środa, 8 maja 2024

Druga Szansa: Bonus III Matura

 – Nie zdam! – Marcel wpadł prosto na Kacpra i wczepił dłonie w jego brązową bawełnianą koszulkę. – Nie zdam! – powtórzył zaciskając palce. Powieki miał rozszerzone, oddech płytki. Biała koszula z długim rękawem przykleiła mu się do ciała od potu, co niespecjalnie zaprzątało mu teraz głowę. – Wszystkie nasze plany… Studia…! Wszystko to na nic – histeryzował, wlepiając spanikowane spojrzenie prosto w niebieskie oczy. Oczy spokojne jak ocean albo niebo nad ich głowami. Czyste i pogodne.  

– Zdasz. 

– Nie. Nie wiesz, co było na tej maturze. Istny koszmar!

– Wiem. Już ją widziałem. 

Marcel sapnął. Palce dalej zaciskał na ubraniu chłopaka, mimo że stali na środku alejki, gdzie każdy ich widział. Nie obchodziło go to, zresztą w ich postawie nie było niczego romantycznego. Cały moment zdominowała panika większa, niż kiedykolwiek w Marcelowym życiu, a przecież było jej niemało! Powinien być przyzwyczajony, jednak nie był. Tygodnie przygotowań, długie godziny medytacji, a nawet zapewnienia Kacpra, że wszystko będzie dobrze, nie zdołały powstrzymać go przed stresem na sali, a także histerią po jej opuszczeniu. 

– Prawie nic nie pamiętam – jęknął. W głowie miał dziurę, jakby mózg zalał mu atrament. A przecież to tylko dłonie nim ubrudził. 

To były ślady zbrodni. Zbrodni, którą popełnił na papierze.

– Bo panikujesz jak zawsze. I przesadzasz – odpowiedział spokojnie Kacper, chwytając go za ręce. Uścisnął je krótko i posłał mu pewny uśmiech. – Marcel, robiliśmy każde z tych zadań przez ostatnie dwa tygodnie. Umiałeś je.

– Ale były inne dane… 

– Znałeś sposoby na pamięć. 

niedziela, 9 października 2022

Lis w owczej skórze: Rozdział 12

Stanęli przed klubem. Muzyka wydobywała się zza ścian, zachęcając ich do wejścia, jednak byli oporni; zwłaszcza Cezary. Trzymał Wiktora za ramię i niemal ciągnął go w tył, podczas gdy Janek swoim podekscytowaniem zachęcał go, aby szli na przód. Chłopak nie dawał się morderczym spojrzeniom Sobonia, ani jego posępnej minie. Skupiał się na Wiktorze. Na tym, czego będzie się w stanie od niego dowiedzieć, kiedy ten wypije kilka drinków.

Promieniał. Jego twarz rozjaśniła się, zachęcała do wysyłania w jej stronę uśmiechów, co zresztą ludzie czynili, gdy tylko napotkali go wzrokiem.

Janek stał przed nimi w pełnej krasie. Niemal błyszczał, wyrywając się do przodu, by zaznać trochę prawdziwej zabawy. Jak nastolatek, któremu rodzice pierwszy raz pozwolili pójść na imprezę.

Śmiał się i żartował w najlepsze, pochylając się do Wiktora, kiedy stali w kolejce. Zwracał na siebie uwagę i czuł się w końcu jak ryba w wodzie. Opięty w swoje najlepsze, ciemne dżinsy, w pastelowej, luźnej bluzie ukrytej pod niebieską kurtką, wiedział, że jest w odpowiednim miejscu. Wcale nie udawał. Po prostu czuł się dobrze, kiedy po spędzeniu wieczności w zamknięcia był tutaj – wśród ludzi i spojrzeń, w centrum uwagi, gotowy wszczynać słowne debaty, ale też, być może, uciszyć kogoś ustami bez używania słów.

To się jeszcze okaże.

niedziela, 2 października 2022

Lis w owczej skórze: Rozdział 11

     Dwie godziny zajęło mu uporanie się ze sprawami w pracy. Myślał, że uda mu się załatwić to szybciej, ale okazało się, że na jednej ze stacji zepsuła się kasa i musiał zjawić się tam osobiście, żeby zadzwonić po serwis. Pracownik był nowy i nie miał pojęcia, gdzie szukać numeru, a przy tym wyglądał na tak zdenerwowanego, że Cezaremu nawet przez myśl nie przeszło, aby jeszcze się o to wściekać. Ze spokojem odczytał numer telefonu z tyłu kasy i pokazał go młodemu pracownikowi.

– To twój pierwszy tydzień? – zapytał, chcąc rozładować napięcie, kiedy czekali na obsługę. 

– Już zaczął się drugi – sprostował, bawiąc się nerwowo palcami. 

Cezary tak działał na ludzi. Wzbudzał w nich stres, gdy patrzył na nich obojętnym, czasami wręcz chłodnym wzrokiem, a ludzie mieli przeświadczenie, że jeżeli tylko popełnią jakiś błąd, skarci ich albo, co więcej, od razu wyrzuci. Było to mylne wrażenie, bo Cezary miał w sobie duże pokłady cierpliwości. Nie tolerował jedynie jawnej głupoty albo ignorancji, gdy tłumaczył komuś coś po raz kolejny. 

– Takie rzeczy się dzieją – zapewnił go. – Ostatnio co prawda dwa lata temu, ale takie już szczęście nowego, że akurat zdarzają się na jego zmianie. 

Młody mężczyzna uśmiechnął się do niego. Chyba zaczął dostrzegać, że Soboń jednak nie był taki straszny, jak wydawał się na pierwszy rzut oka w tym swoim garniturze i z powagą wypisaną na twarzy. Odrobinę się rozluźnił, przez co rozluźnił się również Cezary. 

Miał dość napiętej atmosfery. 

niedziela, 18 września 2022

Lis w owczej skórze: Rozdział 10

 Spacer z Jankiem faktycznie w pewnym sensie pomógł mu na chwilę zapomnieć o tym, co właśnie zbliżało się do niego ze zwyczajowym uśmieszkiem. Twarz Kosarza była pogodna. Raczej rzadko bywało inaczej w chwilach, kiedy się widzieli, jednak te nieliczne wyjątki od reguły kazały Soboniowi mieć się na baczności. I zdecydowanie nie podpadać. Nigdy.

– Czarek, synu, mam wrażenie, że ostatnio widujemy się coraz rzadziej. – Mężczyzna wsiadł do auta, a to zakołysało się od jego masy. Kosarz był potężnym mężczyzną. Z postury przypominał Kingpina, szerokie ramiona i klatka piersiowa wzbudzały respekt, zwłaszcza kiedy widziało się do czego były zdolne. Twarz miał kwadratową, z mocno zarysowaną szczęką, na której zawsze znajdowała się kilkudniowa szczecina. Szeroko rozstawione oczy spod krzaczastych brwi łypały na niego w rozbawieniu. Kosarz bowiem doskonale zdawał sobie sprawę, że Soboń oddala się powolnymi krokami na tyle, na ile może, a on i tak go trzymał w garści. Zwłaszcza od czasu, kiedy sprawił mu te przeklęte stacje... Od tego momentu Cezary czuł, że nie było mu pisane uwolnić się od "opiekuna", a ręka na jego karku mogła zacisnąć się w każdym momencie, żeby przypomnieć mu, gdzie było jego miejsce.

– Tak, cóż... Mam sporo na głowie – odpowiedział swoim zwyczajowym, beznamiętnym głosem, podczas gdy rozglądając się czujnie ruszył spod domu Kosy. Mężczyzna spojrzał na niego i machnął ręką. Nie wierzył mu. Zresztą całkiem słusznie. Ostatnio nie działo się zbyt wiele w przeciwieństwie do ostatnich dwóch lat. To kłamstwo jednak było na tyle uniwersalne, że zawsze uchodziło mu na sucho, a Kosarz miał już swoje lata i nie był tak dociekliwy jak kiedyś. Pogłoski mówiły, że się starzał. Soboń kiedy na niego patrzył, wcale tego nie widział. Poza tym, że jego włosy z rdzawych zrobiły się szare, niewiele się zmieniło od chwili, gdy widział go po raz pierwszy w wieku trzynastu lat.

niedziela, 4 września 2022

Lis w owczej skórze: Rozdział 9

 Wiktor starał się nie wyglądać na poirytowanego, kiedy w końcu Cezary stanął przed jego stolikiem i spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem. Starał się, ale mimo tego Soboń widział, że tylko chwila dzieliła go od wybuchu. Nieważne czy przyczyną był sam widok spóźnionego kochanka czy dochodziły do tego też trzy stojące na blacie kubki po kawie, które zdecydowanie mogły wprawić go w stan pobudzenia, objawiającego się zresztą nerwowym postukiwaniem stopą o posadzkę, ale w tym momencie nie miało to znaczenia.

Cezary uniósł dłoń do skroni już szykując się na tyradę, ale zamiast niej przez zaciśnięte zęby padło jedynie:

– Wiesz, ile osób musiałem spławić?

– Trzy?

– Tak, geniuszu. Trzy!

– Kubki dowodem zbrodni.