Rozdział 30: Zbliżenia cz.
I
Przed dziewiętnastą
starł pod swoją kamienicą, naciągając szalik mocniej na twarz. Miękki materiał
skutecznie chronił szyję i brodę przed chłodem, jednak nos i policzki były
pozbawione tego udogodnienia, przez co mocno go szczypały. Jerzy bowiem wcześniej
wybrał się na długi spacer, więc zdążył już przemarznąć na kość. Rozgrzewał
teraz skostniałe dłonie pocierając jedną o drugą i rozglądał się czujnie po
parkingach, chcąc wypatrzeć Łukasza. Niestety, spodziewał się, że ten przyjedzie
o czasie, a nie przed czasem, więc czekało go jeszcze kilka minut na chłodzie.
Może nawet dobrze. Było
coś kojącego w świeżym powietrzu, które mroziło mu oddech i w czerni nocy
rozświetlanej pobliskimi latarniami. Jerzy czuł się w miarę spokojny, gdy stał
tak i obserwował pojedynczych ludzi, którzy go mijali. Oni nic od niego nie
wymagali, nie oceniali… Większość nawet go nie znała, tak samo jak i on ich nie
znał, mimo że część z nich była jego sąsiadami od dawna. Zastanawiał się, jak
wielu z nich przeżywała podobne kryzysy. Jak wielu zawaliło się życie, w
którymś momencie, a oni musieli je z powrotem pozbierać.
Jerzy czuł, że właśnie
to robił. Zbierał co mógł i starał się z tego złożyć spójną całość.
Koncentrował się na pozytywach, na ludziach, którzy są dla niego, a on mógł być
dla nich, nie na tych, którzy chcieli wbić mu nóż w plecy i tylko pogłębić
ranę.
Tylko ta Małgosia nie
dawała mu spokoju…