sobota, 6 października 2018

Rozdział 26

Obudził się przed budzikiem. Czuł się zaskakująco dobrze i trzeźwo, jak gdyby przespał przynajmniej osiem godzin, a nie jakieś pięć. Przeciągnął się na łóżku jak kot i chwycił za telefon. Ten podświetlił się, rażąc go po oczach, więc Marcelowi trudno było odczytać godzinę. To jednak nie światło stanowiło główny problem, tylko to, że wyświetlacz znacznie różnił się od zwyczajowej, wymazanej wielkimi cyframi godziny na środku. Ta teraz znajdowała się w prawym górnym rogu, a w centrum… Kacper. Kacper musiał się nie rozłączyć! Z wysiłkiem Marcel rozszyfrował małe cyferki pod godziną i ze zgrozą zauważył, że prawie sześć godzin już im naleciało. To znaczy naleciało Kacprowi, najpewniej na rachunek.

– Halo? – rzucił do telefonu, przystawiając go do ucha. Czekał chwilę, ale Wawrzyński mu nie odpowiedział. Może spał? Marcel nie słyszał niczego, nawet jego oddechu, ale przecież wcale nie musiał słyszeć! Kacper z całą pewnością odwrócił się bokiem i spał teraz w najlepsze, przytulając głowę do poduszki. Daleko w poważaniu miał takie wczesne wstawanie o siódmej.

Marcel się rozłączył. Co prawda przyszło mu to trudniej niż powinno, ale zrobił to, czując się dziwnie w środku.

Jak przez mgłę przypomniał sobie, co mu powiedział i spąsowiał od razu. Że niby Wawrzyński miał przyjemny głos!? Jezu, dobra, może i miał, ale żeby mu to tak od razu mówić?!

Co, do cholery, było z nim nie tak?!

Łapiąc się za głowę, czym prędzej wstał z łóżka i czmychnął szybko do łazienki. Co to wszystko miało, kurwa, być? Ta rozmowa? I to ich wcześniejsze spotkanie? I to, że nie mógł przez niego zasnąć? Nie chciał tego!

…Nie powinien chcieć.

Szorując z wściekłością zęby, patrzył na swoje odbicie z pretensją. Co niby o tym pomyśli Kacper? Że chce coś z nim…?

Niedoczekanie!

Ale czy na pewno…?

Czując się jak kompletne gówno, wypluł do zlewu spienioną pastę i wypłukał porządnie usta. Czuł, jak ostra mięta pali jego policzki i wyjątkowo dzisiaj mu to nie przeszkadzało. Niech płonie. Należało mu się.

Należało i to nawet podwójnie, bo wraz z mijającym czasem myśli o Kacprze nie cichły. I to te myśli. O jego niskim głosie, głębokim spojrzeniu i tych cholernych uśmieszkach, którymi tak często go obdarzał. Myślami błądził też przy Kacprowych dłoniach, które tak sprawnie potrafiły zająć się jego własnymi i o tym, jak blisko ostatnio byli, kiedy Wawrzyński się nad nim pochylał i flirtował z nim, flirtował na pewno, patrząc mu przy tym prosto w oczy.

Ciężkie było to życie, a jego to już szczególnie! Wszędzie nic tylko kłody pod nogami i piach w oczy. Podła była ta jego egzystencja. Podły był też los, który kpił z niego raz za razem, przewracając jego życie do góry nogami i czyniąc z niego istną gehennę.

Bo jak inaczej miałby to nazwać? To całe zainteresowanie i ciekawość Wawrzyńskim, jak nie koszmarem właśnie? Długim, trwającym od tygodni, z którego nie mógł się wybudzić. A raczej, w tej chwili, bardziej nie chciał się budzić. Chciał brnąć dalej, sprawdzić, co kryło się w zakamarkach następnego dnia, odkryć to, poczuć na własnej skórze, tak jak ostatnio poczuł te przeklęte dłonie.

Beznadzieja!

Wzdychając jakoś tak ciężko, Marcel spojrzał z rozżaleniem na tablice zapisaną od góry do dołu równaniami. Sam chwilę temu jedno rozwiązał, bo kochana pani Stefaniak, odkąd dostał tę przeklętą piątkę, nie dawała mu spokoju. Męczyła i maglowała biednego chłopaka, pytając, kpiąc i wyśmiewając niekiedy jego umiejętności. Bo, co tu dużo mówić, orłem z matmy nie był, zdolności co do niej też żadnych nie miał, więc stał pod tablicą po dwadzieścia minut, słuchając niekiedy jakiś marnych podpowiedzi, które tylko go myliły… I mimo tej zmory wiszącej nad nim, tego diabła wcielonego, który pod spódnicą na pewno skrywał ogon, a rogi kryły się pod bujną czupryną, nie myślał o matematyce tylko o innej zmorze. Kiedyś wydawałoby mu się, że dużo, dużo straszniejszej, ale ostatnio odchodził od tego przekonania, widząc, że koszmar ten powoli zaczął nabierać ludzkich kształtów. I uczuć.

Nieważne było w jakiej sytuacji się znalazł. Nawet po matematyce, na polskim i geografii, myślał o tym przeklętym blondynie. Kiedy dzwonił do szefa, chcąc inaczej rozplanować godziny swojej pracy, też o nim myślał. Po pracy, gdy oblegał kanapę, a rozbrykana Zuzia już wcale nie taka obrażona skakała po nim jak po trampolinie, też myślał o nim.

I po dziurki w nosie już tego miał!

Żeby ktoś tak jego życie do góry nogami wywrócił! Spać nie dawał…!

Tym razem dosłownie. Marcel spał właśnie w najlepsze, mimo że nie było wcale późno, kiedy przebudził go dźwięk przychodzącego SMS-a. Leniwie wyciągnął rękę po urządzenie i spojrzał na treść wiadomości.

„Śpisz?”.

Tak oto brzmiała. Najgorsza wiadomość z możliwych. I, oczywiście, była od Kacpra.

Niepokojące było to, że zamiast się zezłościć, uśmiechnął się półgębkiem, a przez jego ciało przeszła fala ciepła. Nie chciał jej oczywiście i bronił się przed tym jak mógł, ale… Tak po prostu się działo. Tak samo zadziało się to, że Marcel zamiast męczyć się z odpisywaniem po prostu do Wawrzyńskiego zadzwonił. Dokładnie jak on wczoraj, więc byli kwita.

 – Zainspirowałeś się moim bystrym planem zemsty i teraz to ty będziesz budził mnie? – rzucił na powitanie, starając się brzmieć jakby wcale chwilę temu się nie obudził, ale marnie mu to wyszło. Głos miał lekko zachrypnięty i niższy niż zazwyczaj.

– Nie chciałem cię obudzić.

– To coś ci w życiu nie wyszło.

– Żeby tylko to – zaśmiał się. Marcel przymknął powieki, zauważając, że śmiech Kacpra jest bardzo przyjemny. – Więc… powinienem się teraz rozłączyć?

– Powinieneś. Ale ostatnio zauważyłem, że chyba masz z tym problem – mruknął, wcale nie hamując swoich słów. – Pewnie zresztą nie jedyny? – dodał trochę cynicznie, wiercąc się w pościeli. – Która godzina, tak w ogóle? – zapytał, nawet nie chcąc spoglądać na oślepiający ekran.

– Kilka minut przed dwudziestą drugą. I wcale nie mam problemu z rozłączaniem się. Po prostu zasnąłem, słuchając jak chrapiesz.

– Wcale nie chrapie! – oburzył się, wykrzywiając twarz w grymasie. To były same kłamstwa i oszczerstwa wymierzone prosto w jego niewinną personę!

– Tak sobie mów… – rzucił Kacper, najpewniej z tym swoim chytrym uśmieszkiem.

– I co się tak cieszysz? – jęknął, ale to wcale nie powstrzymało Kacpra.

– A tak sobie.

– Taki jestem śmieszny, co?

– To już nie zabawny?

– A nie śmieszny i pechowy?

– Masz na tym punkcie jakiś kompleks?

– A ty masz jakiś kompleks? Wyższości, na przykład?

– Wyglądam na osobę z kompleksem wyższości?

Nie, pomyślał.

– Oczywiście, że tak – odpowiedział.

– Jesteś niemożliwy. – Marcel uśmiechnął się zwycięsko.

– Kolejny trafny przymiotnik. Uważaj na słowa, chyba zacznę je zapisywać.

– Dobry pomysł, też bym uwieczniał mądre słowa. Niestety obawiam się, że w twoim przypadku mi to nie grozi – rzucił, wyraźnie się ciesząc.

– Ej! – oburzył się ponownie, czując, jak policzki powoli zaczynają mu się rumienić.

– Żartuję tylko.

– Masz naprawdę słabe poczucie humoru – zarzucił mu, ale na przekór słowom jego usta wykrzywiały się w uśmieszku.

– To może być jedna z moich nielicznych wad – odpowiedział poważnie, brzmiąc jakby naprawdę głęboko się nad tym zastanawiał. – Ale to nieważne. Chciałem tylko powiedzieć, żebyś przyszedł w sobotę o dziewiętnastej. Pasuje ci?

– A jak powiem, że nie, to czy to coś zmieni?

– Oczywiście. Będziesz mógł przyjść na przykład o siedemnastej. Dla mnie lepiej.

– Chciałbyś – prychnął.

– Chciałbym – odpowiedział.

– O dziewiętnastej – uciął szybko.

– O dziewiętnastej.

– No dobra. To przyjdę. I liczę na naprawdę dobry obiad.

– Nie przeliczysz się.

– No ja myślę – odparł i przez chwilę zastanawiał się nad pewną kwestią. – A czy Bartek, jakby chciał, mógłby też przyjść? Ciągle jest w rozsypce, więc może takie posiedzenie z ludźmi byłoby dla niego w sam raz? Jeżeli to nie jest problem – dodał szybko, zastanawiając się, czy taka prośba była w porządku. W końcu ostatnie spotkanie Bartka z Kacprem nie skończyło się zbyt dobrze.

– Może przyjść – zadecydował Wawrzyński po krótkim namyśle.

– To świetnie! W takim razie się go zapytam. A teraz idę spać dalej.

– Jasne. Wyśpij się, po wczorajszym pewnie jest ci to potrzebne – odpowiedział Kacper najpewniej z tym swoim głupim uśmieszkiem. – Dobranoc, Rogacki.

– Dobranoc, Wawrzyński – sarknął, po czym usłyszał w słuchawce cichy śmiech i się rozłączył.

Też mu coś.

 

Po całym dniu pełnym ciężkiej pracy zdążył na chwilę wpaść do domu, wziąć prysznic i po dwudziestu minutach już zbiegał po schodach. Przemierzał doskonale znaną mu już uliczkę, potem przeszedł na chodnik z czerwonej cegły tuż przy jakimś przedszkolu, minął boisko oraz grupkę wrzeszczących bachorów i stanął pod wieżowcem, który widniał jako cel jego wędrówki. Odetchnął głęboko, zadzwonił domofonem. Kacper otworzył mu bez słowa, więc i on się nie odzywał. W końcu obydwoje byli na to przygotowani… Wszedł do windy, postał tam chwilę, potem wyszedł i już miał zapukać do drzwi, kiedy te otworzyły się tuż przed jego nosem.

– Cześć, Rogacki – padło ze strony Kacpra. Marcel uśmiechnął się na to kpiąco i zlustrował go sobie dokładnie. Wyglądał jakoś tak inaczej. Chyba miał ułożone włosy? Teraz były na tyle długie, że nie sterczały sztywno do góry, tylko opadały luźno na czoło. Poza tym Kacper miał na sobie białą koszulkę w pół rękawa z narysowaną u szyi czarną muchą i zwykłe, czarne dżinsy. Pasowało mu to.

– Cześć, Wawrzyński – odpowiedział, starając się utrzymać kamienny wyraz twarzy. Podczas gdy Kacper puszczał go przodem, czuł na sobie jego przeszywający wzrok. Chłopak też musiał dokładnie mu się przyjrzeć i Marcel miał w głowie niechcianą nadzieję, że spodoba mu się to, co widział.

Zresztą, co tu było do nie podobania się?

Normalnie się ubrał, no nie?

No, może nie do końca tak, jak na co dzień. Był odrobinę bardziej elegancki i znowu miał na sobie te ciasne, granatowe spodnie z rozpoczęcia. Nie wygłupiał się jednak aż tak, żeby brać koszulę, zamiast tego narzucił na siebie zwykły T-shirt i skórzaną kurtkę.

 – Przyniosłem alkohol – oświadczył, wyciągając z plecaka butelkę czystej wódki. Po wczorajszej pracy od razu udał się do jednego z tych sklepów, gdzie kasjer nie do końca zwracał uwagę na wiek klientów kupujących alkohol i nabył ten oto trunek. I to wcale niezły! Nie była to w końcu jakaś tam zwykła Barmańska za niecałe dwie dychy, nie, nie; pół dniówki na to wydał, więc miał nadzieję, że będzie w sam raz.

– Daj, włożę do lodówki.

Marcel skinął głową. Wyciągnął przed siebie dłoń z butelką i przytrzymał w górze, czekając aż Kacper ją odbierze. I odebrał. Tyle że jego palce zetknęły się z jego własnymi i przez chwilę trwały tak przyciśnięte, lekko, nie zaciskając się na jego własnych. Marcelowi serce zabiło mocniej, ciało miało ochotę cofnąć się gwałtownie, ręce chciały puścić trzymaną butelkę, lecz oczy… Oczy spojrzały bystro na Kacpra i dokładnie obejrzały nie ten kpiący, sarkastyczny uśmiech tylko miękki, trochę niepewny… bardzo łady.

Nie odsunął się. Nie upuścił butelki.

Zamiast tego jego policzki się zarumieniły, a on sam spuścił wzrok, dokładnie w chwili, kiedy palce Kacpra przejęły alkohol. Wawrzyński odwrócił się i podszedł do lodówki, nie spoglądając już na jego umęczoną twarz. Ulga to była dla rozpalonych policzków i umysłu, w którym pojawiło się to dziwne uczucie. Ni to przyjemne, ni pożyteczne, właściwie to bardzo go przerażało. Bardziej niż wtedy, gdy odkrył, że podoba mu się Marcin i bardziej niż w chwili, kiedy Kuba przykleił się do niego tak, że nie sposób go było od niego odciągnąć.

Ale to się działo. Po prostu.

Nie miał na to wpływu, więc postanowił na razie nic z tym nie robić. Odstąpił kilka kroków do tyłu i zaczął zsuwać z ramion mokrą – na dworze lało jak z cebra – kurtkę. Potem odwiesił ją na wieszak, stojący przy drzwiach. Przez chwilę zapatrzył się na powoli toczącą się wzdłuż rękawa kroplę wody. Zsuwała się powoli, nabierała prędkości, aż w końcu ześlizgnęła się z krańca skóry i uderzyła o podłogę.

– Chcesz ręcznik do włosów? – usłyszał za sobą, toteż odwrócił się i z zamyśleniem przejechał dłonią po mokrych, splątanych pasmach.

– Nie, same wyschną – zadecydował, roztrzepując kosmyki palcami. Zresztą wcale nie były aż takie mokre, nie ciekło z nich, więc nie miał takiej potrzeby. Nie wiedząc, co miał zrobić, ponownie skierował swoje kroki do blatu, gdzie stał Wawrzyński.

– Spokojnie, nie zapomniałem o swojej obietnicy – rzucił Kacper, zamykając lodówkę. – Więc jesteś głodny? – zapytał, spoglądając na niego pytająco, tak jakby nie znał odpowiedzi.

A odpowiedź była oczywista.

– No pewnie, że jestem. – Oparł się pośladkami o blat. Ręce splótł na piersiach i czekał. Kacper przytaknął. Zrobił kilka kroków w stronę piekarnika i przystanął. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby myślał o czymś intensywnie, po czym odwrócił się przez ramię.

– No, idź sobie usiądź. – Brwi Marcela powędrowały do góry.

– A to czemu?

– Kucharz nie zdradza swoich tajemnic. – Uśmiechnął się, a Marcel wywrócił tylko oczami.

– Niech ci będzie… – zgodził się niechętnie, ale usiadł przy stole. Ręce położył przed sobą, splótł razem palce i czekał. A potem Kacper otworzył piekarnik, przez co do jego nozdrzy dotarł cudowny zapach, od którego ślina napłynęła mu do ust. Cóż, jak się okazało, nie tylko zapach był oszałamiający. Po tym jak chłopak wszystko już przyszykował i usiadł z nim do stołu, a on spróbował… Było po nim. Naprawdę. Przepadł. Przymknął oczy na chwilę, przegryzł, otworzył oczy i spojrzał na Wawrzyńskiego, który jadł w swojej zwyczajowej pozie, opierając łokieć na stole i podpierając dłonią bok głowy. Oczywiście patrzył prosto na niego.

– No i jak? Znowu spadnie na mnie fala krytyki?

– Nie… – bąknął. – Nawet jakbym chciał, to nie miałbym się do czego przyczepić. Zresztą ostatnio też dałeś radę – przyznał niechętnie. Niech już ma ten Kacper odrobinę uznania!

– Nieźle. Takie słowa z twoich ust. – Rogacki wzruszył bezradnie ramionami, nie wiedząc, co mógłby jeszcze powiedzieć, ale… Właściwie wpadło mu coś fajnego do głowy.

– No, nie wiem czemu jeszcze nie zapisujesz – odparł, uśmiechając się szeroko. Lubił wracać z Kacprem do wcześniejszych rozmów, sprawiało mu to trochę frajdy. Wawrzyński chyba również nie miał z tym problemu, bo kąciki jego ust drgnęły wyraźnie, a on sam wyglądał na bardzo zadowolonego i rozluźnionego. Nie mówił też zbyt dużo, ale Marcel czuł się z tym swobodnie. Przynajmniej jadł w spokoju, mogąc się całkowicie skupić na fenomenalnym posiłku.

 – Tak w ogóle, to co w końcu z twoim przyjacielem? Przyjdzie? – odezwał się dopiero po dłuższej chwili.

– Mam nadzieję, że tak. Co prawda nie był zbyt chętny, pewnie na jego miejscu też bym nie był, ale przekonywałem go tym, żeby nie zostawiał mnie na pastwę losu i to jeszcze z tobą, więc chyba jego przyjacielska powinność będzie kazała mu się tutaj stawić.

– Cóż… Teraz już wiem, czemu uważał, że cię do czegoś zmuszam skoro przedstawiasz mnie w takim świetle – odparł z namysłem Kacper i mimo że były to wszystko tylko niewinne żarty, to zamyślił się i trochę jakby sposępniał.

– Ale bez obaw! Na pewno nie będzie robił takiego rumoru jak ostatnio – zapewnił szybko Marcel, po czym wspomnienie spotkania Bartka z Kacprem wróciło do niego bardzo obrazowo. Przed oczami zobaczył nawalonego Sójkę, który zachowywał się, jak zachowywał oraz Kacpra, który mimo takiego właśnie zachowania, pomógł mu, nie żądając niczego w zamian.

To było… przykre, w jakimś sensie. Chwytało go za serce, powodując nieprzyjemne mrowienie w środku ciała.

– Jemu zresztą też jest głupio po ostatnim, więc pewnie będzie wobec ciebie w porządku. – Przynajmniej taką właśnie miał nadzieję, bo z każdą chwilą uświadamiał sobie, że Kacper po prostu na to zasługiwał. Na bycie wobec niego w porządku.

– Mówiłem, to nic takiego. – Machnął ręką od niechcenia. – Było, minęło. Zresztą, tak jak wspominałem, do pewnego momentu mieliśmy ze sobą bardzo interesującą rozmowę… – Uśmiechnął się półgębkiem, zerkając na Marcela znacząco.

– Ta, a potem dostałeś w mordę – skwitował Rogacki, prostując się na swoim krześle.

– To ta mniej przyjemna część tego spotkania – zaśmiał się, odsuwając się do tyłu. Obaj skończyli jeść, więc wstał i zaczął zbierać talerze ze stołu. Marcel przyglądał się temu, czując się dużo lepiej po posiłku. Aż żal było to mówić, ale Kacper naprawdę znał się na rzeczy.

– No i co teraz? – zapytał Rogacki. – Mamy jeszcze jakieś półtorej godziny dopóki nie przyjdą, to może obejrzymy film…? – zastanowił się na głos, już mając w głowie listę filmów, które chciałby zobaczyć.

– Nie ma mowy – stwierdził kategorycznie Kacper, czym zasłużył sobie na pytające spojrzenie. – Jeszcze nic nie przygotowałem na później z oczywistych względów. – Spojrzał znacząco na Rogackiego. – Więc musimy się wziąć do roboty – oznajmił, wkładając brudne naczynia do zmywarki. – No, wstawaj. Pomożesz mi – ponaglił.

Marcel, owszem, wstał i podszedł do części kuchennej. Przystanął przy blacie i wlepił spojrzenie w chłopaka, który właśnie otworzył jedną z szafek. Marcelowym oczom ukazały się istne skarby, od chipsów przez orzeszki na ciastkach i innych słodkościach kończąc.

– Rozłożysz to? – zapytał Wawrzyński, tym razem pochylając się i otwierając jedną z dolnych szuflad, gdzie znajdowały się miski.

– Jasne – zgodził się bez wahania. Sięgał właśnie po znajdujące się w szafce przekąski, kiedy Kacper wyminął go, ocierając się przy tym brzuchem o jego tył.

Przez plecy Marcela, niczym bicz, przeszły gwałtowne dreszcze.

Zastygł na chwilę, zapowietrzył się. Czujnym spojrzeniem zerknął na chłopaka, który właśnie podszedł do telewizora i stanął przed wieżą. Chwilę później pomieszczenie wypełniła muzyka; spokojna z rytmicznym, głębokim podbiciem perkusją i miłym dla uchem dźwiękiem gitary.

– Może być? – zapytał głośno Kacper, przekrzykując piosenkę.

– To się okaże! – odkrzyknął. Nadal czuł, że jego ciało jest napięte, ale szybko skarcił się w myślach. Rozsądne to było? Nie. Kacper po prostu nie miał za dużo miejsca, żeby się przecisnąć, stąd to nagłe otarcie, w końcu było tu dość ciasno, a te dreszcze…? Jakie dreszcze! Żadnych dreszczy być nie mogło, a jemu musiało się po prostu wydawać. Myśląc w ten właśnie sposób ponownie się rozluźnił i chyba muzyka również miała z tym coś wspólnego. Nie było to coś, czego Marcel słuchał na co dzień, ale wpadła mu w ucho. W pewnym momencie zaczął nawet postukiwać nogą w rytm jednej z piosenek, która wyjątkowo mu się spodobała. Do tego stopnia, że postanowił nawet zapytać później Kacpra o jej tytuł. Teraz jednak odwalał swoją fuchę niespiesznie, co jakiś czas zerkając na Wawrzyńskiego, który zdążył już rozstawić stół. Przyniósł też ze swojego pokoju dodatkowe krzesła. Potem zaczął zbierać wazy i półmiski, po czym wyniósł je do innego pokoju.

– Szymon strasznie je lubi – wytłumaczył, kiedy już wrócił. – Chociaż jak dla mnie są paskudne… – Marcel wzruszył ramionami. Nie miał zdania co do półmisków, chociaż stwierdził, że kwieciste wzory mogły być lekko nie w stylu Kacpra. Uśmiechnął się na to półgębkiem, po czym zgarnął wszystko, co miał i zaczął rozkładać miseczki na stole według uznania. W międzyczasie Kacper podszedł do lodówki i powyjmował z niej najróżniejsze składniki.

– I co teraz? – zapytał Marcel. Podszedł do blatu i przyjrzał się wszystkiemu, przesuwając palcami po gładkiej, zimnej płycie.

– Teraz wykażesz się swoimi zdolnościami kulinarnymi, hm?

– Nie mam żadnych!

– To nic trudnego… Zrobisz koreczki, pięciolatek by sobie z tym poradził. Wykałaczki masz w szafce na górze. Możesz na nie nabić właściwie cokolwiek: mozzarellę, szynkę, pomidora, co chcesz – odpowiedział, samemu chwytając za leżący nieopodal brokuł.

– A ty co będziesz robić? – zagadnął, przyglądając się jak chłopak z wprawą zaczął kroić warzywo.

– Ciasto francuskie z brokułem i serami – padła spokojna odpowiedź, a Marcel pokiwał głową z niepewną miną. Ciasto francuskie z brokułem i serami. Pewnie. Brzmiało banalnie!

Każdy z nich zajął się więc pracą na miarę swoich możliwości. Marcel z entuzjazmem podszedł do wyznaczonego mu zadania. Po dłuższej chwili grzebania w szafce, znalazł w końcu wykałaczki i położył je przy sobie. Wyjął talerz i deskę, a potem, zastanawiając się długo, patrzył na wszystkie leżące na blacie produkty. Stwierdził, że szynka będzie odpowiednia, toteż chwycił za nią. Problem był tylko taki, że nie była ona pokrojona. Wziął więc nóż i ją pokroił, po czym zrobił dokładnie to samo z serem. Z niejaką satysfakcją i dumą nabił szynkę na wykałaczkę, potem zrobił to samo z małym, koktajlowym pomidorkiem, następnie dołożył ser, czerwoną paprykę, a na końcu wcisnął zieloną oliwkę.

Przyglądając się krytycznie swojemu dziełu, ułożył je na ręce i pokazał Kacprowi.

Ten również się przyglądał. Długo. To znaczy dłużej niż to było konieczne. Na początku minę miał poważną, ale z każdą mijającą chwilą kąciki ust coraz bardziej mu drżały w niepohamowanym uśmiechu.

Skąd się to brało?

Marcel zmarszczył brwi, po czym jeszcze raz przyjrzał się swojemu wynalazkowi, który stał na jego dłoni chwiejnie. Zlustrował każdy najmniejszy element, od szynki, która powinna być ukrojona w równy prostokąt albo kwadrat, a tak naprawdę przypominała jakąś dziwną figurę; ostrosłup może? Po ser, który ze strony prawej był grubszy, a z lewej chudszy, toteż konstrukcja ta przechylała się niebezpiecznie na jedną ze stron.

Zmieszał się.

– No wiesz, jest okej, ale… – zaczął Kacper, starając się brzmieć poważnie. Chwycił w palce koniuszek wykałaczki, po czym odstawił koreczek na blat obok. – Pokażę ci, jak to powinno wyglądać, co ty na to? – Marcel jedynie przytaknął mu głową.

Cóż, Kacper, jak widać, nie miał podobnych problemów. W kilka sekund uporał się ze zrobieniem idealnego koreczka, który stał równo i wyglądał, cholera, perfekcyjnie. Przyozdobiony kolorową, pofałdowaną sałatą, z szynką ukrojoną z najrówniejszy prostopadłościan, jaki Rogacki w życiu widział i zapewne, za który nawet sorka Stefaniak by pochwaliła, po pomidora i kulkę mozzarelli. Cóż, przy tym jego własne dzieło wyglądało niczym mutant, marna karykatura! Kaleka jakaś! Przykre to było, bo brak jego umiejętności był w tym momencie widoczny jak na dłoni. I to, chwilę temu, dosłownie…

A tak być nie mogło!

– No, rób dalej – zachęcił go Kacper, wracając do swojego zajęcia. Tyle dobrze, że go nie wyśmiał, bo sam Marcel miał na to ochotę.

Mając w głowie obraz idealnego koreczka, zresztą przed sobą również go miał, zaczął powtarzać ruchy Kacpra i następny wyszedł mu już lepiej. Nadal marnie, ale lepiej. Marcel dążył więc do tej kulinarnej perfekcji, mając przed sobą wysoko zawieszoną poprzeczkę, ale w końcu zaczęło mu wychodzić. Cieszył się z tego i z każdym kolejnym zrobionym przez siebie małym cudem, czuł, że również mógłby zostać kulinarnym mistrzem.

Po kilku minutach tak się wkręcił w robotę, że nawet nie zwracał uwagi na ukradkowe spojrzenia Wawrzyńskiego i jego sympatyczny uśmiech, kiedy ten patrzył na jego starania.

– Chyba już wystarczy. – Jego praca w końcu została przerwana. Zamrugał więc i oderwał spojrzenie od noża, po czym wbił je w niebieskie oczy. – I tak nikt pewnie tego nie zje… – dodał, na co Marcel aż cały się zapowietrzył. Nie zje?! Jak to nie zje, to po co on to wszystko robił?! – Wszyscy i tak rzucą się jak wygłodniałe psy na chipsy i tyle będzie z naszych starań.

– Właściwie masz rację… – zgodził się, zdając sobie sprawę, że również należał do tego właśnie grona osób. Mimo to zaczął układać koreczki na talerzu, starając się, by wszystkie stały jak najbardziej równo. Kiedy skończył podstawił Kacprowi talerz niemalże pod nos.

– I co, może być?

Wawrzyński skinął z zadowoleniem głową. Sprawiło to Marcelowi niejaką radość, toteż uśmiechnął się i już miał zamiar odłożyć wszystko na stół, kiedy to Kacper złapał go delikatnie za dłoń.

– Poczekaj – rzucił i puścił go od razu. Marcel zastygł w bezruchu i spojrzał na niego pytająco. Kacper za złapał za stojącego w kącie, pierwszego wykonanego przez Marcela koreczka i ułożył go na samym środku talerza.

– Teraz jest w sam raz – odparł, na co koniuszki uszu Marcela zaróżowiły się leciutko, a on sam odwrócił się na pięcie, by położyć talerz na stole.

A kiedy stał już tak tyłem pozwolił, by na jego usta wstąpił najbardziej szczery uśmiech, a serce wypełniło się ciepłem.

Najwyraźniej nawet dla takiego „kaleki mutanta” znalazło się tutaj miejsce.

 

Aktualizacja: 09.11.2020 | 08.02.2021


środa, 3 października 2018

Rozdział 25

Kilka minut później szli przez poszarzałe miasto, a schowane już za horyzontem słońce, rozświetlało niskie chmury na intensywny czerwono-pomarańczowy kolor. Z każdą chwilą barwa ta gasła, przechodząc w pastelowy róż aż po błękit, by w końcu na dworze zrobiło się całkiem szaro i zdecydowanie bardziej zimno. Marcel nie czuł za bardzo zmiany temperatur. Skutecznie ogrzewały go trzy lampki wybornego wina, które w dalszym ciągu trzymały go w dobrym humorze. Kacper, mimo kilku mniej stów w portfelu, również wydawał się zadowolony, więc Rogacki stwierdził, że to było okej. To znaczy, kiedy zobaczył rachunek serce o mało mu nie wypadło z piersi i wtedy było mu nawet trochę głupio, ale wystarczyło tylko spojrzeć na Wawrzyńskiego, by wiedzieć, że nie traktował tego jako wyrzucanie pieniędzy w błoto.

– Więc dalej mi nie powiesz dokąd idziemy? – jęknął niezadowolony Marcel, człapiąc wiernie za chłopakiem. Co prawda nie było mu jakoś źle, wręcz przeciwnie, dobrze mu się szło, zwłaszcza że czuł się jakoś tak lekko i błogo po całej tej kolacji, ale jego okropna natura kazała mu odrobinę ponarzekać.

– Już zaraz będziemy – zbagatelizował Kacper, machając na to ręką. Też coś! Marcel nie wiedział, czemu ostatnio każdy był taki chętny do robienia mu niespodzianek, ale tym razem aż tak mu to nie przeszkadzało. Czuł się bardziej zaciekawiony, gdzie też prowadził go Kacper, niż poddenerwowany, co poskutkowało wyjątkowym spokojem ducha. A może to to wino? Cokolwiek by to nie było, Marcel zaczął uważniej rozglądać się po okolicy. Ta w dalszym ciągu wydawała mu się tak samo monotonna jak jeszcze chwilę wcześniej. Wszędzie wokół otaczały ich domki jednorodzinne, szare i nieremontowane. Była to jedna z biedniejszych okolic miasta. Nie miał więc pojęcia, co takiego mogło się tutaj znajdować, żeby iść po to tak długo.

Przekonał się wkrótce, kiedy to Kacper skręcił nagle w jedną z uliczek, a przed ich oczami ukazał się duży budynek z szyldem „schronisko dla zwierząt”.

Marcel popatrzył na towarzysza będąc niejako w szoku, bo nigdy w życiu nie spodziewał się, że Kacper mógłby chodzić w takie miejsca. On osobiście nigdy nie był… Zerknął niepewnie na chłopaka, który stanął już przy drzwiach i otworzył je przed nim. Chwila zwłoki jednak nie trwałą długo i po chwili wszedł do środka.

– Już zamknięte! – Usłyszał i chwilę później zobaczył wydobywającą się spod blatu dziewczynę w białym sweterku. – Och, to ty, Kacper. Myślałam, że dzisiaj już nie przyjdziesz – dodała, prostując się i uśmiechając szeroko. – Przyprowadziłeś kogoś do pomocy? – zapytała z nadzieją. Marcel podszedł za Kacprem bliżej recepcji.

– Niestety nie tym razem. My dzisiaj przyszliśmy tu tylko na spacer – odpowiedział jakby skruszony, ale dziewczyna tylko wzruszyła ramionami.

– Dobre i tyle! – zapewniła entuzjastycznie i czym szybciej podała Marcelowi dłoń. – Ania jestem – przedstawiła się, odgarniając krótkie blond włosy za ucho.

– Marcel – odpowiedział, jeszcze nie do końca odnajdując się w sytuacji. Dziewczyna wydawała się być ogromnie zadowolona na ich widok.

Poprowadziła ich przez mały korytarzyk na zaplecze. Była dość niska, mogła mieć z metr sześćdziesiąt pięć i miała raczej pokaźne kształty. Marcel uznał, że zdecydowanie dodaje jej to urody niż odejmuje.

– Więc kogo byście chcieli wyprowadzić z tych słodziaków? – zapytała, kiedy wprowadziła ich na dwór z tyłu budynku. Tam Marcelowi ukazały się rzędy klatek, na których widok zakuło go w sercu. Popatrzył na wszystkie te pozamykane psy, które szczekały tak głośno, że kompletnie zagłuszały słowa Ani, a potem przeniósł wzrok na Kacpra. On też na niego patrzył, najpewniej chcąc wywnioskować, czy przypadkiem Rogacki nie ma zamiaru uciec stąd jak najszybciej. Nie miał. Przykucnął zaraz, widząc, że kilka psów chodziło luzem po ogrodzeniu i czekał aż odważą się podejść. Podeszły, tyle że nie do niego, a do Kacpra, który chwilę później nie mógł się od nich odpędzić.

– Czemu te biegają luzem? – zapytał, podchodząc do Wawrzyńskiego i stojącej przy nim Ani. Psy łypnęły na niego nieufnie, ale może to i dobrze, bo chłopak miał chwilę, by się z nimi oswoić i dokładnie je zobaczyć.

Z ras, które znał, był mały, sięgający mu do kolan Spaniel i zdecydowanie mający już swoje lata Golden Retriever, który jako pierwszy do niego podszedł, więc Marcel pochylił się nad nim i dał mu do obwąchania swoją dłoń. Lubił psy zdecydowanie bardziej niż koty, ale ze względu na Zuzię i ich marny stan majątkowy nie mogli sobie na żadnego pozwolić. Przycupnął więc przy tym staruszku i zaczął głaskać go po głowie, a chwilę potem zleciał się do niego cały zwierzyniec. Ogólnie psów było sześć. Poza nimi jeszcze trzy nieznanej mu rasy, najpewniej kundle i niepewny, trzymający się od wszystkich z dala Rottweiler. To właśnie on przykuł najbardziej uwagę Marcela. Był prześliczny, to znaczy… Nie miał oka i wydawał się tak pogrążony w smutku, że chłopak automatycznie i powolutku zaczął do niego podchodzić.

– Nie mamy wystarczającej ilości klatek, a te są wyjątkowo przyjazne – odpowiedziała Ania, przyglądając się powolnej wędrówce Marcela. – Ale nie łudź się, że stary Rozpruwacz da ci się pogłaskać – dodała, podając właśnie Kacprowi kilka smyczy.

– Rozpruwacz? – zapytał, w dalszym ciągu zbliżając się do groźnie łypiącego na niego psa. Ten jednak wystraszył się, kiedy Rogacki podszedł zbyt blisko i uciekł kilka metrów dalej.

Marcel wstał niepocieszony i spojrzał z bólem serca na wszystkie zwierzaki.

– Mnie się nie pytaj, to Kacper go tak nazwał. – Dziewczyna wzruszyła ramionami, wskazując oskarżycielsko na winowajcę.

– Lepszego imienia nie miałeś? – rzucił kpiąco, powodując tym samym lekki uśmiech na twarzy Wawrzyńskiego.

– Pasuje do niego – oznajmił, po czym podszedł do pasa i potargał go za szyję. – Nie, mordo? – Rozpruwacz zaszczekał głośno, merdając wesoło ogonem. W końcu też pokazał swoje zębiska, po których widoku Marcel mógł przyznać, że takie imię miało nawet sens…

– Ale nie jest groźny…? – Wolał dopytać, obawiając się, że ręka Kacpra, która tak sprawnie drażniła psa, zaraz zostanie odgryziona i zeżarta.

– Muchy by nie skrzywdził – odpowiedziała Ania, drapiąc się w zamyśleniu po policzku. – Dacie radę zabrać cztery? Ja bym wzięła pozostałe dwa, jak już skończę robotę. Nie wychodziły już ze cztery dni… – zrobiła błagalną minę.

– Jasne. Możesz wracać, zajmę się wszystkim.

– Jesteś nieoceniony, wiesz o tym? Kupię ci chyba nawet jakieś czekoladki w tę sobotę. – Pokazała Kacprowi język, podchodząc do drzwi.

– Naprawdę nie masz mi czego kupować? – rzucił ironicznie, pochylając się właśnie nad jednym z kundelków, by założyć mu smycz.

– To najlepszy prezent, bo później mogłabym zjeść go sama! – odparła ze śmiechem. Wawrzyński pokręcił z politowaniem głową.

– Świetny plan – przyznał jej rację, podczas gdy Marcel przyglądał się im uważnie. Jakoś tak… nie pasowali do siebie kompletnie. Dziewczyna ledwo wyrastała zza łokcia Wawrzyńskiego, co rzucało się na pierwszy rzut oka. Kacper był strasznie wysportowany, miał te swoje mięśnie i nienaganną sylwetkę, natomiast Ania, okrąglutka jak pączuszek, niska i z tymi króciusieńkimi włosami, sprawiała wrażenie jakby chłopak mógłby ją zgnieść butem.

– Wiec którego chcesz? – zapytał Kacper, kiedy dziewczyna zniknęła już za drzwiami. Marcel, wyrwany z zamyślenia, rozejrzał się po wszystkich tych poczciwych mordkach, ale coś zdecydowanie pchało go w stronę siedzącego z tyłu Rozpruwacza. Wskazał więc na niego głową, na co Kacper uniósł wysoko brwi.

– Odważny wybór. Ostrzegam jednak, bo mimo że Rozpruwacz jest wyjątkowo niegroźny, ma sporo energii jak na takiego kloca.

– To nic – odparł, uśmiechając się delikatnie. Sam już nie wiedział czego był to wynik. Tego wina? Nadal szumiało mu w głowie, to racja, ale zdecydowanie nie był pijany, ba! Nawet podpity nie był. Po prostu miał dobry humor. I, cholera, schronisko dla zwierząt? Czym jeszcze Wawrzyński go zaskoczy?

– Sam tego chciałeś. – Podał Marcelowi smycz z przypiętym do niej Rozpruwaczem. Pies łypnął na niego nieprzychylnie, na co Rogacki uśmiechnął się do niego, właściwie nie wiedząc czego mógł się po tym spodziewać. Pies raczej uśmiechem mu nie odpowie.

– Idziemy? – zapytał, kiedy Kacper uporał się już z resztą psiaków. Sam trzymał trzy, więc coś Marcelowi się tutaj nie kalkulowało. – Mogę wziąć jeszcze jednego – zaproponował, jednak jego entuzjazm szybko opadł, słysząc wypowiedziane przez Kacpra słowa.

– Ty lepiej tego tutaj trzymaj. I nie wypuść, nie chcielibyśmy potem za nim latać. – Marcel spojrzał niepewnie na tego smutnego Rozpruwacza, zastanawiając się, czy faktycznie zwierzak mógłby wykrzesać z siebie tyle energii, jak ostrzegał go Kacper.

Cóż.

Mógł.

Pół godziny później Marcel, zgrzany jak po dobrym maratonie, dalej biegał za psem, który ciągnął go na wszystkie strony świata. Szczekał radośnie i hasał po deptaku, na który zaprowadził ich Kacper. Sam Wawrzyński nie miał najmniejszego problemu z reszta psów, szły one spokojnie i nie darły ryja, tak jak ten szaleniec. Nawet jego oko, wcześniej smutne i wyblakłe, teraz lśniło z emocji, co naprawdę było miłym widokiem, ale ile można!

Dobrze się złożyło, że Rozpruwacz akurat się zatrzymał i z wielkim zawzięciem zaczął obwąchiwać niski słupek. Marcel miał chwilę wytchnienia, dlatego też oparł ciężko ręce o kolana i łapał powietrze do płuc, nie mogąc się nadziwić, ile ten pies miał siły.

Pies! Ha, dobre sobie! Chyba zło wcielone.

I naprawdę Marcel nie żartował. Dosłownie w chwili, kiedy w końcu jako tako udało mu się złapać oddech, Rozpruwacz ruszył biegiem w tylko sobie znanym kierunku i niemalże wyrwał bark z Marcelowego ramienia. Chłopak sapnął i, pociągnięty jak szmaciana lalka, podążył za nim, rzucając pod nosem ciche przekleństwa.

Słyszał za sobą śmiech Kacpra i nawet chciał się odwrócić, żeby pokazać mu środkowy palec, ale nawet na to nie mógł sobie pozwolić. Drugą ręką złapał za smycz i niemalże wbił stopy w ziemię.

– Rozpruwacz! Stój do cholery! – krzyknął, kiedy pies dalej go ciągnął.

– Ostrzegałem cię! – usłyszał za sobą głos Kacpra, który musiał bardzo dobrze się bawić.

– Zrób coś! – zawołał do niego, nie mając już absolutnie siły do tego zwierzęcia.

Kacper, a i owszem, zrobił coś. Zawołał do siebie narwanego psa i ten po prostu zmienił kierunek swojego biegu. Marcel poleciał za nim jak głupi i biegł tak do czasu aż Rottweiler nie stanął niczym wryty przed stopami Wawrzyńskiego. Stał tak i stał, i zapewne mógłby stać do usranej śmierci, co tylko jeszcze bardziej wkurzyło Marcela.

Rogacki nawet nie chciał się sprzeczać o to, że Kacper mógł zawołać go wcześniej, bo w końcu miał czas, żeby na spokojnie odpocząć. Przymknął oczy. Powoli zrobił kilka wdechów i wreszcie spojrzał na chłopaka. Czuł, że jest niemal cały oblany potem, a skórę musiał mieć w kolorze soczystej czerwieni, ale teraz nawet to mu nie przeszkadzało. No i miał nadzieję, że w świetle latarni nie było tego widać aż tak bardzo.

– To diabeł nie pies – wysapał pomiędzy oddechami, zerkając z pretensją na szczęśliwego Rozpruwacza.

– Muszę przyznać, że jest w tym trochę prawdy – zgodził się Kacper, po czym delikatnie wyswobodził smycz z dłoni Marcela. Dłoni, która od trzymania cienkiego materiału poczerwieniała i bolała, ale słowem o tym nie wspomniał. – Usiądziemy? – Wskazał głową na pobliską ławkę. Marcel przytaknął.

O dziwo Rozpruwacz szedł spokojnie u nogi Wawrzyńskiego, przez co Marcel łypał na niego złowrogim spojrzeniem. Teraz to grzeczny, co?

Kacper bez problemu uwiązał psy pomiędzy metalowymi szczebelkami, a te spokojnie położyły się i leżały, nawet ten głupi Rozpruwacz. Pewnie nabierał sił na powrót, pomyślał niepocieszony Rogacki i usiadł w końcu. Oparł się plecami o oparcie i zapatrzył się na otaczający ich pusty teren. Oprócz zieleni i pojedynczych drzew niczego przed nimi nie było. Tylko cisza i szum wiatru.

– Nie wracaliśmy tędy, jak jechaliśmy rowerami? – zapytał w pewnym momencie.

– Wracaliśmy – Kacper przyznał mu rację. Był spokojny i cichy, tak samo jak otoczenie. Jedyne co zakłócało ten spokój, to głośne sapanie Marcela. – Jak twoje ręce? – zapytał zaraz widząc, że Rogacki je kuli.

– Aaa, wszystko z nimi w porządku. Pewnie będzie trzeba tylko amputować – bąknął, na co Wawrzyński parsknął śmiechem i wyciągnął ręce w jego stronę.

– Pokaż.

Marcel z niechęcią odwrócił się bardziej w jego stronę. W milczeniu patrzył, jak Wawrzyński sięga po jego prawą dłoń i rozprostowuje jej palce. Skóra faktycznie była zaczerwieniona, ale nie było obtarć; żadna krew się nie lała, palce nie odpadły, siniaki nie zdobiły nadgarstków, więc chyba było w porządku. Nie zmieniało to jednak faktu, że dłonie piekły i szczypały, co było nieprzyjemnym doznaniem.

Przyjemniejsze i znacznie bardziej przerażające były za to ruchy Kacprowych palców, które niespiesznie rozmasowywały obolałą kończynę.

Marcel przymknął oczy i odetchnął głośno, przypominając sobie praktycznie identyczną sytuację sprzed miesiąca, kiedy to wnosili razem meble do domu Marcina. Wtedy Kacper postąpił z nim tak samo i Marcel pamiętał jaki był zaskoczony delikatnością chłopaka. Teraz nie był aż tak zaskoczony, bardziej zawstydzony i zdezorientowany, że w ogóle na to pozwalał, ale ten dotyk naprawdę przyniósł mu ulgę.

Kacper gładził jego dłoń. Masował kostki. Było to tak przyjemne, że mogłoby się właściwie nie kończyć. Na szczęście, kiedy Wawrzyński zajął się już prawą dłonią, przerzucił się na lewą, mimo że ta nie była aż tak poszkodowana.

Siedzieli więc tak w milczeniu, otoczeni zieloną przestrzenią, z psami leżącymi u ich stóp, a Marcel oddychał coraz spokojniej. Znowu poczuł się zrelaksowany.

– Lubisz moje dłonie, co? – wypalił, uchylając jedno oko. Kacper najwyraźniej spłoszony tymi słowami puścił Rogackiego, co wcale nie było w Marcelowych planach, ale skoro już się tak stało, zacisnął i rozluźnił kilka razy ręce, by pozbyć się dziwnego uczucia.

– Wszystko w tobie lubię – odpowiedział z niemniejszym spokojem, nie będąc ani trochę zawstydzonym. Marcel – przeciwnie. Poczuł, jak zaczyna robić mu się gorąco na twarzy.

– Mhm – mruknął zażenowany. Nie wiedział, gdzie podziać wzrok.

– Zwłaszcza wyjątkowo lubię cię po winie – dodał, uśmiechając się od ucha do ucha, przez co został obdarzony przeciągłym, niechętnym spojrzeniem.

– Ja tam ciebie nie lubię w ogóle. – Kacper wywrócił oczami. – Będziemy wracać? – zapytał po chwili, starając się jakoś pobudzić się do działania. Alkohol chyba faktycznie już z niego schodził, a jeszcze ten pies… Kompletnie go to wszystko wyprało z energii.

– Mhm. Możemy iść.

Obaj powoli zwlekli się z ławki. Tym razem Marcel do rąk dostał dwa urocze kundelki, które były wybawieniem. Kacper męczył się z Rozpruwaczem i ze Spanielem. Rottweiler nadal miał w sobie mnóstwo energii, ale Kacper nie dał sobą tak pomiatać, jak uczynił to Marcel.

– Tak w ogóle, co ty robisz w tym schronisku? – zapytał, kiedy odprowadzili już psy, a ucieszona Ania pożegnała się z nimi wylewnie.

– Pomagam. Najczęściej je wyprowadzam, ale czasami też przychodzę, jak Anka nie daje sobie z czymś rady.

– I dlaczego tak?

– Bo czułem, że jest mi to potrzebne. – Marcel zmarszczył w zamyśleniu brwi.

– Co masz na myśli?

– Mam na myśli to, że po tym jakim chujem byłem, nie mogłem sobie z tym poradzić. Zacząłem więc chwytać się różnych rzeczy, ale schronisko… To naprawdę mnie uspokoiło. Lubię myśl, że mogę pomóc chociaż tym przybłędom i że im nie przeszkadzam.

Marcel zamyślił się. Szedł w milczeniu i zastanawiał się nad tym, co powiedział mu chłopak. Wydawało mu się to przytłaczające. Po raz pierwszy postawił się w sytuacji Kacpra. Jego rodzice ponoć byli strasznie konserwatywni, Wawrzyński więc naprawdę mógł mieć duży problem z zaakceptowaniem tego, kim był. A kiedy zrozumiał, że nie ma w tym niczego złego, przeraził się jak traktował jego – osobę, która nie miała z tym nic wspólnego. Zmienił szkołę, chcąc jakoś się odciąć. Najpewniej nie było to łatwe. Zresztą sam mu powiedział, że męczyło go to jeszcze długie lata. Mimo wszystko taka postawa Kacpra mu zaimponowała. To, że starał się pomagać innym, zwłaszcza tym, którzy sami sobie pomóc nie mogli było warte naśladowania. Równie dobrze mógłby nie robić nic, ba! Mógłby dalej dręczyć biednych chłopaków i wyżywać się za swoje niepowodzenia, a zrobił zupełnie co innego.

– To dobre podejście – przytaknął z wolna Marcel, kiedy znaleźli się pod jego klatką. W głowie pojawiła mu się myśl, że Kacper był naprawdę intrygującą osobą. – A tak w ogóle! – dodał z nową werwą, chcąc odgonić wcześniejsze rozważania. – Wiesz, że Stefaniak zrobiła kartkówkę z tych zadań? Dostałem piątkę – oznajmił z zadowoleniem.

– Nie miałeś prawa dostać niczego innego – odpowiedział, uśmiechając się półgębkiem. – Chociaż u starej, poczciwej sorki Stefaniak jest to spore osiągnięcie.

– Też z nią miałeś matmę?

– Też. Nie wspominam tego dobrze – oznajmił, najwyraźniej przypominając sobie lekcje matematyki w pierwszej liceum. – Więc, jeżeli będziesz chciał zdać maturę na jakimś przyzwoitym poziomie, to polecam siebie – dodał zaraz, a Rogacki zaśmiał się krótko.

– Chciałbyś – mruknął, odchodząc tyłem pod drzwi klatki.

– Oczywiście, że bym chciał.

– I z taką formą płatności musiałbym ciebie znosić przez kolejne miesiące? Nie, dziękuję! – Zaśmiał się radośnie, ciesząc się, że utrze temu przeklętemu Wawrzyńskiemu nosa.

– Jeszcze zobaczymy!

– Marzysz! – rzucił na odchodnym i wślizgnął się do klatki, zostawiając Kacpra samemu sobie.

Dopiero kiedy wszedł na trzecie piętro i otworzył drzwi, zdał sobie sprawę, że uśmiechał się szeroko.

Dwie godziny później nie zostało zbyt dużo z uśmiechu i dobrze, bo Marcel wcale nie chciał się uśmiechać. Myślał długo i z każdym takim mijającym kwadransem minę miał coraz bardziej posępną. Patrzył na wiadomości od Kuby, starając wykrzesać z siebie tyle entuzjazmu, ile miał chłopak, ale nie bardzo potrafił, więc odpisywał oschle. Wykręcił się też od następnego spotkania, którym chłopak go męczył i męczył, ale w końcu zgodził się z nim spotkać po weekendzie. Jednak to nie Kuba był przyczyną wszystkich tych grobowych myśli, a Kacper. Bo jeżeli do tej pory Marcelowi ignorowanie tego wszystkiego szło świetnie, tak po wcześniejszym spotkaniu nie mógł przestać rozmyślać, że to co mieli dzisiaj było czymś na kształt randki. Nie chciał tego tak nazywać i odrzucał od siebie tę myśl jak najdalej, ale ona ciągle wracała.

A najgorsze było to, że Kacper naprawdę był w porządku i, cholera, Marcel czuł się z nim, przynajmniej odkąd ten zajął się pijanym Bartkiem, naprawdę swobodnie – może nawet dobrze, jakby coś znaczył. Bo widać to było jak na dłoni, że naprawdę coś znaczył.

To było przytłaczające uczucie, którego wcale nie chciał. Nawet nie wiedział, jak je nazwać! Kacper po prostu wydawał się być nim zauroczony. Ale Kuba przecież też. Więcej nawet, Kuba nigdy nie był jego naczelnym wrogiem numer jeden, nie zamienił jego życia w istny koszmar i najpewniej nie czekał tylko, aż Marcel zrobi jakiś błąd, by rozegrać wszystko na swoją korzyść. A mimo tego, to o Kacprze nie mógł przestać myśleć i to przy nim zachowywał się naturalnie.

Kurwa. Siedzieli dzisiaj przecież tak blisko siebie, a on co? Jeszcze pozwalał mu się dotykać!

Zarumienił się i spojrzał w sufit. Dziwnie się czuł po tym spotkaniu, tak lekko i…

Cholera. Łypnął złowrogo na niczemu winną ścianę i wstał z łóżka. I tak nie mógł zasnąć i tak, więc nie było sensu się męczyć. Było już przed dwunastą, a on miał jutro na ósmą, więc przydałoby mu się już spać, ale… Wawrzyński!

Do tego jeszcze dojdzie, że znowu nie będzie mógł przez niego sypiać w nocy!

Zrezygnowany przesunął dłonią po policzku i wyszedł z pokoju. Stąpał na paluszkach, żeby przypadkiem nie obudzić ani mamy, ani Zuzy i niczym włamywacz wślizgnął się do kuchni. Wtedy zajrzał do lodówki i, przejeżdżając wzrokiem kilka razy po wszystkich półkach, doszedł do wniosku, że naprawdę nic w niej nie ma, więc zamknął ją i jeszcze bardziej niemrawo wrócił do siebie. Bez sensu była ta jego tułaczka, całkowicie skazana na niepowodzenie, bo finalnie po kilku minutach znowu znalazł się w łóżku.

Mijały mu tak kolejne chwile, a on przekręcał się z boku na bok. Myślał nawet, czy nie napisać do Bartka, ale nie chciał go przypadkiem obudzić. Jego przyjaciel wciąż był w parszywym stanie, chociaż nie wiedzieć czemu ukrywał to nawet przed nim. Marcel sam już nie wiedział, co byłoby gorsze – jego płacz i wykrzywiona w bólu twarz czy ta rzekoma obojętność i niewzruszenie; nic najpewniej.

Znowu wziął telefon do rąk. Ze zgrozą spojrzał na godzinę, a potem zaczął grać w jakąś głupią grę. Nie zajęło go to jednak na długo i już po kilku minutach wyłączył aplikację. Zapatrzył się w ekran. Korciło go jak cholera, żeby napisać do tego dupka, żeby i on nie mógł spać. Jakaś w końcu sprawiedliwość powinna być wymierzona!

Wiedział też, że jak napisze to będzie koniec, już nie będzie mógł dłużej udawać obrażonego i złego. Tylko że on wcale nie był obrażony ani zły. Zwłaszcza po tym, jak dzisiaj wyrzucił Kacprowi wszystko w twarz, a potem było mu tylko gorzej, niż gdyby zachował to dla siebie. Wawrzyńskiemu też było gorzej, widać to było jak na dłoni.

„Śpisz?”, odważył się w końcu napisać. Było prawie wpół do pierwszej. Najpewniej Kacper spał i nawet nie odpisze mu na SMS-a, ale trudno. On naprawdę nie miał co ze sobą zrobić.

„Nie”, nadeszła odpowiedź. Marcel zmarszczył brwi i podniósł się wyżej na poduszkach. Miał dupka obudzić, a ten co? Nie spał!

„Dlaczego?”

„Nie mogę zasnąć.”

„Dlaczego”, ponowił pytanie.

„To jakieś przesłuchanie?”, odpisał Kacper, a Marcel uśmiechnął się półgębkiem. „Jesteś pijany?”, przyszło zaraz. Uśmiech Marcela przybladł.

„Oczywiście, że nie”, napisał oburzony takim tokiem myślenia. Chociaż jakby się zastanowić mogło być to prawdopodobne. I miałby chociaż wytłumaczenie dlaczego pisze do Kacpra o tej porze jak głupek.

„Chory?”

„Nie.”

 Ułożył się wygodniej na poduszkach. Zapatrzył się na moment w okno na kołyszące się na wietrze konary drzew, rzucające różnorakie cienie. Było tak spokojnie i cicho…

Ta, cicho. Przynajmniej dopóki jego telefon nie rozdzwonił się na cały regulator, rozdzierając na strzępy panujący do tej pory ład. Na dodatek przyprawił go też o mini zawał. Kompletnie się tego nie spodziewał!

Odruchowo odebrał telefon, żeby w końcu odgonić ten cholerny dzwonek i przystawił go do ucha.

– Oszalałeś?! – sapnął z pretensją. – Co ty w ogóle robisz? – dodał niepocieszony, czując, jak jego rozluźnione do tej pory ciało napina się, a jakiekolwiek zalążki snu odchodzą w niepamięć.

– Sprawdzam, czy faktycznie nie jesteś pijany. – Niski, lekko ochrypły głos Kacpra z powrotem wpasował się do panującego wokół spokoju. Szkoda tylko, że słowa nie pasowały, czego Marcel nie omieszkał skomentować cichym prychnięciem. – Ale to chyba zła odpowiedź – mruknął, kiedy Marcel uparcie milczał. – Więc, kurde, sorry. Spałem i musiałem mieć odblokowany telefon i jakoś tak samo się zadzwoniło – mówił z wyraźną uciechą, chociaż starał się utrzymać poważny ton głosu. Marcel czuł, jak policzki zaczynają mu płonąć. Cholerny dupek…! Okropny, beznadziejny pacan! Żeby tak wywlekać jego własne słowa skierowane kiedyś do Marcina? I czy on wtedy również brzmiał tak beznadziejnie jak teraz Kacper…? Nie mówiąc już o tym, że chłopak robił sobie jaja w najlepsze i co gorsze, mogło to być w jakimś stopniu zabawne.

– Już nie wiem, która gorsza – mruknął, ale uśmiechnął się przy tym półgębkiem. Z powrotem zjechał na poduszki i odetchnął głęboko. Czuł się zamroczony późną godziną. – Chociaż przez to wyszło jakim kłamcą jesteś.

– Gorszym od ciebie? – zaśmiał się cicho Kacper i najpewniej zrobił te swoja głupią, zadowoloną minę.

– Ja nie kłamię – skłamał gładko, chcąc jakoś ratować twarz. – A już na pewno nie w tamtej sytuacji – dodał bezczelnie, nie chcąc się do niczego przyznawać.

– No pewnie – rzucił kpiąco Wawrzyński. Po jego głosie Marcel od razu poznał, że chłopak mu nie uwierzył. Burak. – Ale najwyraźniej faktycznie nie jesteś pijany. – Z Marcela zeszło całe powietrze. No i weź tu coś mów na poważnie, jak i tak nikt nie dowierza!

– Widzisz. Jednak jestem prawdomówny.

– Widzę – padło spokojnie. Przez chwilę w słuchawce słychać było tylko cichy oddech, który wygrywał Marcelowi najspokojniejszą kołysankę jaką w życiu słyszał. – Więc dlaczego napisałeś? – Niewiele głośniejszy głos doszedł do jego ucha.

– Chciałem cię obudzić – odpowiedział prosto z mostu. Nie chciał wymyślać kolejnych głupich wymówek, jak wtedy do Marcina, skoro i tak Kacper wcale nie dawał się na nie nabrać.

– Obudzić mnie? Dlaczego?

– No jak to dlaczego? W ramach zemsty? Żeby cię dręczyć? – mówił poważnie, ale nie mógł wykrzesać z siebie za dużo energii, by zabrzmiało to jakoś lepiej. Śpiący był. – Ale nawet to mi nie wyszło – bąknął niepocieszony, czując, że na usta wpływa mu leniwy uśmiech. – Bo oczywiście musiałeś wszystko zepsuć i nie spać. Jesteś beznadziejny. – Sądząc po cichym parsknięciu, chłopak nie przejął się tą krytyką za bardzo.

– Twoja siostra miała rację. Śmieszny jesteś.

– Zabawny – poprawił Wawrzyńskiego.

– Śmieszny. – Usłyszał rozbawiony ton i chciał jakoś to skomentować, sprzeczać się, ale nie był w stanie wykrzesać z siebie ani trochę energii. Kacper – przeciwnie. Wydawał się jakoś dziwnie rozbudzony, rozbawiony i zadowolony.

– Są dwie strony barykady. Moja albo Zuzy. Musisz się zastanowić, po której stronie stoisz. Wybór jest ostateczny – mówił cichutko, plotąc głupoty.

– I jak myślisz, po której?

– Zuzy, oczywiście – rzucił śpiąco. – Zawsze wszyscy przechodzą na jej ciemną stronę mocy…

– Nie dziwię się. Ty jesteś jakiś pechowy – odpowiedział, na co Marcel wykrzesał z siebie na tyle energii, żeby znowu prychnąć.

– Śmieszny i pechowy. Śmiało, jakie jeszcze przymiotniki mnie opisują? – rzucił gorzko, spodziewając się mnóstwa innych przytyków, które z łatwością oddałyby jego parszywy charakter. Spodziewał się pięknej wiązanki, ale żadna nie nadeszła. Kacper milczał w słuchawce i Rogacki przez chwilę nawet pomyślał, że może zasnął, ale wydawało mu się to jakieś takie mało realne, bo chłopak wcale nie wydawał się śpiący.

 – Nie byłoby takiego, którego bym nie lubił – odpowiedział w końcu, na co Marcelowe policzki pokryły się rumieńcem, a ciało wtopiło głębiej w materac. Słyszał to już dzisiaj, prawda?

– Ja tam ich nie lubię w ogóle – rzucił tymi samymi słowami, jakimi wcześniej obdarzył Kacpra.

– To źle – usłyszał miękki, spokojny szept. – Taka mieszanka cech zasługuje na należyte szanowanie.

– Nie wiem, czy ktoś inny by się z tobą zgodził.

– Nikt inny nie musiałby się z tym zgadzać. Ważne, żebyś ty to robił.

 Marcel poczuł się naprawdę dobrze. Jak roztopione masełko, które rozpłynęło się od nadmiaru miłych słów.

– Może – szepnął, czując na swoich ustach szeroki, leniwy uśmiech.

– Wiesz, że zaraz będzie w pół do drugiej? – Kacper przerwał ciszę, a Marcel zagryzł wargę, nawet nie chcąc myśleć o tym, ile godzin snu mu zostało. – Dlaczego w ogóle nie spałeś? – zapytał.

Marcel odpowiedział sobie w głowie, że to przez niego i jego cholerne słowa, od których topił się jak cholerne masło.

– Po prostu – szepnął, nawet nie uchylając oczu. Poczuł na swoim ciele przyjemny wietrzyk, który wdarł się do pokoju przez uszczelnione okno. – A ty? Dlaczego nie mogłeś zasnąć?

– Takie już moje dziwactwo, że nie sypiam zbyt dobrze. Więc jeżeli zamierzasz mnie dręczyć w ten sposób, musisz dzwonić zdecydowanie później – dodał zadowolonym głosem.

– Nie ma mowy. To pierwszy i ostatni raz. Wystarczy mi w życiu porażek.

– Wymyślisz jakiś inny sposób…?

– Jak na rozmawianie o dręczeniu wydajesz się być bardziej niż zainteresowany – sapnął, przekręcając się na bok. Telefon zsunął mu się odrobinę z poduszki, więc nie słyszał Kacpra już tak dobrze, ale ręce miał zbyt ciężkie, żeby to naprawić.

– Dziwi cię to jeszcze?

– W ogóle mnie to nie dziwi. Pewnie dlatego, że „dręczenie byłoby tylko przy okazji” – sarknął, i uśmiechnąłby się najpewniej kpiąco, gdyby miał na to siłę.

– Musisz być już bardzo śpiący, co? – Marcel przytaknął głową. Przynajmniej… Chciał przytaknąć. – W takim razie rozłączę się, bo chyba już śpisz…

– Nie – wyszeptał ledwo zrozumiale. – Jak się rozłączysz to znowu nie będzie chciało mi się spać. Masz przyjemny głos, wiesz? – wymruczał, gubiąc gdzieś po drodze poszczególne sylaby, które pozlewały się ze sobą, jak to w przypadku człowieka całkowicie rozespanego.

– To… – Kacper odezwał się dopiero po chwili, jak gdyby na przekór Marcelowym słowom. – Opowiem ci coś. Na dobranoc.

Kacper nie musiał opowiadać długo, bo kilka minut później Marcel już spał. 

Aktualizacja: 24.09.2020 | 08.02.2021