poniedziałek, 25 marca 2019

Zostań o poranku: Rozdział 11

Rozdział 11. Pęknięcia

 

Obudził się w nieswoim łóżku, co w gruncie rzeczy nie było zaskakujące, bo coś takiego w życiu przytrafiło mu się nieraz. Obce zapachy, które go otaczały i inne natężenie światła, miękkość pościeli, a w tym wypadku raczej jej szorstkość, od razu przypomniały mu, jak potoczyła się wczorajsza noc.

Nawet nie musiał otwierać oczu… A jednak to zrobił, chociaż czuł, że powieki ma ciężkie i sklejone, a głowa pulsuje mu od nadmiaru alkoholu, którego wczoraj sobie nie żałował. Pokój, w którym się znajdował był raczej mały – większą jego część zajmowało dwuosobowe łóżko, którego materac był wygnieciony, a sprężyny nierówno rozłożone, tuż przy nim stał stolik z małą lampką, a po drugiej stronie szafa; ot, to wszystko. Wczoraj jednak Jerzy nie miał czasu się przyjrzeć otoczeniu, dzisiaj za to odkrył, że wcale nie miał na to ochoty. Przerzucenie spojrzenia w bok wydawało się ciekawsze od lustrowania obskurnego, hotelowego pokoju.

Po jego boku bowiem znajdowała się ta kobieta… Jak jej tam było? Wiktoria? Czy może Barbara? Skąd on miał te imiona w głowie? Czy któreś w ogóle należało do kobiety, która spała tuż obok, oddychając ciężko?

Patrzenie na nią nie wywołało w Jurku żadnej emocji. Pamiętał smak alkoholu, seks i to, że Wiktoria – zakładając, że tak się nazywała – była naprawdę głośna. Być może i to przyczyniło się do dzisiejszego bólu głowy, który frustrował i pogarszał jego samopoczucie z minuty na minutę.

Nie było najlepiej, uświadomił sobie, chcąc wstać z łóżka. Nogi niemal od razu odmówiły mu posłuszeństwa. Były ciężkie niczym z ołowiu i poruszenie nimi zajęło mężczyźnie dobrą chwilę, ale kiedy już mu się udało, podszedł do miejsca, w którym zrzucił wczoraj z siebie ubrania. Nakładał je z grymasem na twarzy, a jego wewnętrzne poczucie estetyki płakało razem z pękającą głową.

Boże, ale był wczoraj napruty. Sam już nie wiedział, jak dostał się do tego hotelu, czy zaproponował to on, czy ona…?

Odkręcając się, poczuł na siebie złość. Musiał tyle pić? Niemalże słaniał się na nogach, spoglądając na nagie pośladki kobiety. Nie mógł sobie przypomnieć, jak wyglądała jej twarz… Teraz zauważył, że miała kilka nadprogramowych kilogramów, których wczoraj, zdaje się, nie dostrzegł. Nie, żeby nadprogramowe kilogramy mu wadziły, właściwie nie miało to najmniejszego znaczenia. Jerzy nie lubił perfekcyjnych ludzi.

Ta jednonocna przygoda nie przyniosła mu ani trochę ulgi. Obudzenie się w hotelowym, obrzydliwym pokoiku i zakładanie na siebie wymiętych, znoszonych ubrań tylko pogarszało jego i tak nienajlepsze samopoczucie.

Marzył o prysznicu, ale nie miał zamiaru zostawać tu dłużej niż to było konieczne.

Wyszedł, starając się stąpać tak cicho, jak tylko potrafił. Nie chciał obudzić swojej jednonocnej kochanki… To zawsze było niezręczne i kompletnie niepotrzebne. Jerzy nie wiązał z nią żadnych uczuć, nie poczuł nic, kiedy teraz na nią patrzył… Czasami zdarzało mu się poczuć sympatię do kogoś, ale wtedy najczęściej pamiętał imię owej partnerki. To, że w tym przypadku było inaczej już wiele mówiło.

W domu znalazł się godzinę później, a ból głowy tylko się nasilił. Prysznic nie pomógł, śniadania nawet nie tknął, wypalona fajka ani na chwilę nie przyniosła ulgi… Za to podratowało go łóżko, które pachniało jego ulubionymi perfumami od Toma Forda i było zaścielone, czyste.  Miło się było się w nim położyć.

Sen jednak nie potrwał na tyle długo, na ile Jerzy by tego sobie życzył. Wstał, bo w końcu wstać musiał, ale jego nastrój wciąż pozostawiał wiele do życzenia. Znowu to wszystko do niego wróciło; ta cisza, pustka… Zazwyczaj takie noce, jak wczorajsza, pozwalały mu na chwilę zapomnieć. Poczuć się lepiej przynajmniej na jakiś czas, a teraz chyba było jeszcze gorzej.

Ze zrezygnowaniem powlókł się do kuchni, gdzie nastawił wodę na kawę. Otworzył okno, z którego od razu uderzył go mroźny wiatr. Pogoda się trochę załamała, słońce już nie świeciło, za to nie padało. Nie, żeby miało to jakieś większe znaczenie.

Jerzy oparł się pośladkami o parapet i odpalił fajkę. To było to, alkohol w nocy, a rano czarna kawa i mocne pety…

Jego życie naprawdę szło w świetnym kierunku, pomyślał z ironią, a potem poszedł do łazienki, gdzie zobaczył swoje odbicie i nawet ironią nie mógł przykryć tego, co zobaczył. Cienie pod oczami, blada twarz, spierzchnięte wargi… Kilka malinek w okolicach szyi i ramion, siniak na udzie, no i jego ciało… Z dnia na dzień coraz chudsze.

Poczuł, jak coś kłuje go w serce, więc czym prędzej potrząsnął głową, chcąc to od siebie odrzucić. Sięgnął do szafki, z której wyciągnął krem i  wtarł go starannie w suchą skórę twarzy. Cienie pod oczami jakby trochę straciły na intensywności, a może mu się tak tylko wydawało?

Odwrócił się i zasępiony wrócił do kuchni, gdzie odgrzał sobie przygotowany przez catering obiad. Jadł mechanicznie, bez myślenia, bez zastanawiania się, aż nagle przypomniał sobie o czymś… A raczej o kimś.

Zaklął siarczyście pod nosem, zostawiając na w pół niedojedzony obiad, po czym żwawo poszedł do garderoby, skąd wyciągnął ciemną koszulę i czarne spodnie od marynarki. Z przyzwyczajenie zmienił zegarek na bardziej pasujący, a potem jeszcze raz przejrzał się w lustrze. Roztrzepał włosy, które nawet w miarę mu się ułożyły i przetarł jeszcze oczy, by pomóc otworzyć im się szerzej, ale na nic się to nie zdało.

Wypadł z mieszkania, łapiąc gwałtownie hausty mroźnego powietrza. Miał wrażenie, że było dużo zimniej niż wczoraj, chociaż nie powinien się dziwić – grudzień zbliżał się wielkimi krokami.

Z przyzwyczajenia poszedł na parking, gdzie dostrzegł swój nowy samochód. Spojrzał na niego z zaskoczeniem. Wciąż nie mógł uwierzyć, że tak piękne auto należało do niego. Wzrok mu złagodniał, a wargi wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu. Jego bentley lśnił na mrozie, odbijając promienie słońca. Był przepiękny. Miał lakier w kolorze butelkowej zieleni, a wykończenie, zwłaszcza światła, wyglądały jakby były zrobione ze srebra. Janek wcale się nie mylił, że ten samochód pasował do Jerzego – on był dla niego stworzony. Samo patrzenie na niego poprawiło mu nastrój, chociaż nie chodziło tutaj bynajmniej tylko o jego kolorystykę, ale też kształt, wielkość, klasę… To wszystko pasowało idealnie!

Takie myślenie poprawiło Jurkowi humor, mimo że po raz kolejny mężczyzna odpuścił sobie przejażdżkę i to nie dlatego, że nie chciał. Chciał, właściwie nawet bardzo, ale obawiał się, że wciąż nie był w stanie prowadzić. Zadzwonił po taksówkę, irytując się na swój wczorajszy wyskok. Też coś, mieć taki samochód i być zmuszonym przemieszczać się taksówką… To było śmieszne. Żałosne.

Mimo to pogodził się z tym dość szybko, zwłaszcza kiedy popatrzył na swoje trzęsące się ręce, które jeszcze bardziej utwierdzały go w przekonaniu, że wczoraj przesadził.

Niecałą godzinę później Jerzy stał już przed małym domkiem z białym płotem, a w dłoni trzymał  bukiet kwiatów. Zerknął na niego przelotnie, wyłapując wzrokiem drobne, białe kwiatuszki wkomponowane w różnokolorowe goździki, derenie i rdesty. To było niczym powiew wiosny na początku zimy, niczym bukiet zebrany prosto ze spokojnej polany w środku lasu… Takie jego matka lubiła najbardziej.

Matka, która zerkała na niego z okna, czekając.

Jerzy zacisnął dłoń na bukiecie i ruszył do przodu. Przekroczył drewnianą furtkę, czując, że jego ręka zrobiła się wilgotna, najpewniej od resztek wody z kwiatów. Szedł mechanicznie, ale pewnie, a na twarz przywołał standardowy uśmiech, mimo że wcale nie był w nastroju, by utrzymywać ten pogodny grymas. Właściwie to było całkiem na odwrót. Jego ciało się spięło, oddech przyśpieszył. Było mu żal kobiety, że nie zjawił się tydzień temu w jej domu, że kazał jej czekać… Dokładnie tak, jak dzisiaj. Ale nie chodziło mu tylko o to. Coś na kształt niepokoju kołatało mu się po sercu, kiedy przekraczał próg, coś czego nie potrafił zidentyfikować, ale sprawiało, że czuł się poddenerwowany.

– Jureczku! – Głos matki był ciepły, kojący. Chyba nikt nigdy nie zwracał się do niego z taką czułością, co ona. Nikt też nie patrzył tak miękko, nie wyciągał dłoni do jego policzka i nie gładził go z uczuciem.

– Mamo – przywitał się, wręczając kobiecie kwiaty. Ta przyjęła je z uśmiechem, który rozjaśnił pokrytą zmarszczkami twarz.

– Wchodź, wchodź, na dworze jest strasznie zimno! – Zaprosiła go do środka.

Jerzy uniósł kąciki ust, które zaraz opadły. Rozebrał się w holu, po czym skierował swoje kroki do salonu. Popatrzył z nostalgią po pomieszczeniu – nic się tu od ostatniego czasu nie zmieniło, te same obrazy wisiały na pożółkłych ścianach, kurz zalegał na wyższych półkach, do których jego matka nie mogła sięgnąć, a wysuszone kwiaty stały w wazonie na stole…

Usiadł na swoim krześle, czekając aż kobieta przyjedzie z czymś, czym niewątpliwie go poczęstuje. Nie pomylił się. Jego matka wyłoniła się z kuchni chwilę potem niosąc w jednej ręce talerz z pieczenią, a w drugiej kwiaty, które zamieniła z tymi wysuszonymi. Talerz oczywiście wylądował przed Jerzym.

– Jedz, jedz, bo coś chyba schudłeś – powiedziała, odsuwając sobie krzesło. Usiadła naprzeciwko syna, nie odrywając od niego spojrzenia. Lustrowała jego twarz, a jej brwi zmarszczyły się w zamyśleniu. Ona widziała, oczywiście, że widziała w końcu była jego matką. Zmęczenie, stres, za dużo alkoholu… To wszystko potrafiła odczytać już po kilku minutach przebywania z nim. – Nawet nie chyba. 

Jerzy z trudem przełknął pierwszy kęs, a jego dłonie na powrót pokryły się wilgocią… Tyle że tym razem nie trzymał już przecież kwiatów.

– To przez te kłopoty w firmie? – kontynuowała, pochylając się niżej nad stołem, jakby chciała mu się przyjrzeć jeszcze dokładniej, a Jerzy odwrócił wzrok od tego uważnego spojrzenia. Jego oddech stał się płytszy, ręce zacisnęły się na sztućcach, a stopy wbiły w nogi fotela, jakby za wszelką cenę chciał się go przytrzymać.

– Można tak powiedzieć 

– Przez ojca? – dopytała, a następnie, jakby w nerwowym odruchu, odgarnęła siwe włosy za ucho. Jerzy z zaskoczeniem odkrył, że te były jakby rzadsze, cieńsze. Potem spojrzeniem przesunął jeszcze raz po tak dobrze znanej mu twarzy i zmarszczył brwi. Jak widać nie tylko on w ostatnim czasie zmizerniał.

– Również można tak powiedzieć.

Jego matka czekała na rozwinięcie wypowiedzi, ale Jerzy nie chciał jej nic więcej powiedzieć.

– Więc…? Co z tą firmą? – ponowiła, widząc, że jej syn nie był w zbyt rozmownym nastroju.

– Właściwie to… Nie ma już naszej firmy – wykrztusił, a słowa te spadły na niego niczym grom z jasnego nieba. Poczuł szczypanie w okolicach oczu, ale zdusił w zarodku to uczucie i odgonił je czym prędzej. Na jego twarzy na powrót zagościła zwyczajowa maska obojętności, ale nie wiedział, czy jego matka nie będzie w stanie się przez nią przebić.

– Jak to nie ma? – Była szoku. Zresztą nic dziwnego. Nie utrzymywała z ojcem kontaktów, czasami widzieli się od święta, ale i wtedy raczej nie byli w nastroju do rozmów, a Jerzy nie zjawił się u niej tydzień temu także wciąż nie miała o niczym pojęcia.

– Nie wiem. Nie brałem w tym żadnego udziału – odpowiedział płasko. Rozgoryczenie wróciło do niego natychmiast. Rozgoryczenie, żal i irytacja, że ojciec zrobił mu coś takiego. Takie świństwo!

– To znaczy, że teraz… jesteś bezrobotny?

Jerzy wziął głęboki oddech.Wcale nie chciał jej odpowiadać na to pytanie. Nie powinni nawet o tym rozmawiać, bo rozmawianie o tym, tak otwarcie, bez krzyków, bez złości, wywoływało w nim ból i niepewność. A przecież już prawie wmówił sobie, że było dobrze.

– Nie, mam pracę – mruknął. Obiad ostygł mu na talerzu.

– Nie rozumiem – oznajmiła kobieta, podnosząc ręce do góry w bezradnym geście.

– Można powiedzieć, że ojciec sprzedał naszą firmę komuś innemu.

– Komuś innemu? – powtórzyła za nim z pretensją. – Komu?! 

– Nieważne – zbył ją, wzruszając ramionami. Oczy matki zapłonęły.

– Jak to nieważne?! Co on sobie myślał? I co, nawet nie zapytał ciebie o zdanie, dobrze rozumiem? Mi nic nie powiedział?! Chociaż to właściwie nie dziwne, bo stary zawsze miał z tym problemy – zakpiła, wydymając usta. Jej drobna sylwetka nagle skuliła się w gniewie, a ręce zadrżały.

– Mamo, uspokój się… – mruknął Jurek, wyciągając rękę do pomarszczonej, drobnej dłoni kobiety.

– Jak mam być spokojna, kiedy mówisz mi takie rzeczy? O Boże, Jureczku, to dlatego tak wychudłeś! Ta firma była dla ciebie taka ważna! Najważniejsza – mówiła gorączkowo, a jej zazwyczaj łagodne oczy teraz przybrały całkiem inny wyraz. Jerzy za to peszył się coraz bardziej z każdym słowem.

– Mleko się już rozlało – westchnął, odsuwając talerz na bok. Odechciało mu się jeść. Matka wstała od stołu, po czym zaczęła dreptać po pokoju, a Jerzy sunął za nią wzrokiem.

– To nie do pomyślenia – powiedziała, przystając przy oknie. – I co teraz robisz? Jak to wygląda? Dobrze zarabiasz? – odwróciła się na powrót w jego stronę.

– Ludzie nie narzekają… – odpowiedział wymijająco. Jednak jego matce zdecydowanie to nie wystarczało, a jej cierpliwość malała z każdym zdawkowym zdaniem. 

– Nie obchodzą mnie ludzie! Ty mnie obchodzisz, czego nie można niestety powiedzieć o twoim ojcu! – Jerzy zacisnął usta.

Miała rację – ze wszystkich to ona się o niego troszczyła, wyczekiwała go, zawsze gościła pod swoim dachem… Tylko że Jurek obawiał się jej reakcji. Może właśnie dlatego, że tylko ona była mu tak bliska, a to, co chciała wiedzieć, wcale jej się nie spodoba. Tego był pewien.

– Ojciec powiedział, że miał swoje powody. Ponoć popadał w długi…

– I nic mi nie powiedział! – sapnęła pod nosem, załamując ręce. Potem jej spojrzenie, już nie tak ostre, raczej przygaszone i smutne, spoczęło na twarzy syna. – Przykro mi. Wiem, ile to dla ciebie znaczyło… – Podeszła do niego. Jerzy skinął głową na jej słowa, patrząc, jak zbliża się coraz bardziej, by finalnie wplątać drobne ręce w jego włosy. Pogładziła je, uśmiechając się bezradnie. Była kochana, nie mógł temu zaprzeczyć, a mimo to czuł się spięty. – Więc, kto teraz się tym zajmuje, jak to wszystko wygląda? – dopytała. Mężczyzna przymknął oczy, wziął płytki wdech i rosnącym niepokojem, zdobył się na odpowiedź.

– Oni.

– Jacy znowu oni? – mruknęła, a jej brwi zmarszczyły się w zamyśleniu, by po chwili unieść się gwałtownie. – Nie. – Jej drobne ręce zacisnęły się na końcówkach włosów Jerzego.

Gos tylko skinął głową. Zbyt wiele razy rozmawiali o nich, żeby matka miała jakieś wątpliwości, co do tego, o kim była mowa.

– Te… Te… pedały!? – niemal krzyknęła.

– Tak.

– Ojciec się na to zgodził?!

– Zaproponował im to.

– Słucham?! – warknęła odsuwając się. – I ty tam pracujesz?

Jerzy zacisnął zęby.

– Tak – mruknął, a widząc wzburzenie w oczach matki, szybko dodał: – Już złożyłem wypowiedzenie.

– I bardzo dobrze! Bardzo dobrze! Co za świat… – mamrotała pod nosem. W pewnym momencie złapała się za serce i zastygła w bezruchu, krzywiąc się.

Źrenice Jerzego rozszerzyły się na ten widok. Mężczyzna nie zamierzał jednak przyglądać się w bezruchu całej sytuacji. Wstał od razu i złapał drobną kobietę za ramiona. Zaprowadził ją na pobliską kanapę i usiadł wraz z nią. Serce biło mu mocno w piersi. Bał się, że jego matce mogło się coś stać. Nie wyglądała dobrze, na szczęście z minuty na minutę jej twarz rozpogadzała się coraz bardziej. To był fałszywy alarm.

– Powinnaś więcej odpoczywać  – powiedział cicho.

– To nic… Ciśnienie mi ostatnio skacze, ale to nic – uspokoiła go, po czym odchyliła się do tyłu. – Nie chcę, żebyś pracował z takimi ludźmi – oznajmiła po kolejnej chwili milczenia. Jej twarz stężała, ręce zacisnęły się na kolanach.

– Też tego nie chcę – odpowiedział. – Dobrze wiesz, że ich nie znoszę. Każdy dzień tam jest dla mnie prawdziwą męczarnią. 

– Wiem, synku. Przykro mi, że musisz to znosić. Zwalniaj się stamtąd jak najprędzej. Jutro! Nie patrz na ojca, najwyraźniej zaczął mieć nie po kolei w głowie od tego wszystkiego. Jutro… Jutro masz tam nie pracować, rozumiesz?! – szarpnęła go za rękę. Jej wielkie oczy spojrzały na niego przeszywająco. Tak przeszywająco, że Jerzy nie był w stanie zrobić nic innego, jak tylko skinąć głową.


Jutro nadeszło zbyt szybko, by Jerzy miał czas się na nie przygotować. W głowie miał plan – pójść do Łukasza, porozmawiać z nim, odejść z tej pieprzonej pracy… Tak, to wydawało się osiągalne. Życie jednak, jak to bywało, było bardziej skomplikowane i napisało mu inny scenariusz.

Tuż przed ósmą, kiedy podjeżdżał swoim nowiutkim bentleyem pod biuro, dotarło do niego, że wcale nie będzie tak łatwo. Wtedy bowiem spojrzenia wszystkich skierowały się w jego stronę – a może raczej w stronę jego auta. Pracownicy stojący na fajce, ale i ci, którzy dopiero mieli wejść do środka, obrzucali ciekawskimi spojrzeniami ten cud współczesnej techniki, zaciekawieni tym, do kogo mógł należeć. Zdziwienie malujące się na ich twarzach, kiedy dostrzegli Jerzego, było  bezcenne.

Na twarzy mężczyzny szybko wymalował się uśmieszek wyższości. W końcu wysiadł z samochodu, którego najpewniej zazdrościła mu każda zerkająca nań osoba. Czuł się lekko i pewnie, a wiatr rozwiewał mu włosy, niemal jak w filmie. To było miłe. Jerzy docenił ten mały detal, który sprawił, że czuł się jeszcze lepiej... Tyle że coś było nie tak.

To te spojrzenia. Zawistne, oceniające, lustrujące go dokładnie. Nieprzychylne. 

Uśmiech Jerzego odrobinę przybladł. Mężczyzna poczuł się mniej pewnie, niż jeszcze kilka sekund temu. Spojrzał na boki i po obu stronach spotykał się z tym samym – zawiścią.

Brwi Jerzego zmarszczyły się, a dłonie zacisnęły na pasku. Rozpięty płaszcz łopotał na wietrze, szalik dumnie osłaniał szyję od zimna… Wyglądał porządnie, miał porządny samochód, a mimo  to zamiast dumy, czuł niepewność.

Przeklął się w myślach. Co się z nim ostatnio działo? Co go obchodziły te spojrzenia? Ci marni ludzie, których do niedawna nawet nie zauważał? Dlaczego mieli mieć wpływ na jego samopoczucie?

Jego oddech zrobił się drżący. Wrócił myślami miesiąc wcześniej, do okresu, w którym wydawało mu się, że stoi na samym szczycie. Wtedy nic go nie obchodziło. Ludzie uważali go za gbura, olewał to. Ludzie mówili o nim za jego plecami, olewał to. Nawet nie zwracał na nich większej uwagi, żył po swojemu, był czepialski, czasem może wredny, ale był na swoim. I, koniec końców, dla swoich nigdy nie chciał źle.

Ale tutaj nie było „jego” ludzi… A nawet jeżeli byli, to skąd mógł wiedzieć, czy nie przeszli już na drugą stronę barykady? Jak wiele plotek musiało krążyć na jego temat po tym biurze? Sądząc po tych oceniających twarzach – mnóstwo.

Rozbolała go głowa. Serce tłukło mu w piersi z nerwów, gdy przechodził przy grupie palaczy, którzy nie odwrócili od niego wzroku nawet na moment. Dym wdarł się do jego nozdrzy. Również zapragnął zapalić. Niemniej, dużo bardziej pragnął zniknąć za drzwiami. Te oddzieliły go od całej tej zgrai, tylko po to, by ustawić go przed Nakoniecznym.

Jerzy zamarł. Serce znowu zatłukło mu w piersi na widok znienawidzonej sylwetki. Na szczęście Łukasz stał do niego tyłem, rozmawiał z jakąś kobietą siedzącą na portierni. Miał na sobie idealnie skrojony garnitur w ciemnym kolorze. Pochylał się, więc Jerzy nie mógł zobaczyć jego twarzy, ale tak czy inaczej zapragnął się wycofać, żeby tylko mężczyzna nie spojrzał na niego takim samym, oceniającym wzrokiem.

Potem jednak wymierzył sobie mentalny policzek. Co się z nim działo, do cholery? Konfrontacja to był jego konik, nigdy się jej nie bał, a dzisiaj? Miał jakiś napad nieuzasadnionego lęku? Nie, nie pozwoli na to, żeby to dziwne uczucie zdominowało jego waleczną naturę.

Pewnym krokiem ruszył do przodu. Miał zamiar od razu załatwić sprawę z Łukaszem. Chciał się zwolnić. Nic go nie obchodziło; żaden Elliot, żaden ojciec, a już na pewno nie Nakonieczny, ani ten, pożal się Boże, Słowiński!

Idąc, cały czas powtarzał sobie w głowie swój plan. To naprawdę nie było takie trudne. Zaczepić Łukasza, nic wielkiego…

– Panie Łukasz, ja naprawdę nie wiedziałam, tak mi przykro…

– Pani Patrycjo, niech pani nie przeprasza… Skoro pani nie wiedziała…

– Tak, tak! Przepraszam, to na pewno się już nie zdarzy, obiecuję! – przerwała mu.

– Nie zdarzy się – odparł jej ponurym tonem. – Na pewno nie tutaj. Proszę zacząć szukać sobie innej pracy – dodał, a Jerzy zamarł tuż za nim. Spojrzał na kobietę, ta była blada jak ściana. Jej oczy zrobiły się duże i wilgotne, usta zaczęły drżeć.

Głupia baba, przeszło mu przez myśl, gdyby jego Nakonieczny chciał tak zwolnić, to byłby najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Ta jednak spuściła głowę, robiąc najbardziej smutną minę na jaką było ją stać, a Łukasz nie odwracając się ruszył do przodu. Jurek pozostał niezauważony.

Pierwsza próba wykonania planu spełzła na niczym jeszcze przed jej faktycznym rozpoczęciem.


Jerzy obserwował Łukasza już od kilku godzin. Nie, żeby był w jego gabinecie. Po prostu starał się być więcej na zewnątrz, a nie zamknięty za „swoimi” czterema ścianami. Wychodził na przerwy częściej niżby mu wypadało, ale nikt się go o to nie czepiał. Porę lunchu wydłużył sobie maksymalnie, obserwując mimikę mężczyzny, jego zachowanie, gestykulację… To on był głównym obiektem obserwacji, ale dzięki temu, że Jurek w końcu odważył się wyjść ze swojej jamy, miał więcej okazji mijać się z różnymi ludźmi. Zauważył, że nieprzychylne spojrzenia towarzyszą mu cały czas. Być może wcześniej po prostu nie zwrócił na nie uwagi, a może dopiero teraz wydawało mu się to istotne?

Tak czy inaczej, nawet te obrzydliwe twarze odchodziły na bok, kiedy w zasięgu wzroku pojawiał się Łukasz. Ten bowiem miał jeden z tych swoich charakterystycznych dni. Jerzy nie był świadkiem zbyt wielu z nich, ale zdarzyło mu się kilka razy przyłapać Nakoniecznego na tym specyficznym zachowaniu. To właśnie ono kazało mu myśleć, że w Łukaszu było coś więcej niż w Marcinie – tej idealnej maszynie bez skazy – coś ludzkiego, jakaś tajemnica, skrywany za bladym uśmiechem smutek…

Widział to kilka razy, ale za każdym nie potrafił tego rozgryźć. 

Łukasz uśmiechał się, rozmawiał, ale myślami wydawał się być gdzieś daleko. Czasami jego brwi marszczyły się, gdy ktoś mówił coś do niego radosnym tonem, tak jakby wcale nie słuchał tej zabawnej paplaniny, a był jedynie skupiony na własnym wnętrzu.

Niezmiernie to Jerzego zastanawiało.

Koniec końców, Nakonieczny udał się do swojego gabinetu, a jako że uciekła mu główna atrakcja, to i on poszedł do siebie. Dalej pracował nad projektem, ale z każdą minutą coraz bardziej się zastanawiał, jaki to miało sens? Przecież miał się zwolnić, pójść do Nakoniecznego, wygarnąć mu, jeżeli będzie trzeba, i pożegnać się z tym całym szambem raz, a dobrze. Dlaczego więc dopieszczał ten projekt, dbając o każdy najmniejszy detal, skoro miał go nawet nie skończyć?

Wstał gwałtownie od swojego biurka, po czym bez myślenia skierował się do pokoju obok. Zapukał szybko i wszedł, nawet nie czekając na odpowiedź. Jego oczy od razu spotkały się ze zdziwionym spojrzeniem Łukasza.

– Jerzy… Stęskniłeś się za mną? – przywitał się, unosząc kąciki ust.

– Pewnie. W końcu nie było cię ostatnio… – zakpił, podchodząc do krzesła naprzeciwko Nakoniecznego. Usiadł na nim, starając się wyglądać tak pewnie, jak tylko potrafił. Łukasz obrzucił go oceniającym spojrzeniem.

– Zauważyłeś. Jak miło. – Uśmiechnął się słodko. Jego maska wydawała się być na miejscu, ale Gos czekał na kolejne zmarszczenie brwi, gorzki uśmiech bądź puste spojrzenie. – Dzisiaj też nie mogłeś oderwać ode mnie wzroku… – dodał z wolna, odchylając się na swoim obrotowym krześle.

Jerzy uśmiechnął się z wyższością.

– Ciężko było nie zauważyć, twoja żonka już się o to postarała – odpowiedział, ignorując drugą część wypowiedzi.  Łukasz prychnął pod nosem.

– Tak się zastanawiam… Czy bardziej obchodzi cię ta moja żonka, czy jednak ja?

– Nie wiem, właściwie to teraz mam wątpliwości, czy słusznie uznałem Marcina za żonkę, skoro to ty nie mogłeś ostatnio wstać z łóżka – rzucił kpiąco. Powieki Łukasza rozszerzyły się. – Marcin nie omieszkał się pochwalić – dodał, a jego kąciki ust uniosły się triumfalnie.

Miał wrażenie, że zbił Łukasza z pantałyku do tego stopnia, że ten nie wiedział, co ma odpowiedzieć, a na jego policzkach pojawiły się prawie niewidoczne rumieńce. Potem jednak znowu na twarzy Łukasza zagościł ten standardowy, jakby litościwy uśmiech. Maska wciąż się trzymała.

– Oj Jerzy, Jerzy… A ty dalej jesteś tak chorobliwie zainteresowany naszym życiem łóżkowym. Może znajdź sobie w końcu chłopaka, co? – rzucił do niego i tym razem to Jurek zaniemówił.

Jego usta uchyliły się w niemym proteście, a spojrzenie wbiło w brązowe, ciepłe oczy, które błyszczały z satysfakcji.

– Nie waż się tak do mnie mówić – warknął. Brwi Łukasza uniosły się wysoko.

– A ty możesz tak do mnie mówić? Naprawdę muszę ci przypominać tutejszą hierarchię? – zakpił, a szczęka Jerzego zacisnęła się niczym cęgi.

– Skoro musisz odwoływać się do tego, że jesteś szefem, to znaczy, że jesteś chujowym szefem. 

Oblicze Łukasza pociemniało. Oboje posuwali się za daleko, a coś co na początku przypominało ich zwyczajową przepychankę, rosło z każdą chwilą do nieprzyzwoitych rozmiarów.

– W takim razie tak mi przykro, że jesteś skazany na moją obecność. – Pochylił się do przodu. Oddychał szybciej niż zazwyczaj, a jego oczy były zwężone. Był też nienaturalnie blady, podczas gdy Jerzy nabrał koloru. Był niemalże czerwony z gniewu, a ręce mu się trzęsły.

Ich rozmowy nigdy nie obrały takiego toru. Przytyk za przytykiem, tak było zawsze, ale to… Łukasz posunął się za daleko. 

– Moje wypowiedzenie… – zaczął, również pochylając się do przodu. Wyglądał jakby zaraz miał wstać i przywalić Nakoniecznemu w twarz, ale ten nic sobie z tego nie robił. Sięgnął za to do biurka, pogrzebał w pierwszej szufladzie i po chwili wyciągnął na blat białą kartkę.

–  Tak, twoje wypowiedzenie… – przyjrzał mu się z namysłem, a serce Gosa zatrzepotało w piersi z emocji. – Powinienem był je rozpatrzyć już dawno. 

Jerzy patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Czy naprawdę skończy się to dla niego, tak jak chciał? Czy wkurwił Nakoniecznego na tyle, by ten go wywalił?

– Powinieneś – mruknął ciszej, a słabszy ton od razu przyciągnął czujne spojrzenie mężczyzny.

– Tak, masz rację… – mruknął, po czym sięgnął po kubek z kawą. Napił się nieśpiesznie, wbijając wzrok w pismo. Jerzy obserwował go w napięciu, a jako że go obserwował, widział dokładnie, jak Nakonieczny odsuwa kubek od ust, opuszcza go niżej aż w końcu, powolnym ruchem, wylewa kawę prosto na środek białej kartki. Jerzy poczuł się jakby dostał bardzo siarczysty policzek.

– Ojej, tak mi przykro – mruknął Łukasz, rozkładając bezradnie ręce. – Wygląda na to, że twoje wypowiedzenie się zniszczyło.

Zapanowała cisza. Łukasz patrzył na Gosa triumfalnie. Miał nad Jurkiem przewagę, wiedział, jak go dotknąć… I owszem, Jerzy poczuł się dotknięty. Zły, wkurzony, ale przede wszystkim okropnie… smutny.

Smutek ten musiał na chwilę odbić się na jego twarzy, bo wzrok Łukasza nagle się zmienił. Jak gdyby był zaskoczony. Potem jego brwi się zmarszczyły, wargi przestały wykrzywiać w nienaturalnym, obrzydliwie litościwym uśmiechu, a spojrzenie straciło ten nienawistny blask…

Jerzy odsunął krzesło, wydając przy tym głośny, tępy dźwięk, który na tle wszędobylskiej ciszy, uderzył w nich jeszcze mocniej. 

Już żaden się nie odezwał. Jurek podszedł do drzwi, a kiedy przy nich stał, poczuł nieodpartą potrzebę, by się odwrócić, nagadać coś Nakoniecznemu, zmieszać go z błotem…

Koniec końców skończyło się tylko na odwróceniu i zobaczeniu tego, co chciał zobaczyć.

Łukasz wydawał się zagubiony. Maska na chwilę zniknęła… A on zniknął za drzwiami.


Ręce mu się trzęsły, gdy odpalał fajkę. Wiatr tym razem mu nie sprzyjał, plątał włosy, które wpadały mu do oczu i zdmuchiwał chwiejny płomień zapalniczki, nie robiąc sobie nic z gniewnego mamrotania Jerzego, który już drugą minutę się męczył z odpaleniem szluga. Wszystko było przeciwko niemu i był już tym zmęczony.

Po zjaraniu papierosa, zmusił się by wrócić do środka. Napotkał kolejne nieprzychylne twarze, ale unikał ich wzroku. W pewnym momencie usłyszał za sobą szepty i cały aż skamieniał, ale postanowił wziąć głęboki oddech i nie reagować, nawet mimo wymownego „to znowu on, co on się tu tak cały czas kręci?”.

Miał ochotę wyjść stąd jak najszybciej, napić się… Tyle że coś go powstrzymywało. Przez cały czas powstrzymywało go jedno i to samo: strach. Tak bardzo nie chciał przyznać tego przed sobą, ale bał się, bał się o swoją przyszłość, bał się o to, co mógłby zrobić Nakonieczny, bał się wyjść i zostawić to wszystko za sobą, bo nie wiedział, co czekało dalej…

Zakręciło mu się w głowie. Strach go paraliżował. Wrócił do niego po tych wszystkich latach, w których wydawał się nie istnieć i uderzył ciosem mocniejszym, niż Jerzy mógłby wytrzymać. Powoli coś w nim pękało, kruszyło się. Bezpieczny mur, za którym stał od bardzo dawna, sypał mu się przed oczami… A on nie nadążał dokładać cegieł!

Pieprzone życie! Kto to w ogóle wymyślił? Jeżeli ten cały Bóg, to miał naprawdę cudowne poczucie humoru! Nic tylko pozazdrościć, wściekał się desperacko w myślach. Wiedział, że było to bezsensowne, że frustracja zjadała go od środka i musiał się wyżyć – nawet jeżeli miałby oberwać „ten cały Bóg”, w którego nawet nie wierzył.

Otworzył z hukiem drzwi do własnego gabinetu i przesunął spojrzeniem po lawendowych świeczkach i swoim biurku, a potem wyżej, wzdłuż linii sylwetki po idealnie skrojonym, ciemnym garniturze… aż po blade oblicze i brązowe oczy.

Zatrząsnął się, a dłonie zacisnęły mu się w pięści. Czego on tutaj jeszcze chciał?!

– Czego chcesz? – warknął, wlepiając spojrzenie prosto w oczy Nakoniecznego. Ten przyglądał mu się w zamyśleniu, milcząc przez chwilę. Irytacja Jurka rosła.

– Chcę zobaczyć twój projekt – odpowiedział twardym tonem. Jurek parsknął pod nosem.

– Nagle ci się zachciało mnie skontrolować? – sapnął, podchodząc do biurka. Jego ruchy były przesadzone, chociaż starał się nad tym panować. Nie chciał przecież wyglądać jak obrażone dziecko!

– Chcę po prostu zobaczyć, czy traktujesz to poważnie – mruknął Nakonieczny, przysuwając sobie krzesło do krzesła za biurkiem. Jurka szlag trafił, ale nie skomentował tego. Usiadł na własnym miejscu, uruchamiając komputer. Potem sięgnął do szuflady, skąd wyciągnął szkice i podał je Łukaszowi. Mimo całego gniewu, był ciekawy jego reakcji.

Koniec końców nie było tu kawy, którą mógłby na nie wylać, pomyślał z goryczą.

Łukasz przyglądał się kartkom przez chwilę. Nie śpieszył się, nie odrywał spojrzenia od rysunków, toteż Jerzy odpalił program graficzny, w którym dopracowywał szkice i tworzył animację. Co prawda brakowało jeszcze kilku klatek, no i nie miał zrobionej końcówki, ale to chyba wystarczyło, by przekonać Nakoniecznego, że „traktował to poważnie”.

– Nie uważasz, że minąłeś się z powołaniem? – doszło do niego po chwili. Spojrzał na Łukasza pytająco, a ten na powrót zerknął w kartki. – Są bardzo dobre. – Westchnął, uśmiechając się półgębkiem. Wzrok Jurka zawiesił się na chwilę na jego ustach, bo to wykrzywienie warg wydawało mu się bardziej szczere, no i… Łukasz docenił jego pracę.

– Tutaj masz już prawie skończoną wersję – mruknął, oddając mężczyźnie myszkę, po czym odsunął się. Wcale nie chciał siedzieć tak blisko niego, zwłaszcza gdy ten tak się pochylał. 

– I co, już nie masz wątpliwości? – zakpił, gdy Łukasz już wszystko zobaczył.

– Nie, nie mam. – Odchylił się na krześle. Dłonie położył sobie na udach, włosy opadły mu na czoło, spływając falami. W brązowych oczach Jerzy zobaczył trochę ciemniejszych, niemalże czarnych plamek, a na koszuli dopatrzył się kilku zagnieceń i malutkich kropek – najwyraźniej pamiątek po rozbryźniętej po biurku kawie.

 – Dostałem co chciałem, teraz muszę biegać po pracy w brudnej koszuli – uśmiechnął się Nakonieczny, wyłapując wzrok Jurka.

– Może cię to powstrzyma następnym razem przed wylewaniem kawy w akcie bezsensownego bestialstwa – sarknął, a Łukasz roześmiał się otwarcie. Jerzy przymknął oczy, modląc się w duchu o siłę.

– Nie zamierzam tego powtarzać – przyznał, odkręcając się na krześle. Nie wyglądał jakby miał zamiar stąd wychodzić, a mógłby. Jurek wcale nie chciał wracać do tej niby normalnej rozmowy. W końcu zachowywali się jakby przed chwilą nie przekroczyli żadnych granic, jakby wszystko było w porządku. A mimo to, kiedy tak siedzieli naprzeciwko siebie, czuć było wiszące między nimi napięcie, które Łukasz chyba starał się rozładować. Zresztą i sam Gos nie miał siły kontynuować ich wiecznego sporu. Dzisiejszy dzień nie był dla niego zbyt łaskawy, a mógłby stać się jeszcze gorszy, gdyby bardziej wkurzył Łukasza.

– Słusznie – odpowiedział, po czym zapadła między nimi niezręczna cisza.

Jerzy nie miał zamiaru jej przerywać, toteż zabrał się za swoją robotę. Łukasz nie wychodził. Patrzył, jak Jerzy wyciąga tablet i podłącza go do komputera, a potem zgarnia szkice na powrót do biurka. Obserwował, jak stawia pierwsze kreski, sunie długopisem po powierzchni urządzenia… Irytuje się.

– Zamierzasz tutaj siedzieć? – wyrzucił z pretensją, odrywając spojrzenie od tabletu.

– Na to wygląda.

– Po co?

– Bez powodu – mruknął, a dłonie Jurka zatrzęsły się z gniewu.

– Jeszcze tego mi brakuje – warknął, wywołując tym samym na twarzy Nakoniecznego uśmiech.

– Nie przeszkadzaj sobie – odparł bezczelnie, najwyraźniej nie mając zamiaru uczynić Jerzemu tego dnia lżejszym.

I trudno, Gos miał zamiar permanentnie go ignorować i nie zwracać uwagi na jego obecność. Zabrał się za robotę, a Łukasz przyglądał się jak rysuje, czasami zaglądał też w telefon; odpisywał coś, od czasu do czasu marszczył brwi.

Po kilkunastu minutach wstał i zaczął krążyć po pomieszczeniu. Jerzy przesunął za nim wzrokiem, obserwując dokładnie poczynania młodszego mężczyzny. Ten oglądał sobie jego pokój, przechodził  przy szafkach, brał do rąk świeczki… Panoszył się. Rozpraszał Jerzego.

– Dlaczego ich nie palisz? – zapytał w pewnym momencie, odkładając jedną ze świeczek na regał. – Jak byłem kilka razy w twoim gabinecie, zawsze się paliły – dodał, przerzucając spojrzenie na Gosa. – To twoja przestrzeń, możesz ją sobie zaaranżować, jak chcesz, nie musi tu być tak… pusto. – Jurek zapatrzył się na niego w zamyśleniu.

– Nie planuję się tutaj zadomowić. Myślisz że co, będę sobie tutaj zadowolony spędzał czas?

– Dlaczego nie? – Łukasz zmarszczył brwi. – Chyba lepiej spędzać tu czas będąc zadowolonym niż niezadowolonym? – zapytał retorycznie, na powrót zbliżając się do biurka. – Kawa i herbata też jest ogólnie dostępna, nie musisz tu siedzieć jak w więzieniu.

– Czyżby? A mi się wydaję, że właśnie muszę, bo, jak mi to pokazałeś chwilę wcześniej, nie chcesz mnie wypuścić.

– Nie chcę cię zwolnić. Nie każę ci siedzieć zamkniętemu w pustych, czterech ścianach – odparł, opierając ręce na biurku.

– Nie siedzę tu zamknięty – sapnął, przyciskając rysik zdecydowanie mocniej niżby należało. Zrobił na rysunku dużą plamę. Dobrze, że nie była to zwykła kartka, bo inaczej całość poszłaby już do kosza.

– Naprawdę? – zakpił Łukasz, a ten ironiczny ton od razu podwyższył Jerzemu ciśnienie.

– Czego tutaj chcesz, co? – warknął, odkładając długopis na biurko.

– Chcę, żebyś nie traktował tego jak największe zło. Daję ci tyle swobody, staram się nie wtrącać…

– Pieprzysz. Prowokujesz mnie na każdym kroku, zapomniałeś już jak wyglądało nasze czwartkowe spotkanie z tym… z tym…?

– Pedałem? – podsunął mu Łukasz cynicznie. – Ciotą? Cztery cioty i ty, to musiało być za dużo dla twoich biednych nerwów.

– Ty za to bawiłeś się doskonale – odszczeknął się.

– Tak, dobrze się bawiłem. Lubię kiedy jesteś taki waleczny  – przyznał, a jego kąciki ust uniosły się w chytrym uśmiechu. Jerzy parsknął.

– Cudownie.

– Muszę cię zaangażować w więcej takich spotkań… – Zamyślił się. Ich spojrzenia znowu się spotkały, siłując się ze sobą.

– W końcu źle na tym wyjdziesz – ostrzegł go.

– Bez ryzyka nie ma zabawy.


Aktualizacja: 29.05.2021 
 *** 
Hej, kochani! 
Właściwie to wpadam tak tylko na szybko, podziękować Wam za wszystkie komentarze! Motywujecie mnie do pisania dalej, nawet gdy nie mam weny. :D Chciałabym wstawiać dla Was posty częściej, bo dwa w miesiącu to trochę mało, ale coś wątpię, że będzie mi się to udawać. Na pewno będę się starać, zwłaszcza że wiem, że moje rozdziały potrafią być czasami mocno rozciągnięte... (biorąc pod uwagę, że Jerzy spotkał się drugi raz z matką po 120 stronach, to naprawdę, chyba powinnam przyśpieszyć akcję :x) 
Mimo to dzięki, że tu ze mną jesteście i czytacie! Daje mi to mnóstwo energii i wiary w te moje wypociny.
Także mam nadzieję, że i ten rozdział Wam się spodobał, mimo że nie ma w nim Janka, a zamiast niego jest jakaś jedno-nocna kochanka, matka, która jest raczej niestrawna, no i Łukasz... Łukasza też już dawno nie było, a nikt nie działała tak destrukcyjnie na Jerzego, jak on... Chociaż Jerzy to chyba już sam na siebie działa destrukcyjnie.
Pozdrawiam Was serdecznie i do następnego!

niedziela, 10 marca 2019

Zostań o poranku: Rozdział 10


Rozdział 10:  Kurtyna
Ten czas, którego mieli mieć tak dużo, uciekał im przez palce, kiedy mknęli nowym samochodem wzdłuż asfaltowej drogi tuż przy morzu. Janek wlepiał spojrzenie w błękitne niebo, łączące się niemalże niewidoczną linią z bezkresem wody i rozkoszował się powietrzem; jakby świeższym, czyściejszym. Wpadł w nietypowy dla siebie stan zadumy i zamyślenia, nie odzywał się wiele, jedynie obserwował bijące o brzeg fale, a co jakiś czas spojrzenie kierował również na spacerowiczów, którzy szli nieśpiesznie po piasku. Jerzy nie wiedział, co myślał, ale podejrzewał, że najpewniej też chciałby się tak przejść. Mimo to siedział z nim w jego nowym samochodzie, milczący, ale zadowolony, a serce Jerzego biło w szaleńczym tempie z ekscytacji. Dłonie zaciskały się i rozluźniały na kierownicy, a nogi starały się wyczuć pedały. Prędkość rosła, szczęście również.
Nieważne, że chwilę temu wydał prawie wszystkie swoje oszczędności. Że zostawił Leona na parkingu w Gdyni… To nie miało znaczenia, będzie się tym martwił później. Teraz natomiast nie miał czasu na troski, nie kiedy podświadomie wszystko w nim buzowało ze szczęścia. Jego usta wykrzywiły się szeroko i nie była to krzywizna szpetna, tylko taka, która dodawała uroku. Oczy Jerzego lśniły. Były łagodne, wpatrywały się w drogę i w kołyszące się na wietrze świerki. Słońce świeciło na jego profil, przebijając się przez korony drzew, sprawiając, że wyglądał jakby był oblany czystym złotem.
– Mam wrażenie, że płynę w powietrzu – Jankowy głos przerwał ciszę, a jego głowa odwróciła się leniwie w stronę kierowcy, zaszczycając go uważnym spojrzeniem. Blond włosy z tymi śmiesznymi, niebieskawymi końcówkami, opadły mu na ramię, a palce zaczepiły o schowek, jak gdyby nie mogły poleżeć po prostu spokojnie na jego nogach.

sobota, 23 lutego 2019

Zostań o poranku: Rozdział 9

Rozdział 9. Dręczące myśli  


Gdy wyszedł z samochodu Łukasza, na ustach Jurka pojawił się uśmieszek – taki, który zazwyczaj nie wróżył niczego dobrego i taki, który jeszcze do niedawna niemalże nieustannie widniał na jego twarzy. Raczej jej nie ozdabiał, tylko sprawiał, że mężczyzna wyglądał nieprzyjemnie, jakby się wywyższał.

Czy miał do tego powód?

Może nie miał, ale samopoczucie mu się poprawiło. Poczuł się podbudowany po tym całym spotkaniu, które, tak przynajmniej podejrzewał, miało przynajmniej w małym stopniu zmieszać go z błotem. Tak się nie stało. Adam był robakiem, którego gotów był zgnieść pod butem. Elliot… Elliot trochę odbudował jego wiarę w ludzi… Takich ludzi i jako jedyny miał do niego neutralny stosunek, Jerzy więc niechętnie postanowił odwdzięczyć się tym samym. Marcin natomiast wbrew temu, co nie tak dawno o nim myślał, wcale nie promieniał. Był chłodny i cichy. Obserwował. I miał pretensje.

Był samotny. Tyle przynajmniej Jerzy wywnioskował z tego „ty jesteś tu, a ja jestem tam”.

Jakby nie było, Jurek się z tego cieszył. Słowiński działał na niego alergicznie, a poza tym był po prostu zbyt idealny. Jeżeli życie da mu w końcu po dupie, to dobrze, wreszcie nastanie jakaś sprawiedliwość.

Wzdychając, Jerzy odpalił swojego Seata Leona. Z namaszczeniem przesunął palcami po kierownicy i oparł się wygodnie na siedzeniu. Silnik zamruczał cicho i mężczyzna ze smutkiem pomyślał, że już niedługo będzie się musiał z Leonem pożegnać. Przywiązywał się do swoich rzeczy i dbał o nie dużo bardziej niż statystyczny człowiek, ale teraz potrzebował czegoś szybszego.

 Myśl o nadchodzących wyścigach spowodowała, że przez jego ciało przeszły dreszcze ekscytacji. Jurek przypomniał sobie ten pęd, świst w uszach, piasek pod kołami i błysk ognia. Tam naprawdę było jak w innym świecie, a on chciał do tego świata wrócić; nawet i teraz, żeby znów poczuć adrenalinę, buzowanie krwi w żyłach i ucisk w żołądku od tej prędkości.

Pod kamienicą był kilkanaście minut później, ale do mieszkania wszedł tylko po to, żeby zjeść obiad i napić się herbaty. W końcu dzisiaj miał zamiar porozglądać się za samochodem dla siebie, a jutro, jeżeli będzie miał szczęście, może i jakieś kupi?

Jego plany jednak sczezły na niczym, gdy cztery godziny później wracał do domu. Był w czterech salonach. Widział nawet wymarzone Maserati… z nim jednak był problem taki, że nie był gotowy wydać pół bańki nawet za taki samochód. Musiał być rozsądny, do cholery! Nie był gówniarzem, który kupuje samochód za hajs tatusia. Musiał się potem jeszcze utrzymać i żyć na w miarę godnym poziomie…

Jeżeli zaś chodziło o inne marki, które trafiały w jego gusta i nie były tak niebotycznie drogie… Coś mu w nich nie grało. W końcu różne czynniki składały się na wymarzony samochód, zwłaszcza jeżeli miał wydać na niego sporą część oszczędności! Zresztą miał jeszcze trochę czasu, to nie tak że musiał mieć nowy samochód na teraz. Tylko że każdy dzień zwłoki działał na jego niekorzyść i lepiej by było, gdyby w najbliższych dniach już miał czym pojeździć, popróbować. Wycisnąć z nowego auta tyle, ile tylko mógł…

To na razie jednak pozostawało jedynie w strefie marzeń.

Jurek za to nie miał w zwyczaju skupiać się na marzeniach, toteż jeszcze przez jakiś czas zajmował się domem, a potem coraz częściej zerkał na telefon. Niby musiał porozmawiać z ojcem. Szkoda tylko, że aktualnie byli w stanie wojny i wychodziło na to, że  po raz kolejny będzie musiał wywiesić białą flagę. Było tak zresztą za każdym razem – Jerzy nawet podejrzewał, że gdyby się nie łamał i nie wyciągał ręki na zgodę pierwszy, ojciec pewnie już dawno urwałby z nim kontakt. Kiedyś jednak sytuacja była inna. Pracowali w tej samej firmie, w tym samym biurze… jakoś musieli się dogadywać, znosić się nawzajem, a teraz? Jerzy nie miał zielonego pojęcia jaką pozycję w tym śmiesznym układzie z Nakoniecznym zajmuje Stanisław. Pewne było tylko tyle, że samemu się wycwanił i nie pojawił się tam ani razu. Pewnie nawet dla nich nie pracował, zresztą…

Co go to obchodziło.

Ojciec ostatnio zbyt mocno nadszarpnął jego zaufanie. „Wolałby mieć za syna któregokolwiek z nich, niż jego…” Zranił go, ale Gos nauczył się przyjmować takie ciosy. Teraz może był też odpowiedni czas, by wyjść Stanisławowi naprzeciw, pokazać mu…

Pokazać mu, że potrafił być ponad swoim „ograniczeniem”? To by miało go zdziwić? Zaimponować mu? Pokazać, że Jurek jednak nie jest taki najgorszy?

…Czy naprawdę nie był? Przecież nie robił tego z dobroci serca, do cholery!

Więc dlaczego to robił? Tu był problem, a odpowiedź nie była oczywista nawet dla niego. Czy to był po prostu dalszy element ich gry? Chodziło więc o Nakoniecznego…? Czy jednak o Elliota?  Sam już nie wiedział, czy faktycznie robi tym komuś na złość. Może robił na złość już tylko sobie.

 Sięgnął po telefon. Popatrzył z namysłem na czarny wyświetlacz, przeciągając palcem po szkle. Nie było na nim żadnej rysy. Dbał o swoje rzeczy, pomyślał po raz kolejny, nie dopatrując się nawet jednego małego zadrapania na powierzchni. Dbał o swój dom. Dbał o samochód… Dbał nawet o to pieprzone biurko, zielony fotel, garderobę czy flakon perfum! Siebie za to zaniedbywał. I mimo że wcześniej wymienione rzeczy rys nie posiadały, on miał ich wiele…

Nie chciał o tym myśleć. Poruszył się gwałtownie, odblokowując telefon. Zanim kolejna fala przemyśleń miała go przytłoczyć, już dzwonił do ojca. Serce biło mu mocno w piersi, a wolna dłoń zacisnęła się na pasku od spodni, lecz nerwy nie puszczały. Co miał mu powiedzieć…?

– Jerzy? – usłyszał w słuchawce zdziwiony głos ojca. W tle coś szumiało.

– Spodziewałeś się kogoś innego po tym numerze telefonu? – zapytał, przelewając w te słowa całą irytację jaką miał.

– Daruj sobie – prychnął mężczyzna, a Jurek nawet przez telefon poczuł, jak jego spojrzenie twardnieje i staje się zimne niczym lód. – Po co dzwonisz? – zapytał zanim Jurek wymyślił odpowiednią ripostę.

– Chcę porozmawiać… – mruknął, przełykając inne, gorzkie słowa, które cisnęły mu się na usta. Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.

– Coś się stało? – A chwilę potem w głosie Stanisława Jerzy usłyszał coś na kształt niepokoju.

– Nie – bąknął, przeciągając dłonią po policzku. Czuł, jak zalążek zarostu zaczyna przebijać się przez gładką skórę. – Dzwonię w interesach, ale wolałbym o tym nie rozmawiać przez telefon – dodał, starając się opanować emocje. Był wzburzony, oczywiście, że był. Żal kołatał mu się po sercu, a bolesne słowa cały czas odbijały w pamięci, ale przecież nie był pięcioletnim dzieckiem… Nikt nie przyjdzie i nie pogłaszcze go po główce, niezależnie od tego, jak bardzo by tego potrzebował. – Masz czas?

 – Cóż… Nie dzisiaj i właściwie nie do wtorku – odparł Stanisław rzeczowym tonem. Jerzy zmarszczył brwi.

– To co takiego cię zajmuje? 

– Pobyt na Filipinach – odpowiedział, a Jurek zacisnął gniewnie usta. To on tu był upokarzany, w obcej firmie patrzono na niego z pogardą, wyśmiewano go za jego, a ten sprawca pojechał sobie na wakacje?!

– Cudownie – syknął. – Udanego urlopu – dodał równie gorzkim tonem.

– Jak wrócę to dam ci znać. 

Jurek chwilę czekał, po czym się rozłączył. Żadnego cześć, żadnego trzymaj się. Odłożył telefon na szafkę. To był dla niego koniec dnia. Powinien odpocząć.

Obudził się przed piątą i już nie mógł zasnąć. Za oknem było ciemno i zimno, zza szyb słychać było szum deszczu. To była paskudna jesień i Jurek z chęcią przywitałby już zimę, potem wiosnę… I może chociaż wtedy wszystko by jakoś się ułożyło, nabrało kolorów… A może wiosna by przeminęła, ustępując miejsce męczącemu latu i koło by się zatoczyło. Zawsze się zataczało i jakkolwiek Jerzy chciał wierzyć, że z nadejściem słońca wszystko będzie lepiej, tak nigdy nie było.

Wygrzebał się z pościeli, czując na skórze chłód poranka. Odetchnął pełną piersią, ale nie czuł ulgi, tylko jeszcze większy ucisk w klatce. Tak jak często bywał zły, zirytowany, wkurzony… tak teraz czuł, jak obezwładnia go smutek, a ten był emocją, którą Jerzy odpychał od siebie nogami i rękami, byle tylko dalej. Bo przecież on nie miał powodu do smutku, prawda?

Może powodem było tylko to, że wyślizgiwał się z pościeli, a za oknem było ciemno i deszczowo, a obok niego… Pusto. Od dawna pusto.

Odepchnął od siebie te myśli.

Mozolnie poszedł do łazienki i zaczął swój dzień od prysznica, licząc na to, że kiedy spod niego wyjdzie do mieszkania wpadnie już trochę światła, ale tak się nie stało. Pół godziny później, po zwyczajowej toalecie i skierowaniu kroków do kuchni, nic się nie zmieniło. Dalej było szaro, smutno i pusto.

Kiedy siedział przy stole w kuchni, pijąc czarną kawę i zagryzając to rogalikiem, ręce mu się trzęsły. Patrzył na swoje piękne, kolorowe mieszkanie, a gorycz zalewała go falami, bo w przeciwieństwie do wystroju u niego było szaro.

Przypomniał sobie ostatni raz, kiedy był z kimś. Czy Alicja naprawdę musiała wtedy wychodzić? Może gdyby została tamtego poranka, zostałaby i kolejnego… I kolejnego, i kolejnego...  Może by tu teraz była, zaczesując długie czarne włosy za ucho i pijąc poranną kawę.

Ale nie została.

Czas upłynął Jerzemu w ciszy, aż w końcu nadszedł moment, w którym musiał wyjść, żeby zdążyć na ósmą do pracy. Zamykał właśnie drzwi wyjściowe, kiedy usłyszał jak te na dole otwierają się z impetem, a po klatce niesie się jakieś wzburzone mamrotanie.

Jerzy zszedł żwawo i przystanął na półpiętrze. Patrzył jak Janek, ubrany w te swoje nierozsądne ubrania, siłuje się z zamkiem, a kiedy już się z nim uporał, odwrócił się i w końcu go zobaczył. Twarz miał bladą, był niewyspany, ale uśmiechnął się półgębkiem.

– Mój ulubiony współlokator! – przywitał się, wywołując tym nikły uśmiech na twarzy Gosa. 

– Jedyny – naprostował, schodząc z wolna po schodkach. Przystanął przy chłopaku, wkładając ręce do kieszeni.

– To się wyklucza? – mruknął Janek, po czym ziewnął szeroko. – Jezu, kto wymyślił zajęcia na ósmą? – dodał od razu. – Wstałem chyba ze dwadzieścia minut temu i jeszcze się nie obudziłem. Ty za to jak zawsze nienagannie – zauważył, przyglądając się ułożonym włosom, ogolonym policzkom i misternie narzuconemu szalikowi na ramionach Gosa.

– Miałem na to więcej czasu niż dwadzieścia minut – powiedział. Ich głosy były ciche, adekwatnie do godziny i szarości panującej na dworze.

– Ja bym nie wstał wcześniej, nie ma mowy – mruknął, a potem obydwoje zaczęli iść w stronę wyjścia z klatki. – Miło cię było spotkać, Jurek. Powinniśmy częściej na siebie wpadać. – Uśmiechnął się jakoś tak szerzej. Mężczyzna wywrócił na to oczami, ale poczuł, jak namiastka czegoś ciepłego rozprzestrzenia się po jego piersi.

– Tak, zacznij wstawać wcześniej, to zdążymy się razem napić kawy – powiedział, a Janek spojrzał na niego oburzony.

– Wybacz mi, ale jakkolwiek podoba mi się wizja wspólnej kawy, tak nie jestem zdolny do takich poświęceń. – Gos pokręcił głową z dezaprobatą.

– Niezdyscyplinowany dzieciak – sarknął, wychodząc na zewnątrz.

– Dobrze, że jestem lepiej wychowany od ciebie, bo jeszcze też bym cię obraził!  – odparł, idąc na prawo. Po sekundzie marszu odwrócił się i idąc tyłem popatrzył na niego z błyskiem w oku. – Miłego dnia! – Uśmiechnął się promiennie, po czym odwrócił się i szybkim krokiem poszedł na przystanek.

Jerzy natomiast poszedł na ledwo, do swojego samochodu.  Jakoś tak lepiej mu się zrobiło. Cieplej. Może jednak poza pustką było coś więcej…Wystarczyło tylko zejść piętro niżej.


W biurze był chwilę przed czasem, a kiedy tylko znalazł się u siebie, zabrał się za projekt. Czas mijał, nikt mu nie przeszkadzał… Nakonieczny nawet do niego nie zajrzał, Jerzy natomiast przyłapał się na tym, że czeka aż przyjdzie. Nie mógł się nawet do końca skoncentrować. Cudownie. Łukasz rozpraszał go nawet wtedy, kiedy go nie było.

To był już szczyt.

Jerzy sam postanowił złożyć mu wizytę. Zapukał do drzwi obok i niemalże od razu usłyszał odpowiedź. Wszedł do środka, jednak trochę się zdziwił, kiedy zamiast Łukasza przy biurku zastał Słowińskiego. Popatrzył na niego nieprzychylnie, lustrując idealnie skrojony na jego sylwetkę garnitur, gęste, kasztanowe włosy i twarz, na której nie było żadnej zmarszczki.

– Nie ma Łukasza? – rzucił bez zbędnych przywitań. Brew Marcina uniosła się.

– Nie ma – odpowiedział mu, zaszczycając go spojrzeniem znad jakiś papierów. Na nosie miał okulary, noszone najwyraźniej do czytania. Jerzy przez chwilę milczał.

– A gdzie jest? – zapytał. Marcin odłożył papiery na biurko i zdjął zgrabnym ruchem niepasujące mu okulary.

– W domu. W łóżku – dodał.

– Jest chory…? – zapytał z ciekawości, patrząc, jak Słowiński uśmiecha się półgębkiem.

– Nie. Po prostu, jakby to powiedzieć, nie był w stanie wstać – wytłumaczył, otwierając jakąś szafkę. Brwi Gosa zmarszczyły się. Potem jednak Marcin znowu na niego spojrzał, a w jego oczach było widać jakieś psotne błyski.

Jurek poczuł się jakby dostał obuchem w twarz, kiedy do głowy przyszła mu myśl…  Taka myśl.

– Aha – bąknął głupio, a potem wycofał się z pomieszczenia. Brew Słowińskiego uniosła się jeszcze wyżej.

Kiedy znalazł się za bezpieczną ścianą, zdał sobie sprawę, że poczuł się słabiej. Myśl, która pojawiła się w jego głowie, sprawiła, że zbladł i opadł na krzesło w stanie dziwnego rozdrażnienia. Czy Marcin naprawdę zasugerował mu, że Łukasz nie może wstać z łóżka z tego powodu?

Musiał wyrzucić to z głowy i to bardzo szybko, jeżeli nie chciał nabawić się jakiejś choroby. Już mu było słabo, nie zdziwiłby się więc, gdyby zaraz koło tego pojawiły się mdłości.

Pieprzony Słowiński, pomyślał, zaciskając mocno zęby. Czy może raczej… Pieprzony Łukasz?

Potrząsnął głową. Należało jak najszybciej zabrać się  z powrotem do pracy i zająć czymś te irytujące myśli. Tylko że tak jak już wcześniej rozpraszał go brak Nakoniecznego, tak teraz rozpraszał go niemalże do granic możliwości. Im mocniej się starał wyrzucić go z głowy, tym częściej do niego powracał.

Wyobraźnia Gosa się uruchamiała. Wiadomo – działo się to samoczynnie, ludzie nie byli istotami idealnymi i mieli zwyczaj powracać  myślami do rzeczy, o których nawet nie chcieli słyszeć. Dlatego też w głowie Jurka co chwilę  odbijały się słowa Marcina… Nie był w stanie wstać z łóżka, też coś. Co ten Słowiński z nim zrobił?

I dlaczego myśl, że Łukasz leżał w stanie względnej nieużywalności w pościeli tak bardzo go rozstrajała? Zawsze nim trzęsło na tego typu chore praktyki, ale teraz niemalże nie mógł tego wytrzymać. Miał ochotę wrócić do Słowińskiego i przywalić mu w twarz.

Dlaczego musiał tu wrócić? Kiedy pojedzie? Czy pojedzie w ogóle?

Oby, bo Jurek nie wytrzyma tu z nim nawet dwóch dni. Już teraz ledwo się powstrzymywał… A jeżeli miałby słuchać częściej o ich życiu prywatnym, o tym, co robią w łóżku i w jakim stanie jest jeden i drugi to naprawdę byłby gotów zabić i ich i siebie.

Po trzech godzinach takich myśli, które opuszczały go raz na jakiś czas, a potem znowu wracały, uderzając tylko mocniej, nastała przerwa. Jurek z chęcią odszedł od biurka, a potem wyszedł z pokoju, kierując się na prawo do sali, w której wszyscy zazwyczaj spotykali się na lunch. Do tej pory unikał tego miejsca jak ognia, bo byli tu dosłownie wszyscy, ale tym razem uznał, że wszystko będzie lepsze od tego, co się działo w jego głowie. Nawet te wrogie, ciekawskie, czy też zdystansowane spojrzenia.

W tłumie na jednej kanapie wypatrzył Małgosię i podszedł do niej nieśpiesznie.

– Jerzy, dzień dobry! – przywitała się, uśmiechając się chyba szczerze. – Dawno cię nie widziałam.

– Ja ciebie też – odparł, przysiadając przy niej na kanapie. – Jak tam życie? – mruknął, a jego wzrok jak zawsze przyciągnęły ogniste, poskręcane włosy koleżanki.

– Leci… Kasia rośnie jak na drożdżach – wspomniała córkę. – Ale pewnie nie o to pytasz, co? – dodała, spoglądając gdzieś dalej. Jerzy podążył za nią wzrokiem i natrafił na Słowińskiego, który przystanął przy grupce pracowników. Jeremi stał tuż obok niego.

– Tym razem nie o to – przyznał, a kobieta westchnęła.

– Co mam ci powiedzieć? Szczerze to nie widzę większej różnicy, tu czy tam… Mam tę samą robotę, nikt nie traktuje mnie tu gorzej. Może jedynie nie mogę się przyzwyczaić, że siedzimy w czwórkę w jednym pokoju, wcześniej miałam gabinet tylko dla siebie. Ale nie narzekam. A ty?

– Ja narzekam – odpowiedział od razu, patrząc ze zdegustowaniem na Marcina, który pochylał się nad grupą pracowników, opowiadając coś żwawo, a wszyscy wokół po chwili wybuchali śmiechem. Słowińskiemu brakowało tylko ciasteczek na tacy, którymi wszystkich by częstował i plotkował w najlepsze. Reprezentował sobą zero dyscypliny i szacunku do stanowiska, na którym był.

– Widzę na kogo patrzysz. Ale przecież częściej go nie ma niż jest. 

– Mogłoby go nie być wcale – westchnął, opierając się o tył kanapy. Słowiński właśnie roześmiał się promieniście, pokazując światu równiuteńkie, białe zęby.

– Nie wiem, wydaję mi się, że jeżeli ktoś już narzeka, to na Łukasza. Wiesz, to ten „zły” szef, który potrafi opieprzyć, jak coś spierdolisz.

– Na niego to swoją drogą… – przytaknął, ale nie zauważył, jak kobieta przewraca oczami na jego słowa. I tak by go to nie obeszło – zamierzał narzekać na Nakoniecznego tak dużo, ile tylko chciał. Bo mógł, bo było to słuszne i bo nikt mu nie zabraniał.

Zwłaszcza kiedy nie przychodził do roboty i  skazywał wszystkich na obecność tego pożal się Boże…

– Jurek, Małgosiu… – Słowiński  podszedł do nich, zostawiając innych współpracowników. –  Właśnie rozmawialiśmy o imprezie powitalnej. Tak wstępnie odbyłaby za około miesiąc, do tego czasu wszyscy zdążylibyście się poznać, więc myślę, że byłoby znacznie przyjemniej… Obecność oczywiście obowiązkowa – dodał szybko, kiedy zauważył, jak Jurek otwiera usta, żeby wyrazić protest. – To nawet nie podlega dyskusji – dodał, puszczając mężczyźnie oczko.

Jurek skamieniał osłupiały.

– Dokładniejsze informacje bliżej grudnia, ale planujemy to na dziesiątego, więc od razu możecie sobie zaklepać termin – dodał, posyłając im firmowy uśmiech.

A potem poszedł dalej rozgłaszać radosną nowinę.

„Zaklepać termin” też coś – Jurek prychnął pod nosem. Do tego czasu on nie będzie tu nawet pracował! Jego wypowiedzenie już czekało…

Nie wiedział tylko, jak długo będzie czekać.


Ten dzień w pracy był strasznie frustrujący, Jurek nawet tego nie ukrywał, kiedy poirytowany wpadł do domu. Nie natknął się na Janka, a szkoda, bo coś mu podpowiadało, że chłopak byłby w stanie odrobinę poprawić mu humor. Możliwe jednak, że dalej był na uczelni albo poszedł sobie dorobić na taksówkach – chociaż to akurat nie była najprzyjemniejsza wizja. Janek zdecydowanie powinien poszukać sobie innej roboty, skoro nie czuł się pewnie za kółkiem. 

Jerzy już go nawet widział w roli sprzedawcy, właściwie w jakimkolwiek sklepie. Chłopak przecież wypchnąłby wszystko jak leci, nawet najgorsze badziewie, a klienci z radości jeszcze by mu podziękowali. No ale to była już Janka sprawa, gdzie pracował…

Jeszcze gdyby Jurek mógł to powiedzieć o sobie! Bo mimo że to była jego sprawa, tak nijak nie miał na nią wpływu. Sapnął poirytowany, zdejmując płaszcz. Odwiesił go na pobliski stojak i spojrzał na ścianę z obrazami. Uczucia, które rano tak mocno go uderzyły, powróciły tak szybko, jak tylko znalazł się w pustym mieszkaniu. Zmarkotniał. Ociągając się, poluzował krawat i włączył telewizor, żeby wokół nie było tak przytłaczająco cicho. Leciały wiadomości, ale te niezbyt go interesowały. Miał dość przytłaczających myśli, chciał skupić się na czymś i zająć głowę…

Takim sposobem wylądował przed laptopem, przeglądając strony z samochodami do zakupu. Spędził tam trzy godziny, nie mogąc zdecydować się na nic konkretnego, no bo jak? Skąd miał wiedzieć, jakie auto umożliwi mu wygraną, skoro nie wiedział, jaka będzie trasa? Szukał więc SUV-ów, które sprawdziłyby się jako samochody rajdowe i szukał typowo samochodów wyścigowych – i to właśnie one przyciągały jego uwagę najbardziej.

W pewnym momencie Jurek tak zmęczył się tym zastanawianiem, że wyciągnął telefon i napisał do Janka, czy jest w mieszkaniu.

„Nie, ale będę za dwadzieścia minut”, odpisał mu chłopak.

„Wpadnij do mnie, jak będziesz miał chwilę.”

„Luz. Szykuj kawę.”, przeczytał, kręcąc głową. Mimo to uśmiechnął się półgębkiem i był to szczery uśmiech. Jurkowi ładniej było z nim na twarzy, niż z wieczną irytacją, która się na niej odbijała.

„Lubię ze śmietanką. I dwie łyżeczki cukru! :)”,dopisał po chwili.

„Jeszcze jakieś życzenia?”, napisał, wywracając oczami. Janek oczywiście nie odczytał w tym sarkazmu.

„Pewnie, jak masz jakieś ciastka, to nie pogardzę. Właściwie niczym nie pogardzę, jestem głodny jak wilk!”

Jerzy prychnął pod nosem, kierując się do kuchni. Oczywiście, że nie  miał śmietanki do kawy, bo pijał zazwyczaj czarną, jednak mleko się znalazło – lubił sobie czasami zagotować na nim owsiankę. Do tego przeszukał szafki w poszukiwaniu ciastek, ale znalazł tylko jakieś herbatniki. Wyjął je, dochodząc do wniosku, że ktoś taki jak Janek na pewno nie pogardzi nawet nimi.

Wyłożył je na talerzyk, a potem przygotował dla chłopaka kilka kanapek. Nawet się nie zastanawiał, po prostu chciał coś zrobić, zająć się czymś chociaż na chwile. Piętnaście minut później wstawiał wodę na kawę i kiedy ta się gotowała, usłyszał pukanie do drzwi. Uśmiechnął się i poszedł otworzyć. W progu stał Janek, wciskając zmarznięte dłonie w kieszenie swojej nic nie ogrzewającej kurtki.

– Nie uwierzysz! Śnieg! Śnieg zaskoczył studentów! – powiedział ekspresyjnie, przechodząc przez drzwi. – W listopadzie! Powaliło się już na tym świecie totalnie – mruczał, zrzucając z siebie mokrą kurtkę. Jurek wyjrzał przez okno i faktycznie, w świetle latarni widać było nikły śnieg, który nim jeszcze dotarł na ziemię, już się topił. Wrócił spojrzeniem do chłopaka, zamykając za nim drzwi. – Nie mówiąc już o kierowcach! Korek były taki, że o ja pierdolę, myślałem, że skinę w tym busie – dodał, kierując się do salonu. Jurek poszedł za nim i obserwował, jak chłopak przystaje po kilku krokach i wpatruje się w stolik.

– To dla mnie?! – zapytał, odwracając się przodem do mężczyzny. Oczy mu lśniły z zadowolenia. Taki uradowany Janek naprawdę był uro…

Co?

Co on właśnie pomyślał?

– Dla ciebie. Przyniosę kawę – odpowiedział szybko, potrząsając głową. Chłopak niemal w podskokach, dopadł do żółtego fotela i wyciągnął zmarzniętą dłoń po kanapkę. Jurek zniknął w kuchni, przeklinając się za dzisiejszy dzień. Najpierw ten przeklęty Nakonieczny, teraz to…

Cholerne myśli.

Zalał kawę dla Janka, a dla siebie przygotował herbatę z sokiem malinowym. Potem zaniósł to wszystko na stolik i usiadł na kanapie. Patrzył, jak Janek je przygotowaną dla niego kolację, nawet nie kłopocząc się rozmową. Dobrze wiedzieć, że chociaż w taki sposób dało się go uciszyć.

– Ty nie chcesz? – zapytał po chwili, kiedy pierwszy głód został zaspokojony. Jerzy pokręcił głową, po czym sięgnął po leżący obok koc i podał go chłopakowi. Widział przecież, że było mu zimno. Widział też wdzięczne spojrzenie, kiedy chłopak szybko przyjął okrycie i zarzucił sobie koc na nogi i trochę brzucha.

–  Wiesz, jak jeszcze raz mi powiesz, że jesteś jakiś zły albo wredny, albo myślisz tylko o sobie, to chyba cię wyśmieję – powiedział, spoglądając prosto w niebieskie oczy.

– Tak jest – odparł automatycznie i wyłapał, jak spojrzenie Janka robi się kpiące.

– Tak jest, czy chciałbyś, żeby było? – zapytał śmiało, chwytając za kubek z kawą. Patrzył na mężczyznę przenikliwie i Jerzy już otwierał usta, żeby coś odpowiedzieć, kiedy zdał sobie sprawę, że sam już nie wiedział. Umilkł.

Chłopak uśmiechnął się pod nosem, a potem jego uśmiech zniknął za filiżanką.

– Mam info od Dęby – powiedział, zmieniając temat. Wydawał się odprężony i szczęśliwszy niż dziesięć minut temu, Jurek natomiast… Toczył ze sobą wewnętrzną walkę, dokładnie tak, jak przez cały dzień.

– No właśnie… Chciałem o tym porozmawiać – mruknął z chwilowym opóźnieniem.

– Chcesz się wycofać? – wtrącił Janek z nadzieją, czym zasłużył sobie na ostrzejsze spojrzenie.

– Oczywiście, że nie. Chcę kupić samochód – sprostował spokojnie znad swojego kubka.

– O masz! 

– I potrzebuję informacji… – zaczął, a Janek wbił w niego wyczekujący wzrok. – Te wyścigi nie odbywają się zawsze tam, gdzie ostatnio, prawda?

– No nie. Różnie z tym jest, ale Dęba organizuje różne trasy. Psiarnia już dawno by ich dorwała, gdyby cały czas jeździli w to samo miejsce… Dlatego często zmieniają dni, godziny, drogi…

– A ten wyścig, który będzie teraz? Ponoć masz mnie zaprowadzić.

– No to będzie wyścig dwójkami, co nie. To w ogóle się jedzie na takie wiochy poza Warszawę, no i to już będzie na normalnej drodze. Asfalt, ktoś może jechać obok… Raczej rzadko się tak zdarza, ale zdarza. No i jest taka miejscówka właśnie, ale nie mam zielonego pojęcia, czy ta wioska ma jakąś nazwę, czy co, i jak tam się jedzie to masz taką drogę, co nie? I możesz nią cały czas jechać prosto, ale możesz skręcić, potem znowu skręcić, i jeszcze raz skręcić i ci wychodzi taki kwadrat. To będzie jakby jedno okrążenie, dość spore… Co, źle tłumaczę? Się tak patrzysz.

– Nie, nie, wiadomo przecież, że tłumaczysz najlepiej… – sarknął. – Tą drogą tam, na jakieś coś, gdzieś tam tego… Cudowna instrukcja – sarknął, powodując tym samym krótkie parsknięcie u Janka.

– No wiadomo, czekam aż zaczniesz mówić mi mis…

– Nie kończ – uciął Jerzy, podnosząc rękę w górę.

– Oj no, pojedziemy tam, co ty na to? I ci pokażę. – Wywrócił oczami.

– A inne trasy? Chodzi mi o to, że chcę kupić samochód i nie wiem, w jaki celować.

– Cóż, widziałeś jakimi jeździ większość. Raczej nie mają terenówek, więc wiesz – wzruszył ramionami, a Jurek skinął głową. Potem wstał i poszedł do laptopa.

Przez następne dwie godziny przeglądali razem z Jankiem interesujące ich samochody. 

– O, patrz ten! – Chłopak wbił palec w laptopa, nic sobie nie robiąc z ostrzeżeń, że „nie dotyka się ekranu”.

– Janek, spójrz na cenę – odparł Jurek bez entuzjazmu.

– No co? Niecały milion, takie drobne to ja w kieszeni noszę. – Wzruszył ramionami, udając, że wkłada rękę do kieszeni, a Jurek uśmiechnął się szerzej.

– Dobrze wiedzieć, podniosę ci czynsz – mruknął, przewijając stronę niżej. Janek wywrócił oczami. – A ten? – zapytał.

– Nie, Mercedes w ogóle do ciebie nie pasuje.

– A jaki pasuje?

– Nie wiem, na pewno nie Mercedes. To takie… oklepane – stwierdził, więc nie pozostało im nic innego, jak szukać dalej. W pewnym momencie, wzrok Jurka padł na przepięknego Bentleya, zaledwie dwurocznego, więc kliknął w ogłoszenie i przejrzał je dogłębnie.

– Jakoś nie wierzę, że facet chce sprzedać ten samochód w takiej cenie… Wczoraj dodał ogłoszenie – mruknął, szturchając Janka. Chłopak bowiem od kilkunastu minut znudził się przeglądaniem ofert i grał w głupie gry na telefonie. Zbijał piłeczkami jakieś klocki z góry ekranu… Naprawdę zajmujące.

– Ja się tam nie znam.

– Aż nie chce mi się wierzyć...

– Mhm, mówiłeś to już.

– Ma napęd na cztery koła.

– I pasuje do ciebie kolorystycznie – dodał Janek. Jerzy pokręcił głową. Chłopak czasami naprawdę był jak typowa baba – kiedy przychodziło do rozmowy na temat samochodów, potrafił się wypowiedzieć tylko o kolorach.  – Zadzwoń, spytaj się. Wygląda, jak samochód dla ciebie, serio. Nie jest tak chamsko… No wiesz. Ma ładne świata. Nie takie ostre. Rozumiesz w ogóle o co mi chodzi? – zapytał „mistrz konwersacji”.

– W sensie okrągłe – mruknął, już wybierając numer telefonu do sprzedawcy.

– No okrągłe, a nie takie wyciągnięte! – zgodził się, patrząc, jak Jerzy wstaje z kanapy i odchodzi do okna. Samemu wrócił do grania w grę, chociaż przysłuchiwał się toczonej rozmowie. Ta skończyła się zaledwie kilka minut później. – I co?

– Jest wystawiony w takiej niskiej cenie, bo facet chce go szybko sprzedać.

– Kradziony?

– Ponoć nietrafiony prezent dla żony…

– Jak facet robi takie prezenty, to ja mogę zostać jego żoną. Nie będę narzekał – parsknął, szczerząc głupio zęby. Jerzy fuknął na niego za te nieśmieszne żarty. – No, ale fajny by był. Chociaż nie wiem czy trzysta tysięcy to „niska cena”, ale kto bogatemu zabroni – westchnął, kładąc się na kanapie. Głowę położył na kocu, formując go w bliżej niezidentyfikowaną kulkę. Przymknął oczy, nogę założył na nogę, tak że zwisały mu one zza podłokietników.

– Nie za wygodnie ci? – zapytał Jerzy, patrząc na rozłożonego chłopaka. Janek uśmiechnął się leniwie.

– Wygodnie, ale czy aż za? Chyba nie – mruknął, otwierając jedno oko. Spojrzał na Jurka, który stał przy oknie i również na niego spoglądał. Zastanawiał się nad czymś.

– Nie chcesz jutro pojechać do Gdyni? – zapytał spontanicznie.

– Do Gdyni? – powtórzył za nim z wolna.

– Do tego faceta. Chce zobaczyć ten samochód…

– Pewnie, że chcę pojechać do Gdyni. Nigdy nie byłem nad morzem… – odpowiedział, po czym znowu zamknął oczy. Najedzony, odprężony, w ciepłym pokoju mógłby zasnąć od razu, tyle że…

– Nie śpij. – Oczywiście Jurek musiał mu to zepsuć. – Idź do siebie. O piątej wyjeżdżamy.

– O której?! – krzyknął, podnosząc się do siadu. Mężczyzna podszedł do kanapy.

– Słyszałeś. A teraz spadaj do siebie i spać, bo jutro nie ma spóźnień. Żadnych kwadransów studenckich… – powiedział, spychając nogi chłopaka na podłogę.

Janek wykrzywił się ostentacyjnie. 

– Będziesz spał w samochodzie… – dodał Jurek, wyganiając Janka z mieszkania.

Sam też chciał się już położyć i zakończyć ten beznadziejny dzień, by jutro zacząć kolejny – może lepszy?


O czwartej zadzwonił mu budzik i nawet dla Jerzego wstawanie o takiej godzinie w sobotę stanowiło pogwałcenie podstawowych zasad, które powinny obowiązywać weekend. Niemniej chciał mieć to już z głowy, a przede wszystkim naprawdę chciał zobaczyć ten samochód. Czy kupić? Tego jeszcze nie wiedział, bo nie wierzył ślepo ofertom widniejącym w internecie albo nawet kilkuminutowej rozmowie telefonicznej, ale czuł się podekscytowany, to na pewno.

Ta ekscytacja wzbudziła w nim motywację, by wygrzebać się z łóżka, pójść do łazienki, zjeść coś i pójść do garderoby. Przez dłuższą chwilę patrzył na swoje ubrania, omijając wzrokiem garnitury i koszule, miał ich dość po całym tygodniu. Zamiast tego jego wzrok spoczął na swetrach. Nie miał ich aż tak dużo, bo do niedawna myślał, że mu nie wypadało, ale ostatnio trochę to przełamywał. Lubił ich miękkość i przekonywał się też do tego, że lubi je na sobie, a nie tylko na wieszaku.

Sięgnął po rudy sweter wyszywany zygzakiem i wciągnął go na siebie. Do tego założył czarne dżinsy. Spojrzał w lustro i przyjrzał się sobie dokładnie. Chyba schudł przez te dwa tygodnie… Zawsze miał masywniejsze nogi, a teraz jakby ubyło z nich kilka kilogramów. Wcale mu się to nie podobało. Lubił swoją budowę, to że był bardziej postawny, męski. Teraz natomiast wyglądał trochę mniej zdrowo niż zwykle, dlatego poszedł po raz drugi do kuchni i dorobił sobie jeszcze jedną kanapkę. Chciał trochę przytyć.

Za piętnaście piąta, już ubrany i gotowy, zszedł na dół i zapukał do drzwi. Na początku cicho, potem, kiedy Janek nie podchodził, coraz głośniej, aż w końcu wyciągnął klucze i otworzył mieszkanie z cichym westchnieniem.

Zawołał jeszcze imię chłopaka, ale widząc brak odzewu już się nie zastanawiał. Poszedł do pokoju, który Janek sobie wybrał i otworzył drzwi. Chłopak oczywiście spał w najlepsze, rozwalony na łóżku. Miał nagi tors, a resztę jego ciała przykrywała kołdra.

Jurek podszedł do niego i wyciągnął rękę do ramienia chłopaka, delikatnie nim potrząsając. Patrzył, jak ten krzywi się, przekręca i finalnie otwiera jedno oko.

– Jedziesz ze mną do tej Gdyni, czy nie? – zapytał Jerzy, odsuwając się od rozgrzanego ciała. Janek uniósł się na łokciach.

– Mhm – mruknął nieprzytomnie, chwytając za kołdrę. Jurek myślał, że chce ją z siebie zrzucić, ale Janek, wbrew oczekiwaniom, okrył się szczelnie pościelą i położył głowę na poduszce.

Jerzy patrzył na to przez chwilę, nie wiedząc, co zrobić. Może jednak powinien go zostawić i pojechać samemu? Bo to też nie tak, że stanowiło to dla niego problem, ale skoro Janek nigdy nie był nad morzem, a chciał być, to…

– Czyżewski, rusz dupę i wstawaj – mruknął, ściągając z niego kołdrę.

– Jureeek… – mruknął, chwytając w palce ciepły materiał. Jego uchwyt był tak lekki, że Gos nie miał najmniejszych problemów z odebraniem mu nakrycia. Odłożył kołdrę na sam brzeg łóżka, poza zasięgiem chłopaka.

– Wstawaj. Masz okazję na darmową wycieczkę nad morze, chcesz ją zmarnować? – zapytał, patrząc na rozespaną twarz. Jego wzrok nie uciekał niżej, chociaż kątem oka dostrzegł, że chłopak miał na sobie jedynie slipy. – Wyśpisz się w samochodzie,  wstawaj –  dodał, podnosząc się z łóżka. Ostatni raz go ostrzegał, a Janek jakby to wyczuł, bo mrucząc coś gniewnie pod nosem, zwlókł się z łóżka i bez słowa udał się do łazienki. Pięć minut później pojawił się z powrotem w pokoju, trochę bardziej przytomny. – Ubierz się ciepło… – rzucił do niego, zasługując sobie tym samym na krzywe spojrzenie.

– Dobrze, tato – sarknął, wywracając oczami. Jurek prychnął na to określenie, ale patrzył, co chłopak wyciąga z szafy. Na szczęście Janek ubrał się rozsądniej niż zazwyczaj, więc Jerzy nie miał zamiaru się czepiać.

Dwadzieścia minut później siedzieli już w samochodzie. Jerzy skupiony był na drodze, a Janek przykryty kocem przysypiał z głową na szybie. Pogoda w miarę im sprzyjała. Było zimno, ale nie padało, mgła nie zdobiła ulic a od czasu do czasu zza chmur pojawiło się nawet słońce.

Podróż zajęła im cztery godziny. Do umówionego spotkania zostało niecałe dwie, a rozbudzony już Janek, wydawał się bardzo podekscytowany.

 – Jurek, Jurek! – zakrzyknął, odwracając w jego  stronę gwałtownie głowę. – Pojedziemy na molo do Sopotu?! – zapytał, a jego oczy błyszczały podekscytowane. – Zawsze wszyscy jadą na molo…! – dodał, już zacierając ręce.

Jurek tylko westchnął w myślach, nie chcąc rujnować marzeń chłopaka, co do drewnianego, długiego na pół kilometra – albo coś koło tego – pomostu, który był obowiązkowym punktem wszystkich wyjazdów nad polskie morze.

– Pojedziemy – mruknął. – Chociaż myślę, że znalazłoby się kilka ciekawszych miejsc do zwiedzenia… – przyznał, a Janek zaraz pokiwał głową.

– Dzień jeszcze długi! – zapewnił, uśmiechając się promieniście.

Zaiste, dzień był jeszcze młody, zza chmur wychylało się co chwilę słońce, a oni mieli jeszcze czas…  Dużo czasu.


Aktualizacja: 22.05.2021
*** 
No dobra, tak prezentuje się ostatni napisany rozdział. W końcu przyszedł taki moment, w którym od początku prowadzenia tego bloga nie mam  dla Was żadnego zapasu >.< Od teraz wszystko to, co będę pisała będzie na bieżąco i nie powiem, trochę mnie to przeraża, bo jeżeli moje tempo się nie zmieni... To coś czuję, że będzie ciężko.
Jeżeli zaś chodzi o rozdział 10, no to mam całe... pół strony. Tyle byłam w stanie  napisać przez ostatnie kilka tygodni, nie licząc tego bonusa do Marcela, który po prostu ze mnie wypłynął za jednym zamachem, więc no... 
Nie prezentuje się to jakoś szczególnie, co nie? ;_; 
Nie wiem, potraktuję to chyba jako jakiś challenge w stylu "nie napiszesz rozdziału w tydzień, to dostaniesz takiego kopa w dupę, że polecisz stąd aż na księżyc". Podejrzewam, że znajdzie się ktoś, kto będzie mi chciał takiego kopa wymierzyć, więc może jakoś to będzie xD
Chyba mam po prostu problem z przebrnięciem przez aktualny moment, bo już mam tyle fajnych rzeczy, które bym chciała napisać później, a nie mogę i omijam pisanie Jerzym szerokim łukiem - wczoraj za to wymyśliłam sobie całkiem przednią (przynajmniej tak myślę) fabułę,  bohaterów i właściwie wszystko na nową historię (raczej miniaturkę i do tego fantasy, wiec może wyrobię się do października z napisaniem tego, bo byłoby idealne na Halloween  :D). No ale to na razie schodzi na dalszy plan.
Ach, no i jeszcze tak tylko podkreślę, chociaż właściwie powinnam to zrobić pod poprzednim rozdziałem, że poglądy Jurka, jego myślenie, zachowanie w żadnym stopniu nie są moimi własnymi! Po prostu staram się wejść w jego skórę i opisać jego spojrzenie na świat jak najlepiej, mimo że często kłóci się z moim własnym. Ale to tak tylko mówię, bo jakby się ktoś natknął na to opowiadanie w pierwszej kolejności, no to właściwie może mógłby dojść do takich wniosków. Podkreślam więc, nic bardziej mylnego!  Bardzo daleko mi do zgorzkniałego homofoba xd 
Poza tym dziękuję Wam za wsparcie, Wasze opinie i komentarze, jesteście cudowni! <3 Trzymajcie kciuki za to moje pisanie i do (szybkiego!) napisania!