poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Zostań o poranku: Rozdział 12


Rozdział 12: Niewinne kłamstewko


Jerzy wyszedł z pracy dwie godziny później. Był wymęczony, chociaż zdecydowanie bardziej psychicznie niż fizycznie. Spędzić tyle czasu z Nakoniecznym, to było prawdziwe wyzwanie, zwłaszcza że mężczyzna za cel obrał sobie męczenie go w każdej chwili i na dodatek nazywał to „swobodą”, dobre sobie! Jerzy nie wiedział, jak miał to niby znosić. A znosić, najwyraźniej, na razie będzie musiał, bo jego plan zwolnienia się z pracy nie wypalił koncertowo.

To nie tak, że nie mógłby odejść. Mógłby. Mógłby już jutro się tu nie pojawić, olać to, w dupie mieć jakieś nagany, dyscyplinarkę, tyle że co wtedy? Naprawdę znalazłby coś innego? Po tym, jak rano widział te wszystkie nienawistne spojrzenia? Miał reputację taką, jaką miał… I to nie tylko w tej firmie, był raczej znany w ich środowisku, tak samo jak Łukasz czy Marcin, więc nie wyobrażał sobie…

Zresztą, nie chciał pracować u kogoś!. Praktycznie całe życie był dla siebie szefem – w końcu ojca nie liczył, bo ten dawał mu wolną rękę. Nakonieczny chociaż był mądry, Jerzy to w nim doceniał, mimo że brzydził się jego choroby. Bo przecież to była choroba. Jakby się z niej wyleczył, to może i by był z niego w miarę porządny mężczyzna, myślał Jerzy, podchodząc w stronę swojego samochodu. Był inteligentny, złośliwy i po prostu… Nie taki płytki jak większość. Nie bał się mówić tego, co myśli.

No i był godnym rywalem. Lepszym rywalem, pomyślał ze złością, ale i rozgoryczeniem.

A kiedy stał już przy samochodzie, kątem oka wyłapał przy sobie jakiś ruch. Odwrócił się w prawo i dostrzegł tę dziewczynę z portierni. Szła szybko, zaciskając ręce na ramionach, a jej długie, kasztanowy włosy powiewały na mocnym wietrze.

– Hej! – zawołał, podbiegając do niej. Ta cała Patrycja odwróciła się zaszokowana i wlepiła w niego zdziwione spojrzenie. Miała wilgotne oczy i zaczerwienione policzki. Była młoda. – Czekaj. Chciałem tylko zapytać, co zrobiłaś, że Nakonieczny chce cię zwolnić? – wypalił na żywca. Jej powieki rozchyliły się szerzej.

– Spieprzaj, pieprzony homofobie! – warknęła, przyśpieszając kroku. Jerzy stanął jak wryty i patrzył przez chwilę, jak kobieta oddala się szybkim tempem.

…To było dokładnie to, o czym myślał.  

Zasępiony wrócił do samochodu. Usiadł za kierownicą i odchylił się na siedzeniu. Czuł przytłoczenie i ucisk w sercu, bo wszystko zaczynało mu się sypać na raz, a przecież miało być w porządku. Musiało być w porządku. Całe życie się o to starał! I powinien postarać się dalej.

Zignorował mętlik w głowie, tak jak robił to od lat, i odpalił auto. Miał przecież sprawy do załatwienia, chciał wykupić parking i pojechać na przegląd, poza tym skończył mu się żel pod prysznic, więc koniecznie musiał też odwiedzić jakąś drogerię…

Tak, Jurek był dobry w udawaniu, w spychaniu dręczących go myśli na samo dno świadomości i trzymaniu ich tam pod kluczem. Tym razem nie było inaczej.

Do domu wrócił wieczorem. Zmęczony, głodny i zły – bo parking okazał się droższy niż zakładał,  zakupy również nie należały do najtańszych,  a  Leon wciąż stał na jednym z gdyńskich parkingów. On natomiast nie miał pomysłu, jak miałby go stamtąd sprowadzić. Nie, żeby podróż pociągiem w jedną stronę była dla niego problemem, problemem był raczej brak czasu, bo przecież nie wyrwie się z pracy, albo nie zrobi sobie wolnego, chociaż… Może Łukasz by na to poszedł?

Nie, nie miał zamiaru go o nic prosić. Załatwi sobie kogoś, kto przyprowadzi mu Leona z powrotem pod kamienicę, potem wystawi go na sprzedaż, żeby wpadło mu trochę grosza. 

Tymczasem rozebrał się ze swoich eleganckich ubrań. Wrzucił je do kosza na pranie i założył na siebie dresowe spodnie. Drażniło go, że jego brzuch zrobił się taki płaski, niemal wklęsły – chociaż dla niektórych byłby to pewnie szczyt marzeń – dlatego też chwilę później nałożył na siebie białą, bawełnianą koszulkę. Tak było lepiej.

Poszedł do kuchni, gdzie przygotował sobie kilka kanapek i jajecznicę, a kiedy zjadł, spojrzał przelotnie na barek. Pomyślał przez chwilę, co takiego ma w środku – kilka likierów, które dostał w prezencie od pracowników, butelkę wódki, trochę zagranicznych piw, no i whisky. Całkiem sporo whisky. 

Przecież jakby się trochę napił, to nic by się nie stało, a na pewno dużo by nie ubyło.

Dochodząc do takich wniosków, podszedł do barku i wyciągnął swój ulubiony trunek.

Jedna szklanka, tylko tyle chciał.

Trochę alkoholu pomogło mu na sen. Zasnął od razu, nie myśląc, nie zadręczając się. Przespał spokojnie całą noc. Obudził się po czwartej. Zwlókł się z łóżka i wykonał zwyczajową, poranną rutynę, w której papieros zagościł już na stałe. Pewnie niedługo znowu rzuci, ale teraz… Teraz fajki go uspokajały.

Do firmy podjechał dwie minuty przed czasem, więc na parkingu oraz przed wejściem nie było już nikogo, na co odetchnął z ulgą. Naprawdę miał dość ludzi, wszystkich razem i każdego z osobna.

Po wejściu od razu wychwycił wzrokiem Jeremiego, swojego byłego asystenta. Chłopak uśmiechał się pod nosem, odpisując coś na telefonie. Jurek postanowił do niego podejść, bo odkąd tutaj się przenieśli praktycznie ze sobą nie rozmawiali.

– Cześć. – Zbliżył się do niego. Jeremi, zaskoczony tym nagłym przywitaniem, podniósł głowę i ulokował spojrzenie w twarzy byłego pracodawcy.

– O – wydał z siebie bliżej niezidentyfikowany dźwięk – dzień dobry.

– Wszystko w porządku? – bąknął Jurek, widząc konsternację na twarzy młodzieńca. Ten pokiwał szybko głową, po czym schował telefon do kieszeni.

– Tak – wyrzucił błyskawicznie, trochę zdenerwowany. Jurek nie uznał tego za dziwne, Jeremi zawsze chodził poddenerwowany i podekscytowany na raz. Wszystko chciał zrobić za szybko, dlatego czasami plątały mu się słowa, a czasami coś spadało na podłogę… Albo on spadał, pomyślał z ironią Jerzy, i to w dodatku z gorącą kawą prosto na jego biurko. – Tak, tak – dodał, jakby pierwsza odpowiedź nie usatysfakcjonowała nawet jego. – Tyle że trochę się spieszę, także – odchrząknął  –  już będę lecieć. – Po czym pomknął przez korytarz, nawet się za siebie nie oglądając.

Jerzy poczuł gorycz w gardle, ale zacisnął wargi i poszedł do siebie.

Nawet nie chciał się zastanawiać nad zachowaniem chłopaka, bo mógłby dojść do bardzo przykrych wniosków.

W swoim pokoju zamknął się niczym w bunkrze i odetchnął. Śmieszne, że nie mógł wytrzymać samemu w pustym domu, a kiedy w pracy otaczali go ludzie, wolał się odciąć jak najszybciej. Chociaż może „śmieszne” nie było tu najlepszym określeniem. Właściwie lepszym by było jego przeciwieństwo, może… przykre? A może żałosne?

Potrząsnął głową. Podszedł do biurka, po czym odpalił komputer i usiadł. Zamierzał skończyć ten przeklęty projekt! Tyle że zanim zdążył odpalić program graficzny, usłyszał ciche łomotanie, od strony tych felernych drzwi, przez które mógł wejść tylko Łukasz, i ewentualnie Marcin.   

Z dwojga złego lepszy był już ten pierwszy.

– Proszę – sapnął wbrew sobie.

Potem zobaczył Nakoniecznego w progu, który powoli otworzył drzwi. Załomotać musiał nogą, bo ręce miał zajęte, trzymał w nich dwa kubki, z których unosiła się para.

– Co tak patrzysz? – Nakonieczny odezwał się z uśmieszkiem na ustach.

– Przyszedłeś z tym, żeby mi to wylać na biurko? Zmartwię cię, nie przyniosłem drugiego wypowiedzenia – odpowiedział z wolna, przyczyniając się do jeszcze szerszego uśmiechu ze strony Łukasza.

– Nie odpuścisz mi tego, co? – Podszedł bliżej. Jerzy oczami wyobraźni zobaczył scenariusz, który już raz przytrafił mu się w życiu, tym razem jednak nie miałby nic przeciwko, gdyby Nakonieczny potknął się o krzesło i wypieprzył ze wrzątkiem w rękach, kalecząc się szkłem, nawet gdyby miało ucierpieć na tym jego biurko. Niestety, Łukasz miał więcej szczęścia albo rozwagi i ze stoickim spokojem postawił wszystko na blacie, a płyn w kubkach nawet nie zachybotał. – Wierz lub nie, ale nie rozlewam kawy na prawo i lewo, jak ty to powiedziałeś, w akcje bezsensownego bestialstwa.

– Zdumiewające – mruknął sarkastycznie pod nosem, przypatrując się czujnie następnym ruchom mężczyzny. Ten, jak gdyby nigdy nic, przysunął w stronę Jerzego biały kubek, po czym usiadł na krześle naprzeciwko. Powieka Jerzego drgnęła. – Co to ma znaczyć? – Zajrzał do środka kubka i parsknął cicho. Nakonieczny przyniósł mu czarną kawę, oczywiście. Zapewne niesłodzoną.

– Zabawne, prawda? Od kiedy to szef robi asystentowi kawę? – mruknął niezmiernie zadowolony, pociągając łyk. Jerzy uczynił to samo i skrzywił się, bo kawa była dokładnie taka, jaką zazwyczaj pijał. Łukasz przyglądał mu się uważnie.

– Od wtedy, kiedy czegoś od niego chce – warknął, a Nakonieczny skinął głową.

– A czego to mogę od ciebie chcieć, jak myślisz? – zapytał uroczo, a jego nikły uśmieszek schował się za kubkiem.

– No właśnie. Czego możesz ode mnie chcieć? – powtórzył z mordem w oczach.

– Po pierwsze chciałbym, żebyś był lepszym asystentem – powiedział otwarcie, robiąc dziwaczny ruch ręką. Jakby był to nieistotny detal w całej ich rozmowie. Jerzy prychnął. – Zaprezentowałem ci właśnie, jak to powinno wyglądać. – Jurek zwęził oczy.

– Bardzo dobrze. Prezentuj dalej, bo chyba nie załapałem – sarknął, opierając się na swoim krześle. Łukasz znowu uśmiechnął się litościwie.

– Nie ma problemu. Skoro chcesz spędzać ze mną poranki przy kawie, będę przychodzić…

– Nie masz może pilniejszych rzeczy do roboty? – przerwał mu, a pomiędzy jego brwiami pojawiła się głęboka zmarszczka. Przypomniał sobie wczorajsze słowa Łukasza – to że lubił go denerwować. I to, że kiedyś Jerzy lubił denerwować jego… Szkoda tylko, że ostatnio całkowicie nie miał do tego nerwów, zwłaszcza w sytuacji, kiedy nagle ten oto mężczyzna, jak to sam powiedział, stał wyżej w hierarchii.

– Tak się właśnie składa, że nie. Wracając jednak do „po drugie”…

– Po drugie? – cmoknął. – Myślałem, że może chciałeś pokazać jakim dobrym szefem jesteś.

– Och, to też – zaśmiał się, a jego oczy lśniły. – Chociaż mam nadzieję, że nigdy w to nie wątpiłeś – dodał konspiracyjnie, samemu się odchylając i założył nogę na nogę niczym...

– Po prostu myślałem, że to Marcin jest od włażenia wszystkim w dupę.

– Zależy czy pytasz dosłownie, czy w przenośni – nie krył rozbawienia. Jerzy spąsowiał.

– Pytanie charakteryzuje się tym, że na jego końcu stoi pewien znak interpunkcyjny, bardzo charakterystyczny, wyczuwalny w głosie, nie wiem, jak przez tyle lat edukacji zdołało ci to umknąć – sarknął, zwężając oczy. Łukasz uśmiechał się coraz szerzej. Przeklęty cham i prostak, który tak świetnie się bawił, kiedy doprowadzał Jerzego do granicy. 

– Sam nie wiem. Miałem świetnego nauczyciela od polskiego, bardzo przystojnego… Chcę przez to powiedzieć, że czasami zdarzało mi się, całkowicie nieumyślnie, nie skupiać się za bardzo na lekcji – prowokował go dalej.

– Widać to po twoich brakach – odpowiedział lodowato. Łukasz westchnął głośno.

– Kawa ci smakuje? – zmienił temat, nie będąc ani trochę poruszonym.

– Jest obrzydliwa, dziękuję – machnął ręką.

Nakonieczny chciał się z nim pogrywać? Proszę bardzo.

– Ach, czyli mogłem jednak nie pluć do środka… – mruknął, powodując tym samym, że Jerzy zakrztusił się przełykaną kawą. Zaczął kaszleć i chrząkać, nie mógł złapać normalnie oddechu. W oczach stanęły mu świeczki, jak zawsze kiedy coś nieproszonego trafiło do jego tchawicy, ale dzielnie próbował szybko uspokoić organizm. – Żart – dodał niewinnie Łukasz, a Jerzy wbił w niego swoje najgorsze spojrzenie.

Zabije go, nie żartował, mógłby to zrobić. Świat tylko by na tym zyskał.

Łukasz w tym czasie, kiedy Jurek nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa, a także planował pierwsze w życiu morderstwo, zaczął przechadzać się po jego pokoju i znowu stanął przy świeczkach. Wyraźnie myślał przez chwilę, a potem zerknął na Jurka, który dalej łapał ciężko oddechy, aż w końcu wyciągnął zapalniczkę i podpalił knot.

– Co ty, do cholery, robisz?  – wykrztusił w końcu, odsuwając od siebie kawę stanowczym ruchem.

– Jak to co? Tworzę nam romantyczną atmosferę – odpowiedział, posyłając mu uśmieszek. W jego oczach czaiło się coś złego, Jerzy bez problemu to dostrzegał.

– Posuwasz się za daleko – ostrzegł go. Łukasz westchnął, przybierając normalny wyraz twarzy.

– A gdybym tak naprawdę przyniósł ci tę kawę z dobrej woli? A świeczki zapalił, żeby lepiej ci się pracowało?

– Uznałbym cię za okropnego kłamcę – warknął.

– No właśnie. Teraz uznajesz mnie za okropnego szefa, za zboczeńca, „dewianta”  – naśladował jego poirytowany ton – więc postanowiłem przy tym zostać. Kłamca do mnie nie pasuje – mruknął, uśmiechając się jakoś… smutno.

Jurek przyjrzał mu się w zamyśleniu.

– Czego chciałeś?  – warknął, ignorując wcześniejszą wypowiedź. – To „po drugie”, co? – zapytał, zaciskając pięści.

– Chciałem cię zapytać, czy rozmawiałeś z ojcem – zapytał szczerze, bez tych swoich okropnych gierek. Twarz Jurka zobojętniała.

– Nie. – Łukasz skinął głową. Nie zamierzał drążyć. Wrócił po swoją kawę i chwycił czarny kubek, obrzucając spojrzeniem ten należący do Jurka.

– Naprawdę do niej nie naplułem – powiedział. – Wypij sobie, na zdrowie – dodał, uśmiechając się podle.

– Pieprz się, Nakonieczny.

– To propozycja? – rzucił, kierując się w stronę drzwi. Jerzy skamieniał.

– Brzydzę się tobą! – zawołał za nim, kiedy Łukasz był już przy wyjściu, ale nim zamknął za sobą drzwi, Jerzy usłyszał suchy śmiech. Potem zamek kliknął. A on znowu został sam.

Nie na długo co prawda, bo kilka minut później w jego drzwiach pojawił się wspomniany wcześniej ojciec. Miał na sobie niebieską koszulę w żółte kwiatki i okulary przeciwsłoneczne na samym czubku głowy. Jerzy był w szoku. Patrzył na ojca z szeroko otwartymi oczami, wędrując wzrokiem po czarnych dżinsach, tej dziwacznej, okropnej koszuli i jego twarzy, takiej samej jak zwykle, która nijak nie pasowała do stroju.

– Patrzysz się, jakbyś zobaczył ducha.

– Na ducha patrzyłbym z mniejszym szokiem – mruknął, łapiąc się za zwężenie nosa. Szykował mu się kolejny, ciężki dzień, już mógł to stwierdzić.

– To prawda, rzadko wpadam bez zapowiedzi, ale chciałeś porozmawiać… – mruknął obojętnym tonem, zbliżając się do krzesła, które jeszcze chwilę wcześniej zajmował Nakonieczny. Jurek skinął głową, zasępił się. Patrzenie na ojca, zwłaszcza w takim wydaniu, sprawiało, że czuł ucisk w sercu. Jakaś część niego, ta rozeźlona, pamiętliwa, chciała mu na wstępie powiedzieć, żeby przeszedł się pokój dalej, w końcu tam by znalazł kogoś, kto zdecydowanie bardziej mu imponował. Nie to, co on, gorsze, ograniczone dziecko. 

– Zresztą twoja matka do mnie dzwoniła – dodał, a jego wargi skrzywiły się jakby zjadł cytrynę. – Ta kobieta nie ma za grosz wstydu… – mruknął, siadając ciężko.

Jego błękitne, lodowate oczy spojrzały na Jurka. Czy widziały to, co dostrzegła jego matka? Na pewno nie. Ojca nie obchodziło to wszystko. Wyjechał sobie w najlepsze na Filipiny i miał gdzieś, co takiego się tutaj działo.

Może i się pokłócili. Oboje powiedzieli o kilka zdań za dużo, ale duma ojca nigdy nie pozwalała mu przyznać się do błędu, o ile on ten błąd w ogóle zauważał, natomiast Jerzy… To on zawsze wracał, zawsze przepraszał, zawsze zgadzał się z ojcem i godził się z jego zdaniem. Najwyraźniej to się nie liczyło.

– Słyszysz mnie? – doszło do niego po chwili, a on jakby się ocknął. – Wszystko w porządku? Nie wyglądasz najlepiej… – Może jednak się niepokoił?

– Tak, tak – mruknął i sięgnął po tę nieszczęsną kawę, żeby przełknąć gulę w gardle. Nie był głupim dzieciakiem, wiedział, że Nakonieczny nic z nią nie zrobił, a przynajmniej bardzo chciał w to wierzyć. – Po prostu mnie zaskoczyłeś. No i ta koszula w kwiaty… – zakpił, uśmiechając się z wyższością. Jego ojciec również się tak uśmiechnął.

Aż by się chciało powiedzieć: jaki ojciec taki syn, a jednak wiele ich różniło.

– Bardzo wygodna.

– Od kiedy zależy ci na wygodzie?

– Od kiedy nie mam pracy i nie muszę się przejmować innymi na każdym kroku – odparł, opierając się wygodnie na krześle.

– Szybko się przestawiłeś – parsknął Jerzy, odwracając wzrok. Dziwnie mu było z tą swobodą, którą ojciec emanował, jakoś tak nieswojo, niemalże niepewnie.

– Ty jak widzę też się trochę zadomowiłeś – odpowiedział, wskazując machnięciem ręki na pozapalane świeczki, grającą cicho muzykę i kubek kawy.

– Nie zadomowiłem się – powiedział chłodno. Atmosfera między nimi stężała.

– Za mało czasu minęło… – Jerzy prychnął.

– A co, ty też chcesz żebym się tu czuł, jak u siebie? Co jest z wami nie tak?! – sapnął, zaciskając dłonie na kubku. Obawiał się, że jego podwyższony ton można było usłyszeć zza drzwi. Zza obydwu drzwi, żeby być dokładnym.

–  Zawszę chcę dla ciebie jak najlepiej – odpowiedział Stanisław, a szczęka Jerzego opadła w dół niemal jak w kreskówce.

– Nie zaczynaj nawet… Nie chcę się z tobą kłócić. I nie chcę słyszeć tych bredni.

– Jak chcesz – odparł chłodno, rezygnując z wątku.

Zapadła między nimi cisza. Jurek wbił wzrok w podłogę, a Stanisław nie odrywał spojrzenia od syna.

– O czym chciałeś porozmawiać? – zapytał po chwili przedłużającego się milczenia.

Jurek przełknął ślinę. Zamotał się we własnym wnętrzu. To nie było właściwie pytanie, on wcale nie chciał rozmawiać. Nie chciał robić nic dla Nakoniecznego, zwłaszcza kiedy ten znajdował się w pokoju obok. Nie chciał robić nic dla tego pieprzonego Adama… A dla Elliota? Przecież ledwo go znał! I on też był… Taki. Nienormalny! Może przy tym bardziej stanowczy, z pasją i ogromnym zacięciem, aby pokonywać największe słabości, ale swojego spaczenia pokonać nie potrafił. 

– Jerzy?

– Taaa, chodzi o to, że… rozmawiałem z Łukaszem i… – zaczął, gubiąc się w słowach. Brwi Stanisława uniosły się wysoko, co było chyba słuszną reakcją, nieczęsto bowiem jego synowi zdarzało się zapomnieć języka w gębie. – Rozmawiałem z Łukaszem i ma on do ciebie prośbę – powiedział już bez zawahania.

– Czyli jednak robisz za kuriera – mruknął Stanisław, uśmiechając się pod nosem.

– Bardzo zabawne. 

– Łukasz nie mógł zwrócić się bezpośrednio do mnie?

– Nie wiem, a jesteście ze sobą w kontakcie? – zakpił Jerzy, zerkając ze zrezygnowaniem na rozpoczęty rysunek. Chyba nie będzie mu dane tak szybko zakończyć tego projektu.

– Nie.

– Nie? – cmoknął. – Dziwne. Myślałem, że wasza przyjaźń kwitnie…

– Nie przyjaźnimy się – zbył Stanisław, tak jakby nie chciał się zagłębiać w tę bezsensowną konwersację.

– Szok. 

– Przejdziesz w końcu do rzeczy, czy mam się udać gabinet dalej?

– A proszę bardzo, Łukasz na pewno ugości cię kawą i spędzicie razem miło czas, jak zawsze.

– Jerzy, przestań się nad sobą użalać. – To zdanie podziałało na niego jak kubeł zimnej wody. Spojrzenie mu pociemniało, powieki zmrużyły się w gniewie, a palce zacisnęły, jakby gotowe do ataku. Kolejne zdanie rzucone przez Stanisława z taką lekkością, które wbiło mu szpilę prosto w serce. – Przejdź do rzeczy, dopiero wróciłem i mam potężnego jet laga, a myślałem, że to pilne, więc…

– Jasne, nie będę długo marnował twojego cennego czasu – syknął. Potem spuścił wzrok. Jak miał o czymkolwiek rozmawiać z ojcem, kiedy czuł do niego tak wielką urazę? – Łukasz z Marcinem pomagają alpinistom. Chcą im pomóc zorganizować wyprawę na Lhotse, ale potrzebują środków, których nie mają. Wiem, że ty masz jakiś znajomych, sam swojego czasu wspinałeś się trochę po Tatrach, więc… Byłbyś zainteresowany pomocą? – Stanisław uśmiechnął się pod nosem.

– Czemu nie, w końcu taki pomocny ze mnie człowiek.

– Prawda? Im pomogłeś już tak bardzo, że taki mały kroczek nie powinien stanowić dla ciebie żadnego problemu. W końcu skoro z ciebie taki dobry samarytanin, że oddajesz własną firmę w ręce wroga – ojciec prychnął – to nie będziesz miał najmniejszego problemu z tym, żeby podzwonić po starych znajomych.

– To nie są nasi wrogowie – mruknął, pocierając skronie. Był zmęczony po podróży, ale Jerzy nie zamierzał być dla niego łaskawy.

– Twoi na pewno nie. Ciebie tu nawet nie ma – mruknął lodowato. – Zostawiłeś mnie w tym samego. – Stanisław patrzył na niego w milczeniu. Jerzy poczuł się głupio. Po raz kolejny miał wrażenie, że wykłóca się o coś, co ojcu było całkowicie obojętne. – Za to mam nadzieję, że urlop na Filipinach był udany – dodał, nie chcąc pozostawać przy tych obciążających słowach.

– Niezbyt. Zostałem zaciągnięty na walki kogutów i nie widziałem niczego bardziej żałosnego od widoku tych wszystkich ludzi, spuszczających się z ekscytacji na widok walczących zwierząt. Ci sami ludzie dzień wcześniej byli tak serdeczni i pomocni, że aż wróciła mi wiara… Szybko się rozczarowałem – mruknął, pocierając skronie. Jerzy wzruszył ramionami.

– Przykro mi.

– Mnie też – westchnął, po czym oparł dłonie na kolanach i wstał ociężale. – Zobaczę, co mogę zrobić z tymi kontaktami, ale chyba faktycznie pójdę do Łukasza wypytać o szczegóły… Jest w gabinecie?

– Skąd mam to wiedzieć? Nie zwierza mi się z tego, co robi w każdej pieprzonej minucie swojego życia.

– Nie podnoś głosu. Tylko pytam – odpowiedział chłodno, kierując się do drzwi prowadzących na korytarz.

Jurek znowu został sam. Tym razem jednak nie mógł się skupić, zwłaszcza kiedy myślał o tym, że jego ojciec przebywał teraz z Nakoniecznym. Budziło się w nim coś na kształt ciekawości; jak wyglądały relacje tej dwójki? Czy ojciec faktycznie go nie okłamywał? Chociaż po co miałby? Czy zależałoby mu na tym, by ukrywać, że przyjaźnił się z Nakoniecznym?

Irytowała go własna niewiedza.

Postanowił jednak nie sprawdzać, nie wtrącać się. Skoro Stanisław i tak w nic go nie angażował, to nie było sensu drążyć, iść tam i robić z siebie głupka. Lepiej było zostać tutaj i wziąć się do roboty. Koniec końców, Nakonieczny zlecił mu coś, co robić lubił. 

Podgłośnił odrobinę muzykę, jazzowe brzmienia od razu wprowadziły go w pewnego rodzaju trans, a on przyłożył rysik do tabletu i rysował długie godziny.

Co dziwne godziny te zleciały mu w mgnieniu oka. Najpewniej spędziłby na rysowaniu jeszcze trochę czasu, gdyby nie doszło do niego ciche pukanie. Tak go to zaskoczyło, że serce zaczęło mu bić szybciej w piersi, ale uspokoiło się, kiedy tylko dostrzegł wychylającego się zza drzwi Nakoniecznego.

 – Ty jeszcze tutaj? – zapytał zdziwiony, przekraczając próg. – Robisz nadgodziny? – uśmiechnął się pod nosem, podchodząc do Jerzego, który wykrzywił kpiąco usta.

– Zagapiłem się – odparł zgodnie z prawdą, po czym wyprostował obolałe plecy. Chwilę potem zdał sobie sprawę, że muzyka wciąż grała, więc wyłączył ją, jak gdyby Nakonieczny mógłby mieć coś przeciwko.

– Zagapiłeś się na dwie godziny? – sarknął, ale zamiast przystanąć naprzeciwko biurka podszedł za Jerzego. – Mogę zobaczyć rezultaty? – Pochylił się nad nim.

Jerzy skinął głową i pokazał mu swoją prawie skończoną pracę. 

– Widzisz? Wiedziałem, że jak zrobię ci rano miłą atmosferę, to będzie ci się lepiej pracowało. Nawet porozmawiałeś z ojcem o Elliocie… – dodał zadowolony, po czym odwrócił się i usiadł na jego biurku.

Brew Jurka uniosła się wysoko, a usta zacisnęły na chwilę, ale Jerzy nie skomentował tego okropnego zachowania.

– Myślisz, że to zasługa zapalonych świeczek?

– Może tej porannej kawy? – udał, że się zastanawia. Jerzy parsknął.

– Na pewno – syknął, powodując tym samym, że kąciki ust Łukasza uniosły się odrobinę.

– Po co ten sarkazm… – Postukał kilka razy palcami po blacie. Znowu zerknął na otwartą pracę Jurka i zamyślił się.

Zdawało się, że było inaczej między nimi. Za oknem panowała ciemność, rozświetlana żółtym światłem latarni. Szum samochodów mknących po ulicy ucichł na tyle, że już nie drażnił, a uspokajał. Palące się w pomieszczeniu świeczki skwierczały, a płomienie skakały, targane lekkimi podmuchami wiatru zza okna, rzucając długie cienie po pokoju. To wszystko sprawiało, że zrobiło się tu przytulnie. 

– Wiesz, tak cały czas się zastanawiam, co tu dla ciebie znaleźć – zaczął Nakonieczny, a Jerzy wbił w niego pytające spojrzenie, bo wcale mu się nie podobał taki początek. – Nie chcę, żebyś się nudził. Lubisz być zajęty, a tutaj nie do końca możesz robić to, co wcześniej u siebie. Zresztą nawet gdybyś mógł, to bym do tego nie dopuścił – uśmiechnął się diabolicznie – ale, jak tak teraz patrzę, to mam kilka innych projektów, które Alek odkłada, a ludzie czekają… Więc może chciałbyś się im przyjrzeć.

Jerzy patrzył na niego dziwnie.

– Dlaczego mówisz mi o tym teraz?

– Bo cholernie dobrze rysujesz – przyznał bez zawahania, wbijając wzrok prosto w niebieskie oczy, które rozszerzyły się odrobinę z szoku na tę bezpośrednią pochwałę. – Może mógłbyś popracować nad montażem… – dodał, ale widząc natychmiastową zmianę wyrazu twarzy Jurka zakończył temat i bardzo dobrze! Co to niby miało znaczyć, że miał popracować nad montażem? Przecież z nim było wszystko w porządku! – W każdym razie, po tym jak porozmawiałeś z ojcem dogadaliśmy się i w przeciągu tych kilku godzin znaleźliśmy dla chłopaków trzech sponsorów… – kontynuował, a Jurek starał się wyłapać do czego zmierzał. – Więc za tą pomoc mogę się odwdzięczyć i nie skazywać cię na coś, czego nie lubisz robić – wytłumaczył. Jerzy patrzył na niego jak na Marsjanina.

– Słyszysz siebie? – mruknął, przecierając dłonią policzek. To było niepoważne, cała ta rozmowa.

Łukasz prychnął.

– Już narzekasz?

– Po prostu znowu czegoś chcesz, dlatego jesteś taki…

– Miły? – skończył za niego, uśmiechając się w ten swój okropny sposób. – Nie lubisz mnie takiego? – dodał, a jego wargi podwinęły się w uśmiechu pokazując równe zęby.

– Nie, żebym lubił jakiekolwiek twoje wydanie. – Wyłączył komputer. Miał dość na dzisiaj, zresztą naprawdę było już późno… Sam był zdziwiony, że tak się zasiedział.

– To moje wydanie bardzo wpłynęło na twoją dzisiejszą efektywność, także chyba muszę tak częściej.

– Traktuję to jako groźbę – mruknął, wstając. Nagle zdał sobie sprawę, że jest bardzo blisko siedzącego na biurku Łukasza i poczuł się… zaskoczony jego obecnością i tym, że znajdowali się koło siebie, twarzą w twarz.

– Może być – odpowiedział, zsuwając się płynnym ruchem z biurka.

Jerzy wstrzymał oddech i z trudem powstrzymał się przed gwałtownym cofnięciem, po którym wpadłby na krzesło. Łukaszowi za to zdawało się to nie przeszkadzać, w ogóle wydawał się nie zauważać niczego dziwnego w tym ich całym zachowaniu, w tym, że dzieliło ich dziesięć centymetrów i tym, że jakby Jerzy zrobił krok musiałby się o niego otrzeć, żeby przejść.

Dlatego Łukasz musiał wycofać się pierwszy, tyle że mocno się ociągał.

– Chcesz czegoś jeszcze? – zapytał więc Jerzy, siląc się na spokój. Był zmęczony po całym dniu siedzenia, bolały go też plecy i całkiem możliwe że trochę nadwyrężył nadgarstek. Nakonieczny natomiast też wyglądał na zmęczonego, miał jeszcze większe worki pod oczami, a jego skóra przybrała niemal szary kolor.

– Chyba nie – westchnął, odgarniając sobie włosy do tyłu i w końcu się wycofał. Jerzy ruszył za nim do drzwi. Wyszli razem i przechodzili po pustych korytarzach, a ich kroki niosły się echem po ścianach. Było dziwnie spokojnie, cicho. W biurze zostali już tylko oni.

Jerzy podszedł do portierni i zarzucił na siebie płaszcz od Armaniego. Roztrzepał dłonią włosy, chcąc dodać sobie świeżości, bo te oklapły po całym dniu siedzenia w pracy. Potem sięgnął po szalik i owinął się nim szczelnie, żeby ochronić się przed zimnem panującym na dworze. Nakrycia nie zapinał, w końcu i tak zaraz miał wsiąść do samochodu, dlatego też spod spodu wybijała się kremowa koszula.

Gdy się odwrócił, zdał sobie sprawę, że Łukasz patrzy na niego otwarcie. Uniósł wysoko brwi, zauważając, że Łukasz wyglądał trochę inaczej. Nie miał na sobie płaszcza, lecz czarną, skórzaną kurtkę z ćwiekami naszytymi na kieszeniach. Nie zapiął jej, także odkrywała koszulę, którą miał na sobie przez cały dzień i która wyglądała diametralnie inaczej w połączeniu z tą kurtką, tak samo jak czarne, zwężane spodnie.

– Wyglądasz jak zbuntowany nastolatek – skomentował ten ekstrawagancki strój.

– Ty za to ubierasz się stosownie do swojego wieku – odpowiedział Łukasz z ironicznym uśmieszkiem, poprawiając kołnierz kurtki. Potem uśmiechnął się szerzej, a Jurkowi zatrząsnęły się dłonie, bo ten padalec miał czelność robić przytyki względem jego wieku, a z tego nikt nie miał prawa sobie kpić!

– Czego nie można powiedzieć o tobie.

– Co ci się nie podoba w mojej kurtce? – zapytał, okręcając się wokół własnej osi dla lepszej prezencji. Jurek prychnął pod nosem. – Bo jak dla mnie wyglądam w niej bardzo dobrze.

– Nie wiedziałem, że skromność jest jedną z twoich licznych zalet. – Łukasz popatrzył na niego oceniająco.

– Dużo o mnie nie wiesz – mruknął, podchodząc do drzwi wyjściowych, Jerzy ruszył za nim, ociągając się. Nie podobał mu się ton Nakoniecznego i te wszystkie… przytyki.

– Tym lepiej dla mnie – mruknął pod nosem, a potem wyszedł na dwór tuż za mężczyzną. Uderzył w niego chłód wieczora, więc postanowił nie marnować więcej czasu na tego padalca i ruszył od razu do auta.

– Nie mów, że to twój samochód – doszło zza niego. Jurek przystanął, a potem odwrócił się z wolna.

Zastanawiał się, co zobaczy na twarzy Łukasza – tę samą, chorą zazdrość, która zżerała innych? Zawiść? Kpinę? Spodziewał się tego, ale pomylił się. Łukasz patrzył na jego bentleya z błyskiem w oku, a na jego twarzy było widać nietypowe podekscytowanie.

– Mój – mruknął, śledząc grę emocji na twarzy mężczyzny.

– Aż żal to przyznać, ale masz dobry gust – pochwalił po raz kolejny, a brew Jurka podeszła do góry. Nakonieczny przerzucił na niego wesołe spojrzenie. – Nie tylko jeśli chodzi o samochody. – Przesunął wzrokiem po jego ciele.

– W końcu to zauważyłeś? – zakpił, zaczynając czuć się nieswojo. Nie podobało mu się to spojrzenie i te słowa, jakby prowokujące, niemalże koleżeńskie…

Albo… Albo niekoleżeńskie, a…

– Och, nie. Dobrze ubrani mężczyźni to coś, co zauważam od razu – mrugnął do niego z podłym uśmieszkiem, po czym, już bez żadnego słowa, oddalił się do swojego samochodu.

Jerzy stał przez chwilę skamieniały, a potem, sztywno jakby każdy jego mięsień był zrobiony z metalu, wsiadł do auta. Nakonieczny z nim pogrywał. Z dnia na dzień zmieniał swoją taktykę, a Jurek za nią nie nadążał. Jakby mógł? Jak to się działo, że jednego dnia Łukasz chodził smutny, jakby rozdarty, nie potrafił zapanować nad sobą, a drugiego niemal z nim… flirtował?

Boże, zaraz się porzyga! Musiał złapać oddech.

Musiał się napić.


Nazajutrz do biura wkroczył w bojowym nastroju. Chodził jak pan po włościach, wyprostowany i z nienawistnym spojrzeniem wbitym w każdą jedną przechodzącą jednostkę. Ludzie w końcu odwracali od niego wzrok, także chyba Jurek jeszcze nie stracił całkowitego poważania, na co uśmiechnął się w duchu.

Bardzo dobrze. W końcu nie czuł się zaszczuty w tym miejscu. Nikim nie musiał się przejmować, lepiej dla innych, żeby to oni w końcu zaczęli przejmować się nim, bo Jerzy nie zamierzał się więcej chować po kątach. Jak to zresztą musiało wyglądać? Nakonieczny tylko to wykorzystywał. Przychodził do niego, jakby mu go było żal, a potem… Potem miał czelność wplątywać go w te swoje słowne zaczepki, które… Jerzy sam nie wiedział czym były.

Wczoraj pomyślał, że Łukasz mógłby z nim flirtować. Dzisiaj, po odespaniu tego wszystkiego, stracił to przekonanie. Łukasz się nim po prostu bawił, dalej pokazywał swoją wyższość i to w ten najgorszy sposób. Chciał zniszczyć jakąkolwiek pewność Jurka, stłamsić go, poniżyć.  W tym w końcu był bardzo dobry. To po prostu Jurek z dnia na dzień był coraz bardziej zagubiony i nie potrafił z tym skutecznie walczyć.

Postanowił z tym skończyć.

Natknął się na Nakoniecznego przy ekspresie do kawy. Ten, wyraźnie jeszcze niedobudzony, opierał się biodrem o blat i nawet go nie zauważył.

– Dzień dobry – przywitał się Jerzy swoim ulubionym, chłodnym tonem, a młodszy mężczyzna drgnął zaskoczony.

– Dzień dobry – odpowiedział mu, wbijając w niego lekko nieobecne spojrzenie.

Jurek aż zamarł widząc ten wzrok.

– Też chcesz kawę? – zapytał go Nakonieczny, przesuwając się, żeby zrobić Jerzemu miejsce, chociaż ten nie chciał się do niego zbliżać ani odrobinę bliżej. Brzydził się go. Jego podłych zagrywek, tego kim był, jakie miał upodobania…

– Nie, mam uraz po wczoraj – odpowiedział, a Łukasz uśmiechnął się kącikami ust. 

– Nie wiedzieć czemu – odparł, a jego oblicze rozjaśniło się. W koło zaczęło zbierać się coraz więcej ludzi, którzy zerkali na nich ciekawsko, jak gdyby coś zaraz miało się stać.

W powietrzu było czuć napiętą atmosferę, Łukasz jednak ją ignorował. Podniósł na chwilę wzrok, przejechał nim po twarzach kręcących się wokół pracowników, po czym wrócił do swojego espresso, a ludzie od razu przestali zerkać w ich stronę.

Łukasz naprawdę trzymał ich w szachu. Jerzy spojrzał na niego z uznaniem, a potem znowu zobaczył te ściągnięte brwi i coś w nim aż krzyczało, żeby potrząsnąć Nakoniecznym, by ten wrócił do swojego zwyczajowego zachowania. Przeszło mu przez myśl, że może mężczyzna tęsknił za Marcinem? Czy mogło być to powodem tych wykrzywionych w grymasie warg? Właściwie było to całkiem prawdopodobne, w końcu Jerzy nawet nie znał Łukasza, nie wiedział jak ten radzi sobie z tym, że przez większość czasu był sam. Może radzi sobie tymi głupawymi żartami? Może mu jest tak łatwiej?

– Tak się na mnie patrzysz, że zaczynam myśleć, że ci się podobam – mruknął, przystawiając filiżankę do ust. Opierał się tyłem o blat, a mleczno-brązowe spojrzenie wbijał w ściągniętą twarz Jurka, który prychnął na te słowa.

– Nie, nie jesteś w moim typie – odpowiedział zdawkowo, a Łukasz zbił w niego zaskoczony wzrok.

– Uodparniasz się. –  Pociągnął łyka mocnej kawy. Potem wyciągnął do niego rękę i poklepał go po ramieniu w pochwalnym geście. – Bardzo dobrze.

– Dotknij mnie jeszcze raz, a zobaczysz, jak bardzo uodporniony jestem – warknął, odpychając wierzchem dłoni rękę Łukasza. Ten wziął kolejnego łyka, nie odrywając od Jurka uważnego spojrzenia. Potem wzruszył ramionami.

– Chcesz zobaczyć te projekty? – zmienił temat, rezygnując z dalszego drażnienia mężczyzny. – Jeżeli tak, to przydałoby się pójść do Alka.

Jerzy  skinął głową. Nic mu nie szkodziło zobaczyć, co takiego Łukasz miał mu do zaoferowania.

Przeszli się we dwóch przez mały korytarzyk, aż doszli do rozwidlenia i skręcili w prawo. Jurek chyba nigdy tu nie był, nie rozglądał się tak po całym budynku. Jak się okazało znajdowały się tu tylko jedne drzwi, do których Łukasz zapukał i wszedł chwilę później.

W środku zastali tego całego Alka i jeszcze dwie kobiety, które dyskutowały o czymś cicho nad pustą kartką. Jurek nie zaszczycił ich dłuższym spojrzeniem, zamiast tego skupił się na Alku. Mężczyzna mógł mieć ze dwadzieścia pięć lat, miał na sobie czapkę z daszkiem, a jego uszy zdobiły – lub, zdaniem Jurka, szpeciły – tunele.  Na dodatek był ubrany w fioletową, rozpiętą bomberkę, spod której wystawała zielona koszulka, do tego spodnie z gumkami przy nogawkach i lampasami po bokach sprawiały, że wyglądał jak typowa ciota.

Właściwie niedziwne. Łukasz z Marcinem byli tak bardzo friendly, że zatrudnili nawet homofoba, dlaczego więc mieliby nie wspierać przedstawicieli tej samej orientacji? 

Może większość ich pracowników stało po tęczowej stronie.

– Dzień dobry, panie Łukaszu – odezwał się Alek, a Jurek zmarszczył brwi. Nie spodziewał się, że ta dwójka nie będzie na ty.

– Dzień dobry. Już zabrałeś się za pracę?

– Dopiero zaczynam – odpowiedział, zerkając przelotnie na Jerzego. Nie był względem niego pozytywnie nastawiony, widać to było po wrogości z jaką na niego patrzył.

– Jesteś ostatnio strasznie zarobiony… – kontynuował Łukasz, a Alek rozpromienił się cały.

– Tak, normalnie aż nie wiem, w co ręce włożyć, ale spokojnie, daję radę – odpowiedział, dumnie wypinając pierś.

Jerzy patrzył na niego oceniająco, a potem zerknął na Łukasza, który uśmiechnął się kącikami ust.

– Wiem, za dużo spadło na ciebie na raz… – mówił, a Alek słuchał go uważnie. – Masz… Z pięć projektów? – kontynuował, opierając dłoń na biurku mężczyzny.

– Sześć – poprawił go z delikatnym uśmiechem. Łukasz również się uśmiechnął.

– Pewnie masz mi za złe, że tak ci to wszystko zrzuciłem na głowę.

– Nie! Nawet mi to przez głowę nie przeszło, panie Łukaszu, no coś pan – odpowiedział, przygryzając dolną wargę.

Jerzy nie mógł na to patrzeć, ale nie mógł też odwrócić wzroku. To jak ten facet wdzięczył się do Nakoniecznego było wręcz niesmaczne.

– Jest mi jednak źle z tym, że wszystko spadło na twoje ramiona – kontynuował Nakonieczny, a Jerzy już miał wyjść i trzasnąć drzwiami, gdy Łukasz wyprostował się i spojrzał na Jurka, jak gdyby przypomniał sobie o jego obecności. – Ale widzisz, teraz mogę zrzucać obowiązki na kogoś innego. Nie chciałbym, żebyś się przepracowywał… – ciągnął, posyłając Gosowi wymowne spojrzenie, od którego ten zmrużył oczy.

– To naprawdę miłe z pana strony, ale… – zaczął Alek, wlepiając w szefa rozmarzone spojrzenie.

– Nie ma żadnych ale. Też musisz mieć trochę luzu, a pracujesz za dwóch, jak nie za czterech – odpowiedział Łukasz, pochylając się niżej nad biurkiem. – Pokaż te swoje projekty. Oddamy jakieś Jerzemu, zobacz jak ten aż rwie się do roboty… – powiedział kpiąco, wskazując na skrzywioną twarz Jurka, który słysząc to jeszcze bardziej się zapienił.

Alek za to uśmiechnął się szeroko, jakby z wyższością i wyjął z biurka trzy, całkiem pokaźne teczki. Z radością podał je Nakoniecznemu, a ten przyjął je bez wahania i podziękował mu, nie obrzucając go dalej żadnym spojrzeniem. Wyszli z pokoju, Jerzy wlepił oceniające spojrzenie w twarz Łukasza, który uśmiechnął się do niego chytrze.

– Łatwo poszło – przyznał.

– Jesteś manipulatorem – odpowiedział z wolna, przyjmując teczki, które Łukasz podał mu z uśmiechem.

– Inaczej by się nie udało. Alek to straszny pracoholik, jeszcze by cię zagryzł, gdybym mu powiedział prawdę.

– A jaka jest prawda?

– Prawda jest taka, że lepiej rysujesz – oznajmił bez najmniejszego skrępowania, a serce Jurka zatrzepotało w piersi. Wymienili się z Nakoniecznym poważnymi spojrzeniami.

– On na ciebie leci – oznajmił mu swój wniosek.

– Wiem.

– Wykorzystujesz to.

– Troszeczkę – szepnął, uśmiechając się chytrze. Przystanęli z powrotem przy ekspresie do kawy. Wokół było pusto. Musiało być już trochę po ósmej i wszyscy pochowali się w swoich miejscach pracy. Łukasz odstawił pustą filiżankę do zlewu, po czym podwinął rękawy białej koszuli i chwycił za gąbkę, by umyć naczynie.

Jerzy nastawił sobie ekspres, dochodząc do wniosku, że kawa jednak mu nie obrzydła.

– Robisz tak ze wszystkimi?

– Tylko Alek na mnie leci, więc raczej się ograniczam. – Jerzy pokręcił w niedowierzaniu głową.

– I ty niby jesteś dobrym szefem? – zakpił, patrząc na kawę. W powietrze uniósł się jej mocny, aromatyczny zapach, który zawsze poprawiał Jurkowi nastrój.

– Nie mogę dać wejść sobie na głowę. Zresztą dzięki temu możesz sobie rysować w spokoju. Naprawdę więc mówisz, że nie jestem dobrym szefem…? – mruknął zamyślony, a Jerzy zacisnął usta. – Ty byś tego dla mnie nie zrobił – dodał, posyłając mu ironiczne spojrzenie.

– Nie. Ja bym cię wywalił od razu na zbity pysk – przyznał, a Łukasz przyjrzał mu się dokładnie.

– Nie wywaliłbyś.

– Słucham?

– Nie wywaliłbyś mnie, gdyby wszystko potoczyło się na odwrót.

– Skąd taka pewność? – sarknął, kładąc sobie wolną rękę na biodrze.

– To nie pewność, to tylko przeczucie.

Po tej fascynującej rozmowie, Łukasz dał Jurkowi pracować w spokoju. Dni leciały, a Jerzy czuł się, o dziwo, coraz bardziej stabilnie w pracy. Nie tyczyło się to Nakoniecznego, bo z nim nic nie było stabilne – potrafili on bowiem jednego dnia prowokować Jerzego, obrażać go i wyżywać się na nim, wplątując go w jeden wielki konflikt, by drugiego przyjść do niego z kawą i gawędzić przyjacielsko na wybrane przez siebie tematy.

Jerzy tego nie rozumiał.

Jeszcze bardziej nie rozumiał tych chwil, kiedy Nakonieczny się wyłączał. Przy Jurku zdarzało mu się to rzadko, być może mężczyzna lepiej się pilnował, ale były takie momenty, gdy Łukasz zrzucał z siebie maski i wydawał się zagubiony.

Te refleksje nie były czymś, z czego Jurek był dumny, bo uświadomił sobie, że żeby to zobaczyć musiał cały czas obserwować Łukasza. I chyba tak właśnie było.

Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że mężczyzna czasem przyłapywał go na obserwacji. Uśmiechał się wtedy do niego w zależności od humoru albo kpiąco, albo litościwie, albo radośnie i prowokująco. Jurek nie dawał się sprowokować.

Więcej pił. Właściwie alkohol towarzyszył mu niemalże każdego wieczoru. Z Jankiem widział się kilka razy, ale chłopak nie miał zazwyczaj czasu.  Tylko raz znalazł dla niego dłuższą chwilę i pojechali wtedy na „te wiochy”, na których miał się odbyć poniedziałkowy wyścig. Jurek jeździł jak szalony, odnajdując w tym swoje szczęście. Odebrał też Leona z Gdyni za pośrednictwem ojca, który zgodził się po niego pojechać. Potem Jerzy z ciężkim sercem wystawił samochód na sprzedaż.

Życie toczyło się dalej. Nie było kolorowo i nie było łatwo, ale jakoś szło do przodu, a Jurek chyba się przyzwyczaił, że cały czas miał pod górkę.

Zwłaszcza teraz, w niedzielę, kiedy stał pod domem matki i nie miał zielonego pojęcia, jak niby miałby jej powiedzieć to, czego tak bardzo nie chciała słyszeć.

Wszedł na podwórko, nawet nie zerkając w okno; nie chciał wiedzieć, czy stała i czekała na niego, chociaż najpewniej tak właśnie było. Musiało tak być, bo nie zdążył nawet zapukać do drzwi, a te już się przed nim otworzyły. W lewej ręce trzymał świeży bukiet, który jeszcze w progu wręczył matce, a ta wycałowała obydwa jego policzki.

– Jureczku! – zawołała z szerokim uśmiechem. Mężczyzna chciał jej go oddać, ale nie był w stanie. – Upiekłam dzisiaj twój ulubiony sernik! – oznajmiła podekscytowana, zamykając za synem drzwi. W domu było ciepło, w przeciwieństwie do tego, co działo się na dworze, więc Jurek z chęcią by się zagrzał, gdyby tylko nie był tak piekielnie poddenerwowany…

–Tak? – odparł, chcąc chociaż udawać zaangażowanego.

– Mhm, rozbierz się, a ja ukroję. Niestety, nie poczęstuję cię obiadem, nie wyszedł mi i poszedł cały do kosza… – Zrobiła smutną minę.

– Nic nie szkodzi. Jadłem przed wyjściem – skłamał, odwieszając płaszcz na wieszak. Wszedł do salonu i usiadł przy stole. Tępy wzrok wbił w kominek i czekał aż matka do niego wróci. Ta zjawiła się minutę później z ciastem na talerzykach.

Nie miała jednak zamiaru pozwolić mu zjeść w spokoju.

– No i jak, Jureczku? Nie odzywałeś się, myślałam, że może zadzwonisz. Ja sama nie dzwoniłam, bo nie chciałam zawracać ci głowy, ale… zwolniłeś się z tej okropnej pracy, prawda? – zapytała na wstępie, dokładnie tak, jak się spodziewał.

Nie spodziewał się jednak tego, co za chwilę miało wydobyć się z jego ust.

– Tak – skłamał. – Już tam nie pracuję. –Wbił łyżeczkę w puszyste ciasto. W sercu miał pustkę, w głowie niewiele więcej, poza myślą, że to był pierwszy raz od lat, gdy nie powiedział jej prawdy.

Ale w końcu tak było lepiej, po co miałby dokładać jej zmartwień…?


Aktualizacja: 22.06.2021 

***
Hej kochani!
Nie spodziewaliście się mnie tak szybko, co?  Rozdział miałam skończony już wczoraj, napisałam go właściwie przez weekend, tak jakoś dobrze mi poszło, ale musiałam się z nim przespać :D Już nie raz przekonałam się, że wstawianie czegoś od razu po napisaniu to zły pomysł, no ale dobra, nie tłumaczę się, bo i tak szybko się wyrobiłam, więc mam nadzieję, że będziecie zadowoleni ;) 
Jak widać było wyżej, powoli jakoś to życie Jerzego się stabilizuje, chociaż... Pewnie nie na długo :D Zdradzę Wam, że w następnym rozdziale mam w planach opisać już wyścig i sama się zastanawiam, co tam się będzie działo. Mam nadzieję, że wyjdzie mi to w miarę dobrze...
Wracając jednak do obecnego rozdziału, to dużo w nim Łukasza, wiem. Miało być mniej (ten rozdział wyszedł mi naprawdę długi), ale tak dobrze mi się opisuje ich relację, że nie mogłam się powstrzymać. No i, koniec końców, chyba nie ma źle, kto nie lubi drażnić Jerzego? 
No właśnie, drażnić czy jednak flirtować, jak myślicie, co ten Nakonieczny ma w głowie? :D 
Tak już na koniec, dziękuję za Wasze komentarze, dajecie mi dużo pozytywnej energii, którą staram się przełożyć na pisanie i naprawdę to działa, także ten... Lov u <3
No i do następnego!

poniedziałek, 25 marca 2019

Zostań o poranku: Rozdział 11

Rozdział 11. Pęknięcia

 

Obudził się w nieswoim łóżku, co w gruncie rzeczy nie było zaskakujące, bo coś takiego w życiu przytrafiło mu się nieraz. Obce zapachy, które go otaczały i inne natężenie światła, miękkość pościeli, a w tym wypadku raczej jej szorstkość, od razu przypomniały mu, jak potoczyła się wczorajsza noc.

Nawet nie musiał otwierać oczu… A jednak to zrobił, chociaż czuł, że powieki ma ciężkie i sklejone, a głowa pulsuje mu od nadmiaru alkoholu, którego wczoraj sobie nie żałował. Pokój, w którym się znajdował był raczej mały – większą jego część zajmowało dwuosobowe łóżko, którego materac był wygnieciony, a sprężyny nierówno rozłożone, tuż przy nim stał stolik z małą lampką, a po drugiej stronie szafa; ot, to wszystko. Wczoraj jednak Jerzy nie miał czasu się przyjrzeć otoczeniu, dzisiaj za to odkrył, że wcale nie miał na to ochoty. Przerzucenie spojrzenia w bok wydawało się ciekawsze od lustrowania obskurnego, hotelowego pokoju.

Po jego boku bowiem znajdowała się ta kobieta… Jak jej tam było? Wiktoria? Czy może Barbara? Skąd on miał te imiona w głowie? Czy któreś w ogóle należało do kobiety, która spała tuż obok, oddychając ciężko?

Patrzenie na nią nie wywołało w Jurku żadnej emocji. Pamiętał smak alkoholu, seks i to, że Wiktoria – zakładając, że tak się nazywała – była naprawdę głośna. Być może i to przyczyniło się do dzisiejszego bólu głowy, który frustrował i pogarszał jego samopoczucie z minuty na minutę.

Nie było najlepiej, uświadomił sobie, chcąc wstać z łóżka. Nogi niemal od razu odmówiły mu posłuszeństwa. Były ciężkie niczym z ołowiu i poruszenie nimi zajęło mężczyźnie dobrą chwilę, ale kiedy już mu się udało, podszedł do miejsca, w którym zrzucił wczoraj z siebie ubrania. Nakładał je z grymasem na twarzy, a jego wewnętrzne poczucie estetyki płakało razem z pękającą głową.

Boże, ale był wczoraj napruty. Sam już nie wiedział, jak dostał się do tego hotelu, czy zaproponował to on, czy ona…?

Odkręcając się, poczuł na siebie złość. Musiał tyle pić? Niemalże słaniał się na nogach, spoglądając na nagie pośladki kobiety. Nie mógł sobie przypomnieć, jak wyglądała jej twarz… Teraz zauważył, że miała kilka nadprogramowych kilogramów, których wczoraj, zdaje się, nie dostrzegł. Nie, żeby nadprogramowe kilogramy mu wadziły, właściwie nie miało to najmniejszego znaczenia. Jerzy nie lubił perfekcyjnych ludzi.

Ta jednonocna przygoda nie przyniosła mu ani trochę ulgi. Obudzenie się w hotelowym, obrzydliwym pokoiku i zakładanie na siebie wymiętych, znoszonych ubrań tylko pogarszało jego i tak nienajlepsze samopoczucie.

Marzył o prysznicu, ale nie miał zamiaru zostawać tu dłużej niż to było konieczne.

Wyszedł, starając się stąpać tak cicho, jak tylko potrafił. Nie chciał obudzić swojej jednonocnej kochanki… To zawsze było niezręczne i kompletnie niepotrzebne. Jerzy nie wiązał z nią żadnych uczuć, nie poczuł nic, kiedy teraz na nią patrzył… Czasami zdarzało mu się poczuć sympatię do kogoś, ale wtedy najczęściej pamiętał imię owej partnerki. To, że w tym przypadku było inaczej już wiele mówiło.

W domu znalazł się godzinę później, a ból głowy tylko się nasilił. Prysznic nie pomógł, śniadania nawet nie tknął, wypalona fajka ani na chwilę nie przyniosła ulgi… Za to podratowało go łóżko, które pachniało jego ulubionymi perfumami od Toma Forda i było zaścielone, czyste.  Miło się było się w nim położyć.

Sen jednak nie potrwał na tyle długo, na ile Jerzy by tego sobie życzył. Wstał, bo w końcu wstać musiał, ale jego nastrój wciąż pozostawiał wiele do życzenia. Znowu to wszystko do niego wróciło; ta cisza, pustka… Zazwyczaj takie noce, jak wczorajsza, pozwalały mu na chwilę zapomnieć. Poczuć się lepiej przynajmniej na jakiś czas, a teraz chyba było jeszcze gorzej.

Ze zrezygnowaniem powlókł się do kuchni, gdzie nastawił wodę na kawę. Otworzył okno, z którego od razu uderzył go mroźny wiatr. Pogoda się trochę załamała, słońce już nie świeciło, za to nie padało. Nie, żeby miało to jakieś większe znaczenie.

Jerzy oparł się pośladkami o parapet i odpalił fajkę. To było to, alkohol w nocy, a rano czarna kawa i mocne pety…

Jego życie naprawdę szło w świetnym kierunku, pomyślał z ironią, a potem poszedł do łazienki, gdzie zobaczył swoje odbicie i nawet ironią nie mógł przykryć tego, co zobaczył. Cienie pod oczami, blada twarz, spierzchnięte wargi… Kilka malinek w okolicach szyi i ramion, siniak na udzie, no i jego ciało… Z dnia na dzień coraz chudsze.

Poczuł, jak coś kłuje go w serce, więc czym prędzej potrząsnął głową, chcąc to od siebie odrzucić. Sięgnął do szafki, z której wyciągnął krem i  wtarł go starannie w suchą skórę twarzy. Cienie pod oczami jakby trochę straciły na intensywności, a może mu się tak tylko wydawało?

Odwrócił się i zasępiony wrócił do kuchni, gdzie odgrzał sobie przygotowany przez catering obiad. Jadł mechanicznie, bez myślenia, bez zastanawiania się, aż nagle przypomniał sobie o czymś… A raczej o kimś.

Zaklął siarczyście pod nosem, zostawiając na w pół niedojedzony obiad, po czym żwawo poszedł do garderoby, skąd wyciągnął ciemną koszulę i czarne spodnie od marynarki. Z przyzwyczajenie zmienił zegarek na bardziej pasujący, a potem jeszcze raz przejrzał się w lustrze. Roztrzepał włosy, które nawet w miarę mu się ułożyły i przetarł jeszcze oczy, by pomóc otworzyć im się szerzej, ale na nic się to nie zdało.

Wypadł z mieszkania, łapiąc gwałtownie hausty mroźnego powietrza. Miał wrażenie, że było dużo zimniej niż wczoraj, chociaż nie powinien się dziwić – grudzień zbliżał się wielkimi krokami.

Z przyzwyczajenia poszedł na parking, gdzie dostrzegł swój nowy samochód. Spojrzał na niego z zaskoczeniem. Wciąż nie mógł uwierzyć, że tak piękne auto należało do niego. Wzrok mu złagodniał, a wargi wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu. Jego bentley lśnił na mrozie, odbijając promienie słońca. Był przepiękny. Miał lakier w kolorze butelkowej zieleni, a wykończenie, zwłaszcza światła, wyglądały jakby były zrobione ze srebra. Janek wcale się nie mylił, że ten samochód pasował do Jerzego – on był dla niego stworzony. Samo patrzenie na niego poprawiło mu nastrój, chociaż nie chodziło tutaj bynajmniej tylko o jego kolorystykę, ale też kształt, wielkość, klasę… To wszystko pasowało idealnie!

Takie myślenie poprawiło Jurkowi humor, mimo że po raz kolejny mężczyzna odpuścił sobie przejażdżkę i to nie dlatego, że nie chciał. Chciał, właściwie nawet bardzo, ale obawiał się, że wciąż nie był w stanie prowadzić. Zadzwonił po taksówkę, irytując się na swój wczorajszy wyskok. Też coś, mieć taki samochód i być zmuszonym przemieszczać się taksówką… To było śmieszne. Żałosne.

Mimo to pogodził się z tym dość szybko, zwłaszcza kiedy popatrzył na swoje trzęsące się ręce, które jeszcze bardziej utwierdzały go w przekonaniu, że wczoraj przesadził.

Niecałą godzinę później Jerzy stał już przed małym domkiem z białym płotem, a w dłoni trzymał  bukiet kwiatów. Zerknął na niego przelotnie, wyłapując wzrokiem drobne, białe kwiatuszki wkomponowane w różnokolorowe goździki, derenie i rdesty. To było niczym powiew wiosny na początku zimy, niczym bukiet zebrany prosto ze spokojnej polany w środku lasu… Takie jego matka lubiła najbardziej.

Matka, która zerkała na niego z okna, czekając.

Jerzy zacisnął dłoń na bukiecie i ruszył do przodu. Przekroczył drewnianą furtkę, czując, że jego ręka zrobiła się wilgotna, najpewniej od resztek wody z kwiatów. Szedł mechanicznie, ale pewnie, a na twarz przywołał standardowy uśmiech, mimo że wcale nie był w nastroju, by utrzymywać ten pogodny grymas. Właściwie to było całkiem na odwrót. Jego ciało się spięło, oddech przyśpieszył. Było mu żal kobiety, że nie zjawił się tydzień temu w jej domu, że kazał jej czekać… Dokładnie tak, jak dzisiaj. Ale nie chodziło mu tylko o to. Coś na kształt niepokoju kołatało mu się po sercu, kiedy przekraczał próg, coś czego nie potrafił zidentyfikować, ale sprawiało, że czuł się poddenerwowany.

– Jureczku! – Głos matki był ciepły, kojący. Chyba nikt nigdy nie zwracał się do niego z taką czułością, co ona. Nikt też nie patrzył tak miękko, nie wyciągał dłoni do jego policzka i nie gładził go z uczuciem.

– Mamo – przywitał się, wręczając kobiecie kwiaty. Ta przyjęła je z uśmiechem, który rozjaśnił pokrytą zmarszczkami twarz.

– Wchodź, wchodź, na dworze jest strasznie zimno! – Zaprosiła go do środka.

Jerzy uniósł kąciki ust, które zaraz opadły. Rozebrał się w holu, po czym skierował swoje kroki do salonu. Popatrzył z nostalgią po pomieszczeniu – nic się tu od ostatniego czasu nie zmieniło, te same obrazy wisiały na pożółkłych ścianach, kurz zalegał na wyższych półkach, do których jego matka nie mogła sięgnąć, a wysuszone kwiaty stały w wazonie na stole…

Usiadł na swoim krześle, czekając aż kobieta przyjedzie z czymś, czym niewątpliwie go poczęstuje. Nie pomylił się. Jego matka wyłoniła się z kuchni chwilę potem niosąc w jednej ręce talerz z pieczenią, a w drugiej kwiaty, które zamieniła z tymi wysuszonymi. Talerz oczywiście wylądował przed Jerzym.

– Jedz, jedz, bo coś chyba schudłeś – powiedziała, odsuwając sobie krzesło. Usiadła naprzeciwko syna, nie odrywając od niego spojrzenia. Lustrowała jego twarz, a jej brwi zmarszczyły się w zamyśleniu. Ona widziała, oczywiście, że widziała w końcu była jego matką. Zmęczenie, stres, za dużo alkoholu… To wszystko potrafiła odczytać już po kilku minutach przebywania z nim. – Nawet nie chyba. 

Jerzy z trudem przełknął pierwszy kęs, a jego dłonie na powrót pokryły się wilgocią… Tyle że tym razem nie trzymał już przecież kwiatów.

– To przez te kłopoty w firmie? – kontynuowała, pochylając się niżej nad stołem, jakby chciała mu się przyjrzeć jeszcze dokładniej, a Jerzy odwrócił wzrok od tego uważnego spojrzenia. Jego oddech stał się płytszy, ręce zacisnęły się na sztućcach, a stopy wbiły w nogi fotela, jakby za wszelką cenę chciał się go przytrzymać.

– Można tak powiedzieć 

– Przez ojca? – dopytała, a następnie, jakby w nerwowym odruchu, odgarnęła siwe włosy za ucho. Jerzy z zaskoczeniem odkrył, że te były jakby rzadsze, cieńsze. Potem spojrzeniem przesunął jeszcze raz po tak dobrze znanej mu twarzy i zmarszczył brwi. Jak widać nie tylko on w ostatnim czasie zmizerniał.

– Również można tak powiedzieć.

Jego matka czekała na rozwinięcie wypowiedzi, ale Jerzy nie chciał jej nic więcej powiedzieć.

– Więc…? Co z tą firmą? – ponowiła, widząc, że jej syn nie był w zbyt rozmownym nastroju.

– Właściwie to… Nie ma już naszej firmy – wykrztusił, a słowa te spadły na niego niczym grom z jasnego nieba. Poczuł szczypanie w okolicach oczu, ale zdusił w zarodku to uczucie i odgonił je czym prędzej. Na jego twarzy na powrót zagościła zwyczajowa maska obojętności, ale nie wiedział, czy jego matka nie będzie w stanie się przez nią przebić.

– Jak to nie ma? – Była szoku. Zresztą nic dziwnego. Nie utrzymywała z ojcem kontaktów, czasami widzieli się od święta, ale i wtedy raczej nie byli w nastroju do rozmów, a Jerzy nie zjawił się u niej tydzień temu także wciąż nie miała o niczym pojęcia.

– Nie wiem. Nie brałem w tym żadnego udziału – odpowiedział płasko. Rozgoryczenie wróciło do niego natychmiast. Rozgoryczenie, żal i irytacja, że ojciec zrobił mu coś takiego. Takie świństwo!

– To znaczy, że teraz… jesteś bezrobotny?

Jerzy wziął głęboki oddech.Wcale nie chciał jej odpowiadać na to pytanie. Nie powinni nawet o tym rozmawiać, bo rozmawianie o tym, tak otwarcie, bez krzyków, bez złości, wywoływało w nim ból i niepewność. A przecież już prawie wmówił sobie, że było dobrze.

– Nie, mam pracę – mruknął. Obiad ostygł mu na talerzu.

– Nie rozumiem – oznajmiła kobieta, podnosząc ręce do góry w bezradnym geście.

– Można powiedzieć, że ojciec sprzedał naszą firmę komuś innemu.

– Komuś innemu? – powtórzyła za nim z pretensją. – Komu?! 

– Nieważne – zbył ją, wzruszając ramionami. Oczy matki zapłonęły.

– Jak to nieważne?! Co on sobie myślał? I co, nawet nie zapytał ciebie o zdanie, dobrze rozumiem? Mi nic nie powiedział?! Chociaż to właściwie nie dziwne, bo stary zawsze miał z tym problemy – zakpiła, wydymając usta. Jej drobna sylwetka nagle skuliła się w gniewie, a ręce zadrżały.

– Mamo, uspokój się… – mruknął Jurek, wyciągając rękę do pomarszczonej, drobnej dłoni kobiety.

– Jak mam być spokojna, kiedy mówisz mi takie rzeczy? O Boże, Jureczku, to dlatego tak wychudłeś! Ta firma była dla ciebie taka ważna! Najważniejsza – mówiła gorączkowo, a jej zazwyczaj łagodne oczy teraz przybrały całkiem inny wyraz. Jerzy za to peszył się coraz bardziej z każdym słowem.

– Mleko się już rozlało – westchnął, odsuwając talerz na bok. Odechciało mu się jeść. Matka wstała od stołu, po czym zaczęła dreptać po pokoju, a Jerzy sunął za nią wzrokiem.

– To nie do pomyślenia – powiedziała, przystając przy oknie. – I co teraz robisz? Jak to wygląda? Dobrze zarabiasz? – odwróciła się na powrót w jego stronę.

– Ludzie nie narzekają… – odpowiedział wymijająco. Jednak jego matce zdecydowanie to nie wystarczało, a jej cierpliwość malała z każdym zdawkowym zdaniem. 

– Nie obchodzą mnie ludzie! Ty mnie obchodzisz, czego nie można niestety powiedzieć o twoim ojcu! – Jerzy zacisnął usta.

Miała rację – ze wszystkich to ona się o niego troszczyła, wyczekiwała go, zawsze gościła pod swoim dachem… Tylko że Jurek obawiał się jej reakcji. Może właśnie dlatego, że tylko ona była mu tak bliska, a to, co chciała wiedzieć, wcale jej się nie spodoba. Tego był pewien.

– Ojciec powiedział, że miał swoje powody. Ponoć popadał w długi…

– I nic mi nie powiedział! – sapnęła pod nosem, załamując ręce. Potem jej spojrzenie, już nie tak ostre, raczej przygaszone i smutne, spoczęło na twarzy syna. – Przykro mi. Wiem, ile to dla ciebie znaczyło… – Podeszła do niego. Jerzy skinął głową na jej słowa, patrząc, jak zbliża się coraz bardziej, by finalnie wplątać drobne ręce w jego włosy. Pogładziła je, uśmiechając się bezradnie. Była kochana, nie mógł temu zaprzeczyć, a mimo to czuł się spięty. – Więc, kto teraz się tym zajmuje, jak to wszystko wygląda? – dopytała. Mężczyzna przymknął oczy, wziął płytki wdech i rosnącym niepokojem, zdobył się na odpowiedź.

– Oni.

– Jacy znowu oni? – mruknęła, a jej brwi zmarszczyły się w zamyśleniu, by po chwili unieść się gwałtownie. – Nie. – Jej drobne ręce zacisnęły się na końcówkach włosów Jerzego.

Gos tylko skinął głową. Zbyt wiele razy rozmawiali o nich, żeby matka miała jakieś wątpliwości, co do tego, o kim była mowa.

– Te… Te… pedały!? – niemal krzyknęła.

– Tak.

– Ojciec się na to zgodził?!

– Zaproponował im to.

– Słucham?! – warknęła odsuwając się. – I ty tam pracujesz?

Jerzy zacisnął zęby.

– Tak – mruknął, a widząc wzburzenie w oczach matki, szybko dodał: – Już złożyłem wypowiedzenie.

– I bardzo dobrze! Bardzo dobrze! Co za świat… – mamrotała pod nosem. W pewnym momencie złapała się za serce i zastygła w bezruchu, krzywiąc się.

Źrenice Jerzego rozszerzyły się na ten widok. Mężczyzna nie zamierzał jednak przyglądać się w bezruchu całej sytuacji. Wstał od razu i złapał drobną kobietę za ramiona. Zaprowadził ją na pobliską kanapę i usiadł wraz z nią. Serce biło mu mocno w piersi. Bał się, że jego matce mogło się coś stać. Nie wyglądała dobrze, na szczęście z minuty na minutę jej twarz rozpogadzała się coraz bardziej. To był fałszywy alarm.

– Powinnaś więcej odpoczywać  – powiedział cicho.

– To nic… Ciśnienie mi ostatnio skacze, ale to nic – uspokoiła go, po czym odchyliła się do tyłu. – Nie chcę, żebyś pracował z takimi ludźmi – oznajmiła po kolejnej chwili milczenia. Jej twarz stężała, ręce zacisnęły się na kolanach.

– Też tego nie chcę – odpowiedział. – Dobrze wiesz, że ich nie znoszę. Każdy dzień tam jest dla mnie prawdziwą męczarnią. 

– Wiem, synku. Przykro mi, że musisz to znosić. Zwalniaj się stamtąd jak najprędzej. Jutro! Nie patrz na ojca, najwyraźniej zaczął mieć nie po kolei w głowie od tego wszystkiego. Jutro… Jutro masz tam nie pracować, rozumiesz?! – szarpnęła go za rękę. Jej wielkie oczy spojrzały na niego przeszywająco. Tak przeszywająco, że Jerzy nie był w stanie zrobić nic innego, jak tylko skinąć głową.


Jutro nadeszło zbyt szybko, by Jerzy miał czas się na nie przygotować. W głowie miał plan – pójść do Łukasza, porozmawiać z nim, odejść z tej pieprzonej pracy… Tak, to wydawało się osiągalne. Życie jednak, jak to bywało, było bardziej skomplikowane i napisało mu inny scenariusz.

Tuż przed ósmą, kiedy podjeżdżał swoim nowiutkim bentleyem pod biuro, dotarło do niego, że wcale nie będzie tak łatwo. Wtedy bowiem spojrzenia wszystkich skierowały się w jego stronę – a może raczej w stronę jego auta. Pracownicy stojący na fajce, ale i ci, którzy dopiero mieli wejść do środka, obrzucali ciekawskimi spojrzeniami ten cud współczesnej techniki, zaciekawieni tym, do kogo mógł należeć. Zdziwienie malujące się na ich twarzach, kiedy dostrzegli Jerzego, było  bezcenne.

Na twarzy mężczyzny szybko wymalował się uśmieszek wyższości. W końcu wysiadł z samochodu, którego najpewniej zazdrościła mu każda zerkająca nań osoba. Czuł się lekko i pewnie, a wiatr rozwiewał mu włosy, niemal jak w filmie. To było miłe. Jerzy docenił ten mały detal, który sprawił, że czuł się jeszcze lepiej... Tyle że coś było nie tak.

To te spojrzenia. Zawistne, oceniające, lustrujące go dokładnie. Nieprzychylne. 

Uśmiech Jerzego odrobinę przybladł. Mężczyzna poczuł się mniej pewnie, niż jeszcze kilka sekund temu. Spojrzał na boki i po obu stronach spotykał się z tym samym – zawiścią.

Brwi Jerzego zmarszczyły się, a dłonie zacisnęły na pasku. Rozpięty płaszcz łopotał na wietrze, szalik dumnie osłaniał szyję od zimna… Wyglądał porządnie, miał porządny samochód, a mimo  to zamiast dumy, czuł niepewność.

Przeklął się w myślach. Co się z nim ostatnio działo? Co go obchodziły te spojrzenia? Ci marni ludzie, których do niedawna nawet nie zauważał? Dlaczego mieli mieć wpływ na jego samopoczucie?

Jego oddech zrobił się drżący. Wrócił myślami miesiąc wcześniej, do okresu, w którym wydawało mu się, że stoi na samym szczycie. Wtedy nic go nie obchodziło. Ludzie uważali go za gbura, olewał to. Ludzie mówili o nim za jego plecami, olewał to. Nawet nie zwracał na nich większej uwagi, żył po swojemu, był czepialski, czasem może wredny, ale był na swoim. I, koniec końców, dla swoich nigdy nie chciał źle.

Ale tutaj nie było „jego” ludzi… A nawet jeżeli byli, to skąd mógł wiedzieć, czy nie przeszli już na drugą stronę barykady? Jak wiele plotek musiało krążyć na jego temat po tym biurze? Sądząc po tych oceniających twarzach – mnóstwo.

Rozbolała go głowa. Serce tłukło mu w piersi z nerwów, gdy przechodził przy grupie palaczy, którzy nie odwrócili od niego wzroku nawet na moment. Dym wdarł się do jego nozdrzy. Również zapragnął zapalić. Niemniej, dużo bardziej pragnął zniknąć za drzwiami. Te oddzieliły go od całej tej zgrai, tylko po to, by ustawić go przed Nakoniecznym.

Jerzy zamarł. Serce znowu zatłukło mu w piersi na widok znienawidzonej sylwetki. Na szczęście Łukasz stał do niego tyłem, rozmawiał z jakąś kobietą siedzącą na portierni. Miał na sobie idealnie skrojony garnitur w ciemnym kolorze. Pochylał się, więc Jerzy nie mógł zobaczyć jego twarzy, ale tak czy inaczej zapragnął się wycofać, żeby tylko mężczyzna nie spojrzał na niego takim samym, oceniającym wzrokiem.

Potem jednak wymierzył sobie mentalny policzek. Co się z nim działo, do cholery? Konfrontacja to był jego konik, nigdy się jej nie bał, a dzisiaj? Miał jakiś napad nieuzasadnionego lęku? Nie, nie pozwoli na to, żeby to dziwne uczucie zdominowało jego waleczną naturę.

Pewnym krokiem ruszył do przodu. Miał zamiar od razu załatwić sprawę z Łukaszem. Chciał się zwolnić. Nic go nie obchodziło; żaden Elliot, żaden ojciec, a już na pewno nie Nakonieczny, ani ten, pożal się Boże, Słowiński!

Idąc, cały czas powtarzał sobie w głowie swój plan. To naprawdę nie było takie trudne. Zaczepić Łukasza, nic wielkiego…

– Panie Łukasz, ja naprawdę nie wiedziałam, tak mi przykro…

– Pani Patrycjo, niech pani nie przeprasza… Skoro pani nie wiedziała…

– Tak, tak! Przepraszam, to na pewno się już nie zdarzy, obiecuję! – przerwała mu.

– Nie zdarzy się – odparł jej ponurym tonem. – Na pewno nie tutaj. Proszę zacząć szukać sobie innej pracy – dodał, a Jerzy zamarł tuż za nim. Spojrzał na kobietę, ta była blada jak ściana. Jej oczy zrobiły się duże i wilgotne, usta zaczęły drżeć.

Głupia baba, przeszło mu przez myśl, gdyby jego Nakonieczny chciał tak zwolnić, to byłby najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Ta jednak spuściła głowę, robiąc najbardziej smutną minę na jaką było ją stać, a Łukasz nie odwracając się ruszył do przodu. Jurek pozostał niezauważony.

Pierwsza próba wykonania planu spełzła na niczym jeszcze przed jej faktycznym rozpoczęciem.


Jerzy obserwował Łukasza już od kilku godzin. Nie, żeby był w jego gabinecie. Po prostu starał się być więcej na zewnątrz, a nie zamknięty za „swoimi” czterema ścianami. Wychodził na przerwy częściej niżby mu wypadało, ale nikt się go o to nie czepiał. Porę lunchu wydłużył sobie maksymalnie, obserwując mimikę mężczyzny, jego zachowanie, gestykulację… To on był głównym obiektem obserwacji, ale dzięki temu, że Jurek w końcu odważył się wyjść ze swojej jamy, miał więcej okazji mijać się z różnymi ludźmi. Zauważył, że nieprzychylne spojrzenia towarzyszą mu cały czas. Być może wcześniej po prostu nie zwrócił na nie uwagi, a może dopiero teraz wydawało mu się to istotne?

Tak czy inaczej, nawet te obrzydliwe twarze odchodziły na bok, kiedy w zasięgu wzroku pojawiał się Łukasz. Ten bowiem miał jeden z tych swoich charakterystycznych dni. Jerzy nie był świadkiem zbyt wielu z nich, ale zdarzyło mu się kilka razy przyłapać Nakoniecznego na tym specyficznym zachowaniu. To właśnie ono kazało mu myśleć, że w Łukaszu było coś więcej niż w Marcinie – tej idealnej maszynie bez skazy – coś ludzkiego, jakaś tajemnica, skrywany za bladym uśmiechem smutek…

Widział to kilka razy, ale za każdym nie potrafił tego rozgryźć. 

Łukasz uśmiechał się, rozmawiał, ale myślami wydawał się być gdzieś daleko. Czasami jego brwi marszczyły się, gdy ktoś mówił coś do niego radosnym tonem, tak jakby wcale nie słuchał tej zabawnej paplaniny, a był jedynie skupiony na własnym wnętrzu.

Niezmiernie to Jerzego zastanawiało.

Koniec końców, Nakonieczny udał się do swojego gabinetu, a jako że uciekła mu główna atrakcja, to i on poszedł do siebie. Dalej pracował nad projektem, ale z każdą minutą coraz bardziej się zastanawiał, jaki to miało sens? Przecież miał się zwolnić, pójść do Nakoniecznego, wygarnąć mu, jeżeli będzie trzeba, i pożegnać się z tym całym szambem raz, a dobrze. Dlaczego więc dopieszczał ten projekt, dbając o każdy najmniejszy detal, skoro miał go nawet nie skończyć?

Wstał gwałtownie od swojego biurka, po czym bez myślenia skierował się do pokoju obok. Zapukał szybko i wszedł, nawet nie czekając na odpowiedź. Jego oczy od razu spotkały się ze zdziwionym spojrzeniem Łukasza.

– Jerzy… Stęskniłeś się za mną? – przywitał się, unosząc kąciki ust.

– Pewnie. W końcu nie było cię ostatnio… – zakpił, podchodząc do krzesła naprzeciwko Nakoniecznego. Usiadł na nim, starając się wyglądać tak pewnie, jak tylko potrafił. Łukasz obrzucił go oceniającym spojrzeniem.

– Zauważyłeś. Jak miło. – Uśmiechnął się słodko. Jego maska wydawała się być na miejscu, ale Gos czekał na kolejne zmarszczenie brwi, gorzki uśmiech bądź puste spojrzenie. – Dzisiaj też nie mogłeś oderwać ode mnie wzroku… – dodał z wolna, odchylając się na swoim obrotowym krześle.

Jerzy uśmiechnął się z wyższością.

– Ciężko było nie zauważyć, twoja żonka już się o to postarała – odpowiedział, ignorując drugą część wypowiedzi.  Łukasz prychnął pod nosem.

– Tak się zastanawiam… Czy bardziej obchodzi cię ta moja żonka, czy jednak ja?

– Nie wiem, właściwie to teraz mam wątpliwości, czy słusznie uznałem Marcina za żonkę, skoro to ty nie mogłeś ostatnio wstać z łóżka – rzucił kpiąco. Powieki Łukasza rozszerzyły się. – Marcin nie omieszkał się pochwalić – dodał, a jego kąciki ust uniosły się triumfalnie.

Miał wrażenie, że zbił Łukasza z pantałyku do tego stopnia, że ten nie wiedział, co ma odpowiedzieć, a na jego policzkach pojawiły się prawie niewidoczne rumieńce. Potem jednak znowu na twarzy Łukasza zagościł ten standardowy, jakby litościwy uśmiech. Maska wciąż się trzymała.

– Oj Jerzy, Jerzy… A ty dalej jesteś tak chorobliwie zainteresowany naszym życiem łóżkowym. Może znajdź sobie w końcu chłopaka, co? – rzucił do niego i tym razem to Jurek zaniemówił.

Jego usta uchyliły się w niemym proteście, a spojrzenie wbiło w brązowe, ciepłe oczy, które błyszczały z satysfakcji.

– Nie waż się tak do mnie mówić – warknął. Brwi Łukasza uniosły się wysoko.

– A ty możesz tak do mnie mówić? Naprawdę muszę ci przypominać tutejszą hierarchię? – zakpił, a szczęka Jerzego zacisnęła się niczym cęgi.

– Skoro musisz odwoływać się do tego, że jesteś szefem, to znaczy, że jesteś chujowym szefem. 

Oblicze Łukasza pociemniało. Oboje posuwali się za daleko, a coś co na początku przypominało ich zwyczajową przepychankę, rosło z każdą chwilą do nieprzyzwoitych rozmiarów.

– W takim razie tak mi przykro, że jesteś skazany na moją obecność. – Pochylił się do przodu. Oddychał szybciej niż zazwyczaj, a jego oczy były zwężone. Był też nienaturalnie blady, podczas gdy Jerzy nabrał koloru. Był niemalże czerwony z gniewu, a ręce mu się trzęsły.

Ich rozmowy nigdy nie obrały takiego toru. Przytyk za przytykiem, tak było zawsze, ale to… Łukasz posunął się za daleko. 

– Moje wypowiedzenie… – zaczął, również pochylając się do przodu. Wyglądał jakby zaraz miał wstać i przywalić Nakoniecznemu w twarz, ale ten nic sobie z tego nie robił. Sięgnął za to do biurka, pogrzebał w pierwszej szufladzie i po chwili wyciągnął na blat białą kartkę.

–  Tak, twoje wypowiedzenie… – przyjrzał mu się z namysłem, a serce Gosa zatrzepotało w piersi z emocji. – Powinienem był je rozpatrzyć już dawno. 

Jerzy patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Czy naprawdę skończy się to dla niego, tak jak chciał? Czy wkurwił Nakoniecznego na tyle, by ten go wywalił?

– Powinieneś – mruknął ciszej, a słabszy ton od razu przyciągnął czujne spojrzenie mężczyzny.

– Tak, masz rację… – mruknął, po czym sięgnął po kubek z kawą. Napił się nieśpiesznie, wbijając wzrok w pismo. Jerzy obserwował go w napięciu, a jako że go obserwował, widział dokładnie, jak Nakonieczny odsuwa kubek od ust, opuszcza go niżej aż w końcu, powolnym ruchem, wylewa kawę prosto na środek białej kartki. Jerzy poczuł się jakby dostał bardzo siarczysty policzek.

– Ojej, tak mi przykro – mruknął Łukasz, rozkładając bezradnie ręce. – Wygląda na to, że twoje wypowiedzenie się zniszczyło.

Zapanowała cisza. Łukasz patrzył na Gosa triumfalnie. Miał nad Jurkiem przewagę, wiedział, jak go dotknąć… I owszem, Jerzy poczuł się dotknięty. Zły, wkurzony, ale przede wszystkim okropnie… smutny.

Smutek ten musiał na chwilę odbić się na jego twarzy, bo wzrok Łukasza nagle się zmienił. Jak gdyby był zaskoczony. Potem jego brwi się zmarszczyły, wargi przestały wykrzywiać w nienaturalnym, obrzydliwie litościwym uśmiechu, a spojrzenie straciło ten nienawistny blask…

Jerzy odsunął krzesło, wydając przy tym głośny, tępy dźwięk, który na tle wszędobylskiej ciszy, uderzył w nich jeszcze mocniej. 

Już żaden się nie odezwał. Jurek podszedł do drzwi, a kiedy przy nich stał, poczuł nieodpartą potrzebę, by się odwrócić, nagadać coś Nakoniecznemu, zmieszać go z błotem…

Koniec końców skończyło się tylko na odwróceniu i zobaczeniu tego, co chciał zobaczyć.

Łukasz wydawał się zagubiony. Maska na chwilę zniknęła… A on zniknął za drzwiami.


Ręce mu się trzęsły, gdy odpalał fajkę. Wiatr tym razem mu nie sprzyjał, plątał włosy, które wpadały mu do oczu i zdmuchiwał chwiejny płomień zapalniczki, nie robiąc sobie nic z gniewnego mamrotania Jerzego, który już drugą minutę się męczył z odpaleniem szluga. Wszystko było przeciwko niemu i był już tym zmęczony.

Po zjaraniu papierosa, zmusił się by wrócić do środka. Napotkał kolejne nieprzychylne twarze, ale unikał ich wzroku. W pewnym momencie usłyszał za sobą szepty i cały aż skamieniał, ale postanowił wziąć głęboki oddech i nie reagować, nawet mimo wymownego „to znowu on, co on się tu tak cały czas kręci?”.

Miał ochotę wyjść stąd jak najszybciej, napić się… Tyle że coś go powstrzymywało. Przez cały czas powstrzymywało go jedno i to samo: strach. Tak bardzo nie chciał przyznać tego przed sobą, ale bał się, bał się o swoją przyszłość, bał się o to, co mógłby zrobić Nakonieczny, bał się wyjść i zostawić to wszystko za sobą, bo nie wiedział, co czekało dalej…

Zakręciło mu się w głowie. Strach go paraliżował. Wrócił do niego po tych wszystkich latach, w których wydawał się nie istnieć i uderzył ciosem mocniejszym, niż Jerzy mógłby wytrzymać. Powoli coś w nim pękało, kruszyło się. Bezpieczny mur, za którym stał od bardzo dawna, sypał mu się przed oczami… A on nie nadążał dokładać cegieł!

Pieprzone życie! Kto to w ogóle wymyślił? Jeżeli ten cały Bóg, to miał naprawdę cudowne poczucie humoru! Nic tylko pozazdrościć, wściekał się desperacko w myślach. Wiedział, że było to bezsensowne, że frustracja zjadała go od środka i musiał się wyżyć – nawet jeżeli miałby oberwać „ten cały Bóg”, w którego nawet nie wierzył.

Otworzył z hukiem drzwi do własnego gabinetu i przesunął spojrzeniem po lawendowych świeczkach i swoim biurku, a potem wyżej, wzdłuż linii sylwetki po idealnie skrojonym, ciemnym garniturze… aż po blade oblicze i brązowe oczy.

Zatrząsnął się, a dłonie zacisnęły mu się w pięści. Czego on tutaj jeszcze chciał?!

– Czego chcesz? – warknął, wlepiając spojrzenie prosto w oczy Nakoniecznego. Ten przyglądał mu się w zamyśleniu, milcząc przez chwilę. Irytacja Jurka rosła.

– Chcę zobaczyć twój projekt – odpowiedział twardym tonem. Jurek parsknął pod nosem.

– Nagle ci się zachciało mnie skontrolować? – sapnął, podchodząc do biurka. Jego ruchy były przesadzone, chociaż starał się nad tym panować. Nie chciał przecież wyglądać jak obrażone dziecko!

– Chcę po prostu zobaczyć, czy traktujesz to poważnie – mruknął Nakonieczny, przysuwając sobie krzesło do krzesła za biurkiem. Jurka szlag trafił, ale nie skomentował tego. Usiadł na własnym miejscu, uruchamiając komputer. Potem sięgnął do szuflady, skąd wyciągnął szkice i podał je Łukaszowi. Mimo całego gniewu, był ciekawy jego reakcji.

Koniec końców nie było tu kawy, którą mógłby na nie wylać, pomyślał z goryczą.

Łukasz przyglądał się kartkom przez chwilę. Nie śpieszył się, nie odrywał spojrzenia od rysunków, toteż Jerzy odpalił program graficzny, w którym dopracowywał szkice i tworzył animację. Co prawda brakowało jeszcze kilku klatek, no i nie miał zrobionej końcówki, ale to chyba wystarczyło, by przekonać Nakoniecznego, że „traktował to poważnie”.

– Nie uważasz, że minąłeś się z powołaniem? – doszło do niego po chwili. Spojrzał na Łukasza pytająco, a ten na powrót zerknął w kartki. – Są bardzo dobre. – Westchnął, uśmiechając się półgębkiem. Wzrok Jurka zawiesił się na chwilę na jego ustach, bo to wykrzywienie warg wydawało mu się bardziej szczere, no i… Łukasz docenił jego pracę.

– Tutaj masz już prawie skończoną wersję – mruknął, oddając mężczyźnie myszkę, po czym odsunął się. Wcale nie chciał siedzieć tak blisko niego, zwłaszcza gdy ten tak się pochylał. 

– I co, już nie masz wątpliwości? – zakpił, gdy Łukasz już wszystko zobaczył.

– Nie, nie mam. – Odchylił się na krześle. Dłonie położył sobie na udach, włosy opadły mu na czoło, spływając falami. W brązowych oczach Jerzy zobaczył trochę ciemniejszych, niemalże czarnych plamek, a na koszuli dopatrzył się kilku zagnieceń i malutkich kropek – najwyraźniej pamiątek po rozbryźniętej po biurku kawie.

 – Dostałem co chciałem, teraz muszę biegać po pracy w brudnej koszuli – uśmiechnął się Nakonieczny, wyłapując wzrok Jurka.

– Może cię to powstrzyma następnym razem przed wylewaniem kawy w akcie bezsensownego bestialstwa – sarknął, a Łukasz roześmiał się otwarcie. Jerzy przymknął oczy, modląc się w duchu o siłę.

– Nie zamierzam tego powtarzać – przyznał, odkręcając się na krześle. Nie wyglądał jakby miał zamiar stąd wychodzić, a mógłby. Jurek wcale nie chciał wracać do tej niby normalnej rozmowy. W końcu zachowywali się jakby przed chwilą nie przekroczyli żadnych granic, jakby wszystko było w porządku. A mimo to, kiedy tak siedzieli naprzeciwko siebie, czuć było wiszące między nimi napięcie, które Łukasz chyba starał się rozładować. Zresztą i sam Gos nie miał siły kontynuować ich wiecznego sporu. Dzisiejszy dzień nie był dla niego zbyt łaskawy, a mógłby stać się jeszcze gorszy, gdyby bardziej wkurzył Łukasza.

– Słusznie – odpowiedział, po czym zapadła między nimi niezręczna cisza.

Jerzy nie miał zamiaru jej przerywać, toteż zabrał się za swoją robotę. Łukasz nie wychodził. Patrzył, jak Jerzy wyciąga tablet i podłącza go do komputera, a potem zgarnia szkice na powrót do biurka. Obserwował, jak stawia pierwsze kreski, sunie długopisem po powierzchni urządzenia… Irytuje się.

– Zamierzasz tutaj siedzieć? – wyrzucił z pretensją, odrywając spojrzenie od tabletu.

– Na to wygląda.

– Po co?

– Bez powodu – mruknął, a dłonie Jurka zatrzęsły się z gniewu.

– Jeszcze tego mi brakuje – warknął, wywołując tym samym na twarzy Nakoniecznego uśmiech.

– Nie przeszkadzaj sobie – odparł bezczelnie, najwyraźniej nie mając zamiaru uczynić Jerzemu tego dnia lżejszym.

I trudno, Gos miał zamiar permanentnie go ignorować i nie zwracać uwagi na jego obecność. Zabrał się za robotę, a Łukasz przyglądał się jak rysuje, czasami zaglądał też w telefon; odpisywał coś, od czasu do czasu marszczył brwi.

Po kilkunastu minutach wstał i zaczął krążyć po pomieszczeniu. Jerzy przesunął za nim wzrokiem, obserwując dokładnie poczynania młodszego mężczyzny. Ten oglądał sobie jego pokój, przechodził  przy szafkach, brał do rąk świeczki… Panoszył się. Rozpraszał Jerzego.

– Dlaczego ich nie palisz? – zapytał w pewnym momencie, odkładając jedną ze świeczek na regał. – Jak byłem kilka razy w twoim gabinecie, zawsze się paliły – dodał, przerzucając spojrzenie na Gosa. – To twoja przestrzeń, możesz ją sobie zaaranżować, jak chcesz, nie musi tu być tak… pusto. – Jurek zapatrzył się na niego w zamyśleniu.

– Nie planuję się tutaj zadomowić. Myślisz że co, będę sobie tutaj zadowolony spędzał czas?

– Dlaczego nie? – Łukasz zmarszczył brwi. – Chyba lepiej spędzać tu czas będąc zadowolonym niż niezadowolonym? – zapytał retorycznie, na powrót zbliżając się do biurka. – Kawa i herbata też jest ogólnie dostępna, nie musisz tu siedzieć jak w więzieniu.

– Czyżby? A mi się wydaję, że właśnie muszę, bo, jak mi to pokazałeś chwilę wcześniej, nie chcesz mnie wypuścić.

– Nie chcę cię zwolnić. Nie każę ci siedzieć zamkniętemu w pustych, czterech ścianach – odparł, opierając ręce na biurku.

– Nie siedzę tu zamknięty – sapnął, przyciskając rysik zdecydowanie mocniej niżby należało. Zrobił na rysunku dużą plamę. Dobrze, że nie była to zwykła kartka, bo inaczej całość poszłaby już do kosza.

– Naprawdę? – zakpił Łukasz, a ten ironiczny ton od razu podwyższył Jerzemu ciśnienie.

– Czego tutaj chcesz, co? – warknął, odkładając długopis na biurko.

– Chcę, żebyś nie traktował tego jak największe zło. Daję ci tyle swobody, staram się nie wtrącać…

– Pieprzysz. Prowokujesz mnie na każdym kroku, zapomniałeś już jak wyglądało nasze czwartkowe spotkanie z tym… z tym…?

– Pedałem? – podsunął mu Łukasz cynicznie. – Ciotą? Cztery cioty i ty, to musiało być za dużo dla twoich biednych nerwów.

– Ty za to bawiłeś się doskonale – odszczeknął się.

– Tak, dobrze się bawiłem. Lubię kiedy jesteś taki waleczny  – przyznał, a jego kąciki ust uniosły się w chytrym uśmiechu. Jerzy parsknął.

– Cudownie.

– Muszę cię zaangażować w więcej takich spotkań… – Zamyślił się. Ich spojrzenia znowu się spotkały, siłując się ze sobą.

– W końcu źle na tym wyjdziesz – ostrzegł go.

– Bez ryzyka nie ma zabawy.


Aktualizacja: 29.05.2021 
 *** 
Hej, kochani! 
Właściwie to wpadam tak tylko na szybko, podziękować Wam za wszystkie komentarze! Motywujecie mnie do pisania dalej, nawet gdy nie mam weny. :D Chciałabym wstawiać dla Was posty częściej, bo dwa w miesiącu to trochę mało, ale coś wątpię, że będzie mi się to udawać. Na pewno będę się starać, zwłaszcza że wiem, że moje rozdziały potrafią być czasami mocno rozciągnięte... (biorąc pod uwagę, że Jerzy spotkał się drugi raz z matką po 120 stronach, to naprawdę, chyba powinnam przyśpieszyć akcję :x) 
Mimo to dzięki, że tu ze mną jesteście i czytacie! Daje mi to mnóstwo energii i wiary w te moje wypociny.
Także mam nadzieję, że i ten rozdział Wam się spodobał, mimo że nie ma w nim Janka, a zamiast niego jest jakaś jedno-nocna kochanka, matka, która jest raczej niestrawna, no i Łukasz... Łukasza też już dawno nie było, a nikt nie działała tak destrukcyjnie na Jerzego, jak on... Chociaż Jerzy to chyba już sam na siebie działa destrukcyjnie.
Pozdrawiam Was serdecznie i do następnego!

niedziela, 10 marca 2019

Zostań o poranku: Rozdział 10


Rozdział 10:  Kurtyna
Ten czas, którego mieli mieć tak dużo, uciekał im przez palce, kiedy mknęli nowym samochodem wzdłuż asfaltowej drogi tuż przy morzu. Janek wlepiał spojrzenie w błękitne niebo, łączące się niemalże niewidoczną linią z bezkresem wody i rozkoszował się powietrzem; jakby świeższym, czyściejszym. Wpadł w nietypowy dla siebie stan zadumy i zamyślenia, nie odzywał się wiele, jedynie obserwował bijące o brzeg fale, a co jakiś czas spojrzenie kierował również na spacerowiczów, którzy szli nieśpiesznie po piasku. Jerzy nie wiedział, co myślał, ale podejrzewał, że najpewniej też chciałby się tak przejść. Mimo to siedział z nim w jego nowym samochodzie, milczący, ale zadowolony, a serce Jerzego biło w szaleńczym tempie z ekscytacji. Dłonie zaciskały się i rozluźniały na kierownicy, a nogi starały się wyczuć pedały. Prędkość rosła, szczęście również.
Nieważne, że chwilę temu wydał prawie wszystkie swoje oszczędności. Że zostawił Leona na parkingu w Gdyni… To nie miało znaczenia, będzie się tym martwił później. Teraz natomiast nie miał czasu na troski, nie kiedy podświadomie wszystko w nim buzowało ze szczęścia. Jego usta wykrzywiły się szeroko i nie była to krzywizna szpetna, tylko taka, która dodawała uroku. Oczy Jerzego lśniły. Były łagodne, wpatrywały się w drogę i w kołyszące się na wietrze świerki. Słońce świeciło na jego profil, przebijając się przez korony drzew, sprawiając, że wyglądał jakby był oblany czystym złotem.
– Mam wrażenie, że płynę w powietrzu – Jankowy głos przerwał ciszę, a jego głowa odwróciła się leniwie w stronę kierowcy, zaszczycając go uważnym spojrzeniem. Blond włosy z tymi śmiesznymi, niebieskawymi końcówkami, opadły mu na ramię, a palce zaczepiły o schowek, jak gdyby nie mogły poleżeć po prostu spokojnie na jego nogach.