieniu wciąż się upierasz, że nie? – wymruczał Kacper, tym razem całując go w policzek.

– Tak! I nawet nie próbuj! Myślisz, że co? Zacałujesz mnie na śmierć?!

– Myślę, że mógłbym to zrobić… – odparł, z szerokim uśmieszkiem na twarzy. Cholerny drań! I jego przeklęte usta!

– To szantaż – jęknął, spoglądając prosto w niebieskie oczy.

– To nie jest żaden szantaż – zaprotestował Wawrzyński, a Marcel posłał mu spojrzenie pełne zwątpienia. Na pewno nie, pf!

– To wszystko miało trwać miesiąc! Więc, jeżeli się zgodzę, zostanę twoim chłopakiem tylko na jutro – sapnął, odwracając głowę. Czuł, że z kolejnym pocałunkiem naprawdę zrobiłoby mu się dużo bardziej ciasno w spodniach… Nie mówiąc nic o tym, że już teraz walczył ze sobą zawzięcie.

– Mmm, tak właściwie to składam reklamację – szepnął, siadając w końcu na kocu. Dobrze, to że leżał jeszcze bardziej rozbrajało Marcela.

– Nie ma żadnych reklamacji!

– Muszę się nie zgodzić. Chciałbym zauważyć, że przez ostatnie dwa tygodnie strasznie oszukiwałeś.

– Ja oszukiwałem!?

– Zresztą, należy ci się to szczególnie za te wszystkie dni, kiedy tak uparcie mnie ignorowałeś – mruknął, bawiąc się doskonale. Pocałował go w szczękę. – To że byłeś chory, a potem nieznośny chyba nawet mógłbym ci wybaczyć, ale…

– Kacper – jęknął, naprawdę chcąc się w końcu odsunąć. Jak nie to zaraz będzie miał spory problem. Problem, który Kacper pewnie bardzo chętnie by rozwiązał…

– Hmm? – mruknął, wyswobadzając jedną dłoń. Natychmiast położył ją na policzku Marcela. – Coś nie tak? – szepnął słodko, gładząc jego skórę bez skrupułów. Marcel zadrżał.

– Możesz przestać? – sapnął, zerkając ze zgrozą, jak usta Kacpra dociskają się w zagłębienie pod jego szczęką, a potem składają kilka mokrych pocałunków na jego szyi. Jęknął przeciągle, wyrywając do przodu biodra. Taki… przeklęty odruch, psia mać!

– To zostaniesz moim chłopakiem?

– Kacper…

– Tak?

– Nie cierpię cię, wiesz? – jęknął cichutko, kiedy zęby chłopaka zahaczyły o jego skórę. Potem Kacper odsunął się od niego na jakieś pięć centymetrów i spojrzał mu prosto w oczy.

– A ja cię kocham, wiesz? – powiedział to niby lekko, ale uparcie nie odwracał wzroku od coraz szerzej otwartych zielonych oczu. Serce Marcela zatrzymało się w piersi na te słowa, ciało skostniało. Nie wiedział, co powiedzieć, jedynie rozchylił w szoku usta i rozbieganym spojrzeniem lustrował spokojną, pełną powagi twarz. – Broniłem się przed tym uczuciem rękami i nogami bardzo długo. Na początku go nie rozumiałem… – mówił, a Marcel czuł, że jego policzki płoną. Serce zaczęło mu bić szybciej w piersi, oddech również przyspieszył. – A kiedy je zrozumiałem, było już za późno… – mówił dalej, zsuwając dłoń z jego policzka. Marcel uciekł spojrzeniem w bok. – Nie zmuszę cię, żebyś był moim chłopakiem, tak samo jak, mam nadzieję, nie zmusiłem cię przez ten miesiąc do niczego innego, ale proszę. Po prostu daj temu szansę. Spróbuj – mówił, a jego głos drżał coraz bardziej. Marcel ponownie spojrzał w te pełne powagi oczy. Odetchnął głośno.

Chyba… Chyba mógłby spróbować go pokochać.


Koniec.

Aktualizacja: 09.11.2020 | 08.02.2021
***
Także tak, kochani. To by było na tyle, historia Marcela i Kacpra na ten moment się zakończyła. Mam nadzieję, że nie jesteście rozczarowani? Oczywiście nie mogłam pozbawić ich happy endu, chyba w to nie wątpiliście? :) Oby nie, bo włożyłam w to opowiadanie tyle pozytywnej energii, ile tylko miałam i strasznie by mi nie pasowało gdyby to, jakby nie patrzeć, dość pozytywne opowiadanie miało smutne zakończenie. Zresztą, jak widzicie, zastosowałam tutaj raczej otwarte zakończenie, gdyż nie chciałam sobie zamykać żadnej z dróg.  
Wielu z Was strasznie narzekało, że jak to; to już koniec, tak szybko? To było strasznie kochane i dawało mi wielkiego kopa energii, bo myśl, że chcielibyście czytać więcej i więcej jest chyba największym komplementem i dlatego też chciałabym się trochę wytłumaczyć, dlaczego zakończenie przyszło tak niespodziewanie. A stało się tak, dlatego że tak jak Wy możecie cieszyć się Marcelowymi przygodami od kilku miesięcy, tak ja robię to od jakiś... ponad dwóch lat. Lata te pod względem pisania tego opowiadania wcale nie były kolorowe, a to opowiadanie, mimo że samo w sobie jest bardzo lekkie i czyta się je szybciutko, często szło mi bardzo opornie, głównie dlatego że nie mogłam go pisać, kiedy miałam jakiś gorszy dzień, bo wtedy wychodziło strasznie sztucznie. W pewnym momencie, kiedy miałam gorszy czas, po prostu musiałam się z nim pożegnać. Dlatego też jak zaczęłam pisać je świeżo po maturze, tak skończyłam pod koniec drugiego roku studiów. W każdym razie, dążę do tego, że w pewnym momencie czułam, że już za długo to piszę, że zaczynam się trochę męczyć, a jestem zdania, że tak długo jak autor czuje przyjemność z pisania, tak długo czuje ją czytelnik. :)
Nie chciałam też doprowadzić do sytuacji, która mi się przytrafiła w przypadku mojego pierwszego opowiadania - ci, którzy kojarzą mnie z poprzedniego bloga może pamiętają - w którym to strasznie się wypaliłam i same ostatnie dwa rozdziały pisałam... Dwa lata, a całe opowiadanie pięć :') 
Za nic nie chciałam, żeby taka sytuacja się powtórzyła, mimo że miałam co do Marcela jeszcze spore plany; chciałam opisać jego pierwszy dzień, jako chłopaka Kacpra a także ich wspólny wyjazd do tej chatki Wawrzyńskiego, o której kiedyś wspominał. Na ten moment z tego zrezygnowałam i postanowiłam zakończyć właśnie tak, jak widać. Czuję przy tym trochę ulgi, że w końcu od chłopaków odpocznę, bo te lata pisania, a potem miesiące publikowania i sprawdzania trochę mnie wymęczyły. 
Kurcze, mam nadzieję, że nie robi się tu jakoś poważnie czy grobowo, bo nie taki miałam zamiar, a chyba tak właśnie trochę wychodzi! 
Więc żebyście nie zrozumieli mnie źle - uwielbiam to opowiadanie i uwielbiam Marcela z Kacprem, ale czytałam to wszystko tak ze... 20 razy całościowo na pewno i nawet jak na autora to chyba trochę za dużo xD
W każdym razie chciałabym też podziękować wszystkim duszyczkom, które w jakiś sposób mnie wspierały; pisały komentarze, obserwowały bloga, zostawiały lajki czy bezdusznie mnie szantażowały, bo to sprawiało, że jednak mi się chciało <3 
 Mimo to mam wrażenie, że to opowiadanie nie cieszyło się zbytnim zainteresowaniem, a  już na pewno nie w sekcji komentarzy na blogu (nie umniejszając tym kochanym osóbkom, które pokazywały swoją obecność!). Nie wiem, czemu tak? Może fakt, że opowiadanie było skończone, co w którymś momencie oznajmiłam, a rozdziały pojawiały się dość szybko, sprawiał, że nie było sensu zostawiać po sobie śladu, skoro i tak miałam wstawić je do końca? 
Nie wiem, ale przez długi czas było mi trochę przykro, że wisi takie puste. Dlatego też, jako że jest to już ostatni rozdział, byłabym przeszczęśliwa, gdybyście zostawili po sobie jakieś komentarze. Chętnie przeczytam jakieś uwagi i spostrzeżenia, gdyż było to moje pierwsze, autorskie opowiadanie. Do tej pory zawsze pisałam fanfiction lub rpg z innymi osobami, a tu stworzyłam swoje własne postacie i świat. Stąd też byłoby mi ogromnie miło, gdybyście napisali kto był Waszą ulubioną postacią? Mieliście jakąś, której nie lubiliście? Mieliście jakąś ulubioną lub też znienawidzoną scenę? Zwracacie uwagę na postacie poboczne czy są dla Was kompletnie zbędne i nudzicie się, czytając o nich?
 Dobra, wiem, że trochę się rozgadałam, ale właściwie nie robiłam tego przez całe opowiadanie, więc wytrzymajcie jeszcze trochę, zwłaszcza że mam jeszcze kilka informacji. 
Mianowicie, od jakiegoś czasu piszę coś nowego! I jako że nie chcę zostawiać Was tak kompletnie bez niczego, to wrzucam pierwszy rozdział tego nowego opowiadania
tutaj. (Link nieaktywny, początek nowego opowiadania niedługo znajdzie się na blogu)
Jest to wersja robocza, opowiadanie nie ma jeszcze ani tytułu, ani opisu i właściwie jeszcze nie do końca wiem, dokąd zmierza, bo swoje rzeczy piszę bez planu. 
Z tym wiążę się też całkiem ciekawy fun fact - wiecie, że w pierwszej scenie Kacper nie był nawet Kacprem, tylko jakimś randomowym dresem?  :D A ja zaczynając pisać to opowiadanie planowałam, że Marcel będzie z Marcinem. To by było dopiero straszne, nie? Teraz nie wyobrażam sobie Rogackiego bez Kacpra!
W każdym razie, chcę jeszcze tylko powiedzieć, że to nowe opowiadanie dopiero się pisze i nie mam go zbyt wiele. Nie wiem też, kiedy przyjdę z nim do Was oficjalnie i, nie ukrywam, że prawdopodobniej stanie się to szybciej, jeżeli będę widziała Waszą obecność. 
Kolejna sprawa - Drugą szansę możecie także przeczytać na Wattpadzie, 
Jeżeli ktoś kiedyś chciałby przeczytać to opowiadanie kolejny raz, a woli tamtą platformę, to można :) 
Nie będę już przedłużać, chyba powiedziałam już wszystko, co chciałam. 
Miłego kochani i do szybkiego napisania!