Tym razem nie spędził całego dnia w łóżku. Gdy tylko się przebudził, a wcale nie spał długo, najwyżej osiem godzin, wziął wszystkie rzeczy, które zostawił mu Soboń i położył je na biurku. Usiadł przy nim i jak człowiek zjadł obiad albo późną kolację. Nie miał pewności. Herbata w termosie wciąż była ciepła, a kanapki, mimo że podeschnięte, wcale nie smakowały tak źle. Jedząc, przeglądał tytuły książek. Było ich cztery i było to więcej, niż miał w rękach przez całe swoje życie. Tytuły i okładki różniły się diametralnie. Każda była z innego gatunku. Na wierzchu leżał nieśmiertelny Orwell, tuż pod nim znajdował się kryminał, który minimalnie bardziej zainteresował chłopaka. Przedostatnia pozycja nic mu nie mówiła, ale opis z tyłu wskazywał na to, że była to fantastyka naukowa, a na końcu... Zbrodnia i kara.
Janek wpatrywał się w nią przez dłuższy moment, po czym parsknął. Wziął do ręki stare tomiszcze. Pokręcił głową. To już nie mogło być bardziej wymowne.
Podobała mu się kreatywność Cezarego. Torturowanie go lekturą szkolną zdecydowanie było bardziej w jego stylu, niż wykręcanie mu rąk. Gdyby Soboń miał gorszy dzień pewnie puszczałby mu disco polo, chociaż mogłoby to być zbyt wiele nawet jak na niego.
Zbrodnia i kara...