piątek, 14 września 2018

Rozdział 22

To była długa noc, nieprzespana. Bartek rzygał jak kot, a kiedy to robił, zwijał się z bólu. Marcel jakoś próbował ulżyć mu w cierpieniu, ale nie na wiele mógł się przydać. Kiedy nadchodziła chwila spokoju i na powrót lądowali w łóżku, Bartek odpływał na jakiś czas i spał niespokojnym snem. Marcelowi również zdarzyło się kilka razy przysnąć, jednak budził go każdy szmer i ruch. Był niespokojny i w pełnej gotowości na wypadek, gdyby coś miało się zaraz wydarzyć. Na szczęście później już nic się nie działo, słońce wzeszło, a koszmar nocy został za nimi, odznaczając się na ich twarzach fioletowymi sińcami i bladymi polikami. 

Rano Bartek jako tako dowlókł się do łazienki, skąd Marcel słyszał szum wody. Chwilę trwał w zawieszeniu, ale zaraz samemu poszedł przygotować śniadanie. Nie wiedział, czy przyjaciel będzie w ogóle w stanie cokolwiek przełknąć, jemu pewnie też nie będzie łatwo, ale powinni nabrać trochę sił i zjeść cokolwiek, zwłaszcza Bartek. Zrobił  im więc kanapki i gorącą herbatę, po czym zaniósł wszystko do pokoju. Sójka jednak nie wychodził z łazienki, a woda lała się i lała, i lała, aż Marcel zaczął się martwić. Nie powinienem go tak zostawiać samemu sobie, myślał, stojąc pod drzwiami łazienki. Zapukał z niepokojem i nasłuchiwał. Na szczęście, kurek zaraz został zakręcony, co wskazywało na to, że Bartek jest przytomny i żyje. 

– Wszystko okej? – zapytał mimo tego, bo bał się, autentycznie się bał, że Bartek mógłby chcieć zrobić sobie krzywdę. 

– Już wychodzę – doszedł do niego słaby, wymęczony głos. Odetchnął z ulgą. 

– Przyniosę ci jakieś ubrania na zmianę – oświadczył i cofnął się do pokoju. Pół godziny później obaj siedzieli już u niego przy biurku, jedząc przygotowane wcześniej śniadanie. To znaczy, Marcel je jadł, bo Bartek odmówił jakiejkolwiek współpracy i nawet nie chciał na nie patrzeć. 

– Tak bardzo mi głupio… – zaczął, patrząc przekrwionymi oczami na swoje chude palce. – Nie powinieneś tego widzieć – mruknął i jakby zły na siebie odchylił głowę. – To… Ja nie wiem, co się działo. 

– Przestań. Tyle razy ratowałeś mi dupę, że w końcu nadeszła moja kolej, by zająć się twoją.

– No tak, tylko nie mam dziewczyny, a ty już zainteresowany moją dupą – mruknął w swoim stylu, ale jednak całkowicie bez życia. Wlepił spojrzenie w twarz przyjaciela, a z każdą chwilą jego oczy robiły się coraz bardziej wilgotne, usta zaczęły drżeć, dłonie zacisnęły się w pięści. – Naprawdę już jej nie mam…? – zapytał drżąco, zerkając ze smutkiem na swój rozbity telefon. – Dzwoniła wczoraj? – zapytał, marszcząc w zamyśleniu czoło. 

– Dzwoniła. 

– Nic praktycznie nie pamiętam… Ciekawe co jeszcze chciała mi powiedzieć – szepnął gorzko. Marcel skurczył się w sobie. Naprawdę nie wiedział, jak powinien się zachować. – Ale wiesz co? Nie chcę o tym myśleć. – Zamrugał kilka razy, by pozbyć się łez. Zdobył się na blady uśmiech, a maska ta wydawała się teraz Marcelowi tak sztuczna i nie na miejscu, że aż zrobiło mu się niedobrze. Ale może właśnie to będzie sposób Bartka, żeby się pozbierać? Udawanie? 

– Możemy robić cokolwiek – odarł od razu, na co Bartek spojrzał na niego serdecznie, jakby z wdzięcznością. 

– Nie chcę nic robić. 

– Może chociaż coś zjedz – zasugerował ponownie. 

– Nie chcę jeść – odparł Bartek tak samo jak za pierwszym i za drugim razem, kiedy Marcel go o to pytał. – Powiedz mi lepiej, jak tam ty i ten… – Bartek zamyślił się na chwilę – Kuba? Pisaliście?

– Pisaliśmy – odparł z wolna. – Obiecałem mu, że odezwę się wieczorem, ale kompletnie nie miałem na to ochoty. 

– No zajebiście, nie dość, że przeze mnie spędziłeś najgorszą noc w swoim życiu, to jeszcze zaprzepaszczasz sobie szansę na poznanie kogoś. Brawo, Bartek! – sarknął ironicznie, chyba tylko po to, żeby dobić się jeszcze bardziej. A to przecież nie tak, że cała ta sytuacja była dla Marcela aż takim wielkim problemem.  

– Miałem dużo gorszych nocy w swoim życiu – sprostował od razu. Nie chciał wprawiać przyjaciela w jeszcze gorszy nastrój. – A ten Kuba, to wiesz… Nawet go nie znam. Zresztą, nie zależy mi jakoś bardzo, więc… 

– I nie jesteś ciekawy? – zapytał Sójka, a Marcel chciał odpowiedzieć, że nie, absolutnie nie był ciekawy, byle tylko nie pogorszyć stanu przyjaciela, tylko że… Był ciekawy. I chyba to było po nim widać. – No zobacz ten telefon teraz, nie zginę od tego – zironizował, a Marcel po chwili wahania wziął telefon do ręki. Kuba faktycznie do niego jeszcze pisał, na co pewnie zareagowałby z większym entuzjazmem, ale ta noc wyprała go ze wszystkich pozytywnych emocji i jakiejkolwiek energii. Mimo to odczytał wiadomość.  

– Chyba się obraził – zrelacjonował. – Napisał, że nie wybaczy mi tego zniknięcia, chyba że się z nim spotkam. – Bartek kiwnął w zamyśleniu głową. 

– No, to spotkaj się z nim – powiedział, a Marcel spojrzał na niego głupio.  Gdyby tylko Bartek nie był w takim stanie, to zjebał by go od razu za takie pomysły. – I nie patrz tak, życie ci ucieknie, jak nie będziesz korzystał z okazji. 

– No nie wiem, raczej zostanę z tobą… 

– Ja i tak będę się zbierał do domu.

– Ale…

– Nie ma “ale”. Rodzice pewnie odchodzą od zmysłów. A ja muszę ogarnąć dupę, tak? Dwie noce płaczów i żalów mi wystarczą – mruknął posępnie, po czym wyciągnął dłoń w stronę Marcela. Ten popatrzył na nią głupio, wahając się jak cholera, ale w końcu podał mu telefon. Z rosnącym przerażeniem obserwował, jak Bartek stuka coś z namysłem, ale postanowił nie ingerować po to, by chłopak się czymś zajął i dlatego że naprawdę zbyt wiele w życiu mu uciekało… 

– Co tam piszesz…? 

– Masz, przeczytaj. I nie dziękuj. – Oddał Marcelowi telefon, a ten szybko przeczytał wysłaną wiadomość. 

– Serio, Bartek? 

– Trochę wdzięczności, dzięki mnie masz dzisiaj randkę. Nie spierdol tego – dodał, a Marcel obrzucił go zirytowanym spojrzeniem. To znaczy, tylko na pozór było zirytowane… Bo chyba byłby mu w stanie wybaczyć każdą głupotę, kiedy wyglądał tak blado i smutno, że aż się chciało odwrócić wzrok. Szybko jednak przestał udawać to zirytowanie, kiedy Bartek wstał i zaczął się zbierać, chowając resztki telefonu do kieszeni, a potem skierował się do przedpokoju.

– Ale na pewno chcesz wracać? Bo jak nie, to naprawdę możesz zostać… To nie jest żaden problem – powiedział, patrząc, jak Bartek powoli, przytrzymując się ściany, zakłada buty. 

– Nie czuję się za dobrze i tak, naprawdę chcę wrócić do domu. Nie musisz się martwić. – Wyprostował się. – Muszę pobyć trochę sam – dodał, podchodząc do przyjaciela. – I dzięki. Za wszystko. – Uścisnął go, po czym wyszedł z mieszkania.

Marcelowi było nieustannie źle przez kolejne dwie godziny. Nie mógł przestać myśleć o Bartku i ciągle do niego pisał. Na szczęście, dostawał w miarę regularne odpowiedzi, więc był jako tako spokojny. Jego przyjaciel dotarł do domu i było z nim „wszystko w porządku”, a przynajmniej tak mówił. 

Wraz z biegnącym czasem Marcel zaczął odczuwać też coś innego – presję. Miał w końcu dzisiaj randkę! Niby randkę? Spotkanie? Czymkolwiek by to nie było, sprawiło, że jego żołądek zacisnął się w supeł i nic nie dało się z tym zrobić. Chcąc nie chcąc, myślał o Kubie. Zastanawiał się, czy chłopak naprawdę będzie wyglądać tak jak na zdjęciach, a przede wszystkim, czy będzie im się ze sobą rozmawiało tak dobrze na żywo jak przez Internet. 

Bartek w swojej wiadomości był bardzo konkretny. Wyraził zgodę na spotkanie, podał miejsce oraz dokładną godzinę, a Kuba przystał na te warunki bez żadnego “ale”. Wychodziło więc na to, że mieli się spotkać o osiemnastej w małej herbaciarni niedaleko jego domu, którą właściwie lubił. Na dodatek, gdyby spotkanie potoczyło się bardzo źle, nie miał daleko do siebie i w razie czego mógłby szybciutko uciec.

Nie chciał tego przed sobą przyznać, ale trochę się stroił. Już od godziny co chwila podchodził do lustra i krytycznie przyglądał się swojej twarzy. Widać było, że miał za sobą nieprzespaną noc, ale nic na to nie mógł poradzić. Zajął się więc rzeczami, na które jakiś tam wpływ miał: ułożył włosy, które szczęśliwie pokręciły się ładnie i nie wyglądały jak gniazdo, a także ubrał się w swoje najlepsze ciuchy  –  czarne dżinsy i ciemno-zieloną koszulkę z małymi, białymi nadrukami jakichś cukierków. Coś mu tutaj nie pasowało, ale nie za bardzo wiedział co, dlatego też zgonił winę na swoją dzisiejszą twarz, a także wciąż nie najlepszy humor. 

Osiemnasta nadchodziła wielkimi krokami, więc, kiedy było już za dziesięć, wyszedł z domu i niespiesznie powędrował w wybrane miejsce. Z każdym metrem, który zbliżał go do celu, czuł się coraz bardziej poddenerwowany. Zastanawiał się, czy zrobi dobre wrażenie? Czy jego randka nie ucieknie z krzykiem? A także jak w ogóle taka gejowska randka mogłaby wyglądać…?

Ciężkie mu się to wszystko wydawało, nie do uniesienia wręcz, ale uparcie szedł naprzód. Halo, przecież ludzie przeżywali coś takiego praktycznie codziennie! Nowe znajomości, spotkania, związki… To było na porządku dziennym, tylko on robił z igły widły. 

Teraz już nie mam wyboru, pomyślał, kiedy znalazł się przed drzwiami lokalu. Nerwowo wygładził jeszcze dłońmi koszulkę i wszedł do środka. Na szczęście, herbaciarnia była mała i raczej niezbyt popularna, więc zajęte były tylko dwa stoliki i z tego co widział, przy żadnym z nich nie siedział chłopak w jego wieku, więc musiał przyjść pierwszy. Czując jednocześnie ulgę i panikę, podszedł do swojego ulubionego miejsca przy oknie odgrodzonego delikatnie od reszty drewnianym parawanem. Kelnerka podeszła do niego chwile później z kartą, więc zapatrzył się w menu i zamówił dla siebie jakąś owocową herbatę. Potem już tylko czekał, postukując palcami o kant stołu w rytm spokojnej muzyki. Zatracił się trochę w tym siedzeniu i myśleniu, więc kiedy stanął przed nim Kuba, wydawał się być odrobinę zaskoczony.

– Hej! – przywitał się chłopak entuzjastycznie, odsuwając sobie krzesło. – Wybacz za małe spóźnienie – dodał, a Marcel odnotował, że miał lekko nosowy, specyficzny głos. Ale poza tym? Prezentował się naprawdę dobrze. Miał smukłą sylwetkę i był mniej więcej tego samego wzrostu co on. Nie wyglądał na sportowca, ale na totalne chuchro też nie. Do tego miał całkiem sympatyczny uśmiech, chociaż jego wargi były wąskie, a także hipnotyzujące, ciemne oczy. No i miał mały pieprzyk tuż nad prawym kącikiem ust, czego Marcel nie odnotował wcześniej na zdjęciach. Ten pieprzyk go kupił, naprawdę. Rogacki lubił wszelakie znamiona, pieprzyki, piegi… Nawet blizny, które dodawały osobie indywidualności i charakteru.  

– Hej, nie przejmuj się, przyszedłem dosłownie chwilę temu – odpowiedział, uśmiechając się trochę nieśmiało, na co Kuba wyszczerzył się bardziej i obdarzył go przeciągłym spojrzeniem. Przyglądał mu się, jakby go oceniał, co budziło w Rogackim swojego rodzaju niepewność, ale dzielnie stawił czoła temu natarczywemu spojrzeniu. W końcu chwilę temu zrobił dokładnie to samo z Kubą, więc chyba byli kwita. No i Marcel wcale nie wypadł tak źle, przynajmniej sądząc po powiększającym się uśmiechu chłopaka. 

– Po prostu nie mogłem się tutaj odnaleźć, nawet nie wiedziałem o tym miejscu – wytłumaczył się, siadając. 

– Podróżujesz i jeździsz stopem, a tutaj nie mogłeś trafić? – zagadnął Marcel, wychwytując idealny temat do zaczęcia rozmowy. Spróbował wymodelować głos tak, by słowa brzmiały jakby wypowiadał je z żartem i niedowierzaniem jednocześnie, co chyba nawet mu wyszło.   

– Prawda? Jak bardzo źle to o mnie świadczy? – odparł w podobnym tonie, najwyraźniej nie mając problemów z rozmową. I dobrze, Marcel miał dość milczących typów… Co za dużo, to niezdrowo i te sprawy. Normalnie aż się szczerze uśmiechnął – a dzisiaj było to naprawdę osiągnięcie –  bo poczuł, że on i Kuba raczej się dogadają. 

– Wiesz…  Ja bym powiedział, że całkiem nie najgorzej – wydał swój wyrok, na co Kuba odetchnął z ulgą. 

– To kamień z serca – zapewnił, przykładając sobie rękę do klatki piersiowej. Kuba miał w sobie coś z komika, przynajmniej tak wydawało się Rogackiemu i był w tym jakiś urok. Co więcej chłopak był tego uroku świadomy, bo spojrzał na niego jakoś tak psotnie i figlarnie, aż Marcelowi automatycznie zrobiło się bardziej gorąco. 

Właśnie siedziała przed nim jego randka – całkiem zabawna, atrakcyjna i, co ważne, rozmowna. Optymizm aż tryskał i to spowodowało, że Marcel czuł się swobodnie w tej spokojnej, klimatycznej herbaciarni, w której czas płynął, dostosowując się do przebiegu spotkania. Teraz właśnie pędził jak oszalały, tak samo Marcelowy puls nie zwalniał tempa. Kurde! Naprawdę się podekscytował tym wyjściem i Kubą. Nie mógł oderwać od niego wzroku, co chwilę łapał spojrzenie ciemnych oczu i uśmiechał się już automatycznie. Poczuł się dobrze. Nie jak pierdoła, która ostatnio znowu przejęła nad nim kontrolę, tylko jak ta lepsza wersja, która rzadko ostatnio wychodziła na światło dzienne. Przecież jeszcze dwa miesiące temu praktycznie się nie rozstawał z tą wersją siebie! Tą jakby pewniejszą, bardziej otwartą i zdecydowanie nie taką nerwową. Spodobało mu się to uczucie oraz to, że coś, nad czym pracował tak długo, znowu wróciło na miejsce. To dawało stabilność. 

A Kuba tę stabilność tylko podtrzymywał i nie dawał Marcelowi żadnych powodów do zmartwień. 

W końcu, kiedy podeszła do nich kelnerka, chłopak zamówił dla siebie, idąc totalnie za radą Marcela, czarną herbatę z karmelizowanymi owocami i syropem truskawkowym, czego Rogacki od razu mu pozazdrościł. Też mógł zaszaleć, a nie oszczędzać jak zawsze… Pieskie życie biedaka. 

– Jakby to nie było dostatecznie słodkie, wezmę jeszcze te ciastka z czekoladą  – powiedział, wskazując kelnerce palcem pozycję w menu. Kobieta zapisała to w notatniku i przytaknęła nieznacznie. 

– A dla ciebie będzie coś więcej? – zwróciła się do Marcela.  

– Nie, dziękuję – odpowiedział, nawet się nie zastanawiając. Jego dziesięć złotych zdecydowanie wolało pozostać w portfelu. Dziewczyna przyjęła to do wiadomości i chwilę potem zostawiła ich samych.

– Poczułem się prawie zagrożony – powiedział Kuba, a Marcel obdarzył go zaciekawionym spojrzeniem. – Widziałeś, jak na ciebie patrzyła? 

– Serio? Nic nie widziałem – zareagował zdziwiony, nie będąc w stanie przypomnieć sobie nawet twarzy owej kelnerki. Nie za bardzo go obchodziła, jeżeli miałby być szczery. Może dlatego, że ostatnio to chłopcy bardzo intensywnie zaprzątali jego głowę. A teraz siedział przed nim taki jeden fajny, całkowicie do wzięcia. 

– Całkiem serio. – Kuba dalej miał w oku ten psotny, podekscytowany błysk. Chyba nie obawiał się konkurencji ze strony kelnerki i dobrze. 

– Spokojnie, nie jest w moim typie. Wolę raczej wyższe i te długie rude włosy… – Skrzywił się przesadnie, na co jego towarzysz uśmiechnął się szeroko. – Nie mówiąc już o tych wymalowanych na czerwono ustach… 

– Pod tym względem muszę się z tobą zgodzić – przyznał, opierając łokieć na stoliku. Podparł swoją twarz na dłonią. Wyglądał teraz, jakby był wpatrzony w niego jak w obrazek, całkiem ładny obrazek, od którego nie mógł oderwać wzroku, przez co policzki Marcela odrobinę się zaróżowiły. W końcu nad czym się tutaj było zachwycać?! Może i jego buźka nie była najgorsza, ale daleko mu było do ideału,  zwłaszcza kiedy pod lupę wzięłoby się jego paskudne wnętrze!

– No właśnie, wolę bardziej… – zaczął ściszając głos, by zainteresować mocniej rozmówcę.

– Płaskie? – odszepnął Kuba, wchodząc mu w słowo. 

– Cóż… – chrząknął, chcąc utrzymać ten konspiracyjny ton, ale mu to niezbyt wyszło. – Tak – skończył więc, wywracając oczami na ten żart.

– W takim razie dobrze się składa, że wpisuję się w te kryteria – powiedział z przejęciem. Przez cały ten czas nie odrywał od Marcela wzroku i nie wydawał się nim znudzony. To było budujące i… zawstydzające. To chyba przez to spojrzenie, które jakby go rozbierało. A może to już tylko wyobrażenie jego chorej głowy? 

Jakkolwiek by nie było, nikłe rumieńce ponownie pojawiły się na Marcelowej twarzy, a serce zabiło mocniej z podekscytowania. 

– Nie będę zaprzeczał – przyznał cicho, nie mogąc się nadziwić, że słowa te przeszły mu przez gardło. Nawet pomimo lekkiego zażenowania było warto, zwłaszcza kiedy siedzący przed nim chłopak rozpromienił się jeszcze bardziej. Cholera, Kuba naprawdę był przystojny. Może nie jakoś zabójczo, ale miał swój urok. I ten cudowny pieprzyk… Malinowe usta, które odznaczały się na tle jasnej cery… 

Trochę popłynął, musiał to przyznać. Na szczęście rozmyślanie nad cudownością ust Kuby przerwała kelnerka, przychodząc z zamówieniem. Marcel zerknął na nią szybko, chcąc sprawdzić, czy chłopak przypadkiem sobie nie żartował, ale faktycznie dziewczyna patrzyła na niego z czymś ciepłym w oczach i z delikatnym, zachęcającym uśmiechem na ustach. Tak jakby wręcz krzyczała: “Zostaw mi swój numer na kubku!”. Ale niestety – albo i stety –  Marcel miał już swoją randkę. Randkę, która pozytywnie go zaskoczyła. Jak mały promyczek słońca w pochmurny dzień albo jak kostka słodkiej czekolady dodana do gorzkiej kawy o poranku. Nie żeby zaraz taką kawę pijał, ale… Może dla takich słodkich momentów powinien zacząć.

– Wiesz, ja nigdy nie miałem jakiegoś swojego określonego typu… – zaczął Kuba, a Marcel z powrotem wrócił na ziemię do tej przytulnej herbaciarni, gdzie roztaczał się zapach suszonych owoców, niemalże jak w święta. Fajnie było poczuć taką namiastkę mroźnej zimy w środku lata, kiedy robiło się cieplej w sercu. – Ale chyba właśnie znalazłem – skończył, przyprawiając Marcela o całkiem wyraźne rumieńce na policzkach. 

– Tak? – zapytał nieśmiało i zatopił swoje spojrzenie w szklance z bursztynową herbatą. 

– Tak – odparł miękko Kuba, sięgając po czekoladowe ciastko i patrząc na niego, jakby to była prawda. – Mam nadzieję, że tego nie spierdolę. – Zaśmiał się trochę nerwowo, a Marcel spojrzał na niego jakoś tak z niedowierzaniem. On by miał coś spierdolić? Dobre sobie! Że w ogóle taki chłopak mógł mieć takie myśli i to jeszcze w stosunku do niego! Chłopak, który, wydawało się, wygrał na loterii z tymi zainteresowaniami i podejściem do życia… To Marcel powinien się martwić, że znudzi go po kilku spotkaniach i faktycznie tak było. Bał się, że jakoś zawiedzie Kubę, kiedy już wypłynie to, jaki jest naprawdę. Nie to, kim był w tym momencie, bo była to tylko sprawnie narzucona maska, której trzymał się pieczołowicie od liceum i która opadła tylko i wyłącznie z winy Kacpra. Teraz Marcel ponownie ją założył, ubrał na siebie niczym najlepsze ubranie maskujące skazy wewnątrz. Mimo tego dobrze się z tym czuł, podejrzewał, że to trochę tak jak z makijażem u kobiet. Kiedy miał ją na sobie, czuł się po prostu lepiej ze sobą i ze światem. 

– No co ty, dobrze ci idzie! – zapewnił, chcąc jakoś odegnać powagę i na powrót zatopić się w morzu beztroskiej rozmowy. – Nie żebym miał jakieś porównanie. – Wyszczerzył się, nawiązując do swoich marnych doświadczeń z facetami, na co Kuba również uśmiechnął się z zadowoleniem i sięgnął w końcu po zamówioną herbatę. 

– Podoba mi się to, że nie masz – oświadczył niższym tonem, a chociaż jego głos nie wydawał się stworzony do takich rozmów, zabrzmiało to dziwnie dobrze w Marcelowych uszach. 

Rogacki ukrył skrępowany uśmiech za kubkiem. Napar w nim był słodko-gorzki, cierpki i zostawał na języku. Później jednak czekoladowe ciastko, którym został poczęstowany, zatarło tę gorycz i chyba to była kwintesencja Kuby. 

Nawet jeśli dzień był pełen goryczy, on sprawił – niczym to ciastko – że na tę chwilę ból minionych godzin został zamaskowany.


Wyszli właśnie z małej herbaciarni i zderzyli się z rzeczywistością; poszarzałym niebem, wiatrem szarpiącym za włosy i ludźmi, którzy przechodzili gdzieniegdzie śpiesznie. Zniknął zapach suszonych owoców i liści herbaty. Zniknęło przytłumione światło, miękkie poduszki i wykończone drewnem ozdoby. Marcel poczuł się odrobinę stłamszony tą nagłą zmianą atmosfery, dlatego też wcisnął dłonie do kieszeni i szedł przed siebie, pozwalając Kubie się odprowadzić. 

– Chyba zacznę bywać tu częściej. – Kuba wznowił rozmowę, wskazując głową na budynek za sobą. Rogacki przytaknął mu leniwie. 

– Zdecydowanie. Niewiele osób tutaj przychodzi, ale to miejsce ma klimat – powiedział z zadowoleniem. Cieszył się, że Kubie się spodobało. –  A to mój blok. – Wskazał palcem na budynek, który już stąd był widoczny. 

– W takim razie na pewno zacznę bywać tu częściej. – Spojrzał na Marcela psotnie. 

– Będziesz czekał pod klatką, aż nie wyjdę z domu? – Zaśmiał się, wciskając głębiej ręce do kieszeni. Powoli zaczynało być chłodno. 

– Jest to jakiś pomysł… – odparł z udawaną powagą, wzruszając niedbale ramionami. – Chyba że zgodzisz się spotkać się ze mną ponownie. 

Marcel przez chwile udawał, że się zastanawia. 

– A jak nie, to zyskam prześladowcę? 

– Mogłoby tak być – odparł z namysłem, kiwając głową. 

– W  takim razie nie mam wyjścia! Chociaż nawet jakbym miał… to bardzo chętnie spotkałbym się z tobą znowu – przyznał trochę nieśmiało akurat w momencie, gdy podeszli pod klatkę. Przystanęli. Marcel odwrócił się przodem do Kuby, który nagle znalazł się odrobinę bliżej niego. Bliżej niż był przez całe ich dotychczasowe spotkanie. 

– Jesteś wyjątkowy, wiesz? – mruknął, unosząc rękę do jego klatki piersiowej. Przejechał po niej palcem, na co serce Marcela stanęło niemalże z szoku i emocji. Jezu! Chłopak go dotykał! – Nie spodziewałem się, że tak to się potoczy. Mówiłeś mi, że nie jesteś za  bardzo… No wiesz. I to naprawdę była randka, a nie tylko spotkanie prowadzące do seksu, a tak to się zazwyczaj kończy. – Zaśmiał się nerwowo, a Marcel spąsowiał na twarzy, czując, że nogi się zaraz pod nim ugną. – I to była najlepsza randka, jaką w życiu miałem. – Pochylił się nad nim, powoli zsuwając palce z jego klatki piersiowej. Pachniał nieziemsko i był coraz bliżej, aż w końcu ustami zetknął się z jego ustami w krótkim pocałunku. 

Marcel właśnie przeżył w swoim życiu kolejny zawał. Serce na chwilę zatrzymało mu się w piersi, żeby po chwili zacząć bić w szaleńczym tempie, no bo jak to tak, chłopak go całował! No dobra. Pocałował – krótko, słodko i było to zaledwie muśnięcie, ale i tak zakręciło mu się od tego w głowie. Na dodatek to było publicznie! Każdy mógł ich zauważyć, mama mogła wracać z pracy…! 

Ale nikogo nie było, tylko oni. Marcel zarumieniony, a Kuba z zadowolonym uśmiechem, jakby właśnie wygrał w totolotka. Rogacki nie czuł się tak, jakby coś wygrał, raczej jakby odkrył coś nowego. Coś, nad czym musiał się zastanowić. 

– Odezwę się do ciebie i wtedy się umówimy – zaproponował Kuba, odsuwając się. Marcel przytaknął. Nie był w stanie wykrztusić z siebie słowa. – W takim razie do zobaczenia! – Wyszczerzył się, patrząc wprost na jego usta, tak jakby miał zamiar wrócić tu do niego i pocałować go znowu. 

Opanował się. 

– Już nie mogę się doczekać.

Czas spotkania dobiegł końca. 

Marcel jakimś cudem dotarł do mieszkania, a także i do pokoju, w którym zamknął się szczelnie i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w swoje dłonie. Serce wciąż mu biło w zawrotnym tempie, a na twarzy czuł wypieki. To się wydarzyło naprawdę, choć wydawało się takie nierzeczywiste… Jakby zaraz miało zniknąć. 

Kuba był słodki zupełnie jak to ciastko, ale wydawało mu się, że był tylko na chwilę. Że nie mógłby być na dłużej.

Ale może jednak? Może to tylko takie pierwsze wrażenie? W końcu Marcel nie miał nigdy nikogo, a to chyba był naprawdę dobry początek. Po prostu potrzebował się przełamać. Potrzebował odetchnąć. 

Oddychał więc, a mimo że w głowie miał mętlik, to na ustach malował mu się uśmiech. Ten jednak szybko zgasł, kiedy chłopak wrócił myślami do rzeczywistości. Czym prędzej odpalił komputer i zadzwonił przez Facebooka do Bartka, który na szczęście odebrał od razu i spojrzał na niego przez kamerkę. 

– No i mów, jak było – zaczął niby standardowo, ale Marcel widział jego podpuchnięte oczy i bladą niczym ściana twarz. 

– Było okej, a jak ty? – zapytał od razu, powodując tym grymas na Bartkowej twarzy. 

– Jakoś żyję – zbagatelizował machnięciem ręki. – I nie okej, chciałem znać szczegóły, pamiętasz? Trzy godziny to jednak dość sporo… Fajny ten Kuba? 

– Było naprawdę w porządku. Rozmawialiśmy – podkreślił – i dogadywaliśmy się, właściwie to mamy też dość podobne poczucie humoru. – Wzruszył ramionami, starając się nie ekscytować, ale zdradził go szeroki uśmiech, który wykwitł na jego twarzy.

– O, proszę, czyli jednak dobrze, że napisałem – odpowiedział zgryźliwie. 

– No i… Pocałował mnie! – powiedział szybko, czując się równie mocno zażenowanym, co podjaranym. Mógł chyba oszczędzić tej informacji Bartkowi, ale po prostu nie potrafił tego zatrzymać tylko dla siebie, bo by go rozniosło!  Z mieszanymi uczuciami patrzył więc, jak oczy Sójki rozszerzają się w niedowierzaniu. 

–  No co ty?! Serio… W końcu! – ucieszył się jakby szczerze, na co Marcelowi zrobiło się cieplej na sercu. Szkoda tylko, że działo się tak w chwili, kiedy to drugie serce zostało tak bezdusznie złamane.  

– Ale wiesz, to nic takiego! Tylko taki… pocałunek na pożegnanie – wytłumaczył zarumieniony, obserwując dokładnie, jak na usta przyjaciela wpływa pobłażliwy uśmiech. 

– Na razie. Później będzie inaczej i w takim razie Kacper będzie musiał się odwalić! – Marcel zamrugał kilka razy, bo całkowicie zapomniał, że przecież o to tu chodziło. To znaczy głównie o to, a posiadanie chłopaka, to już było tylko przy okazji. Tylko że jakoś Kacper stał przy tym wszystkim z boku, nie było go, nie wtrącał się, po prostu go to nie dotyczyło. 

– O ile wyjdzie – zaznaczył, nie mając co do tego pewności. 

– O ile wyjdzie – powtórzył za nim Bartek, przytakując mu głową. 

Marcel nie wiedział tylko, czy chciał, żeby wychodziło. 


Aktualizacja:24.09.2020




niedziela, 2 września 2018

Rozdział 21


Kacper skończył to swoje gotowanie jakieś pół godziny później. W tym czasie Marcel zdążył porządnie zgłodnieć, a unoszący się w powietrzu zapach wcale nie ułatwiał mu zadania, kiedy czekał z wytęsknieniem chociażby na jakieś ochłapy jedzenia. Teraz to nawet czerstwy chleb by mu smakował! Szpinak! Wątróbka nawet!

…No dobra, może wątróbka nadal nie, ale był już naprawdę głodny, dlatego kiedy Kacper w końcu skończył i postawił mu przed nosem talerz, miał ochotę szczerze mu podziękować. Miał jednak w pamięci swoje surowe postanowienia co do jakiegokolwiek chwalenia tego posiłku, więc zamknął buzię na kłódkę i po prostu wziął się za jedzenie. Chciał nawet na coś ponarzekać, naprawdę; że może za słone albo jakieś takie niesmaczne ogólnie, ale po prostu nie mógł, bo danie zarówno z wyglądu, jak i w smaku było zajebiste, o czym Marcel szybko się przekonał. Wawrzyński bowiem przerósł samego siebie, a przynajmniej przerósł wszystkie oczekiwania Marcela, który znawcą żadnym nie był, ale jadł już nie raz pierś z kurczaka, a ta… Ta była jakaś taka lepsza. Świetnie się komponowała z pieczonymi papryczkami nadzianymi farszem, który również był dla Rogackiego zagadką i albo to faktycznie było takie dobre, albo naprawdę był wygłodzony. 

W każdym razie Wawrzyński nie potrzebował żadnych pochwał. Prędkość, z jaką pustoszał Marcelowy talerz, była wystarczającą pochwałą, przynajmniej patrząc po tym jego zadowolonym uśmieszku i tym wzroku. 

– No nie szczerz się tak. Nie przebiłeś Marcina i jego kaczki, którą kiedyś zrobił – powiedział wyniośle, bo te wykrzywione usta i roziskrzone oczy zdecydowanie źle na niego wpływały. 

– Przebiłbym – odpowiedział i, wbrew oczekiwaniom Marcela, zamiast posmutnieć czy chociażby zwątpić w swoje możliwości, wyszczerzył się bardziej. – Marcin nie dorasta mi do pięt. Ale żeby dostać kaczkę, musiałbyś czekać dwie godziny, a nie pół – dodał, nabijając na widelec kawałek kurczaka. Później włożył go sobie do ust i nawet przez chwilę nie przestał patrzeć się w oczy Marcela, przez co chłopakowi zrobiło się odrobinę bardziej gorąco. Wyprostował się przy tym i odchrząknął, zaciskając mocniej ręce na sztućcach, bo kto to słyszał, patrzeć na kogoś w taki sposób i do tego jeszcze coś przełykać? – Chociaż na pewno bym nie narzekał, bo wtedy pewnie dłużej byś został – mruknął zadowolony, a serce Marcela zatrzepotało w piersi z protestu. 

– Jestem tu już wystarczająco długo – powiedział oschle, chcąc trochę zgasić Kacpra, bo jego dzisiejszy entuzjazm zaczął go już przytłaczać.   

– I będziesz jeszcze dłużej – odparł miękko, na co Rogacki odchylił się do tyłu na krześle i spojrzał na niego spod zmrużonych powiek. 

– Nie ze swojej woli – fuknął, starając się wyglądać tak bardzo nieprzystępnie, jak tylko mógł. 

– Tak? – rzucił rozbawiony Kacper. – To kto cię do tego zmusza? 

– Ty, oczywiście! I Bartek równie mocno – sapnął, nie wiedząc już jak się bronić przed tą subtelną nachalnością, bo przecież Wawrzyński w żadnym stopniu nie naruszał jego strefy osobistej, nie zbliżał się ani nic, ale słowami sprawiał, że Marcel czuł się niemalże rozbierany i rozkładany na części pierwsze. 

– Więc to miał na myśli twój przyjaciel, kiedy mówił, że cię do czegoś zmuszam? Bo brzmiał trochę, jakby miał na myśli inne rzeczy – powiedział niewinnie, odkładając sztućce na talerz jak gdyby nigdy nic, jak gdyby to właśnie była najnormalniejsza sytuacja pod słońcem, a oni rozmawiali o pogodzie… 

Ale wcale tak nie było! Policzki Marcela spąsowiały, palce zacisnęły się jeszcze mocniej na sztućcach gotowe, by wymierzyć nimi prosto w Kacprową twarz, a on sam przeklął Bartka w duszy i przy okazji płonął ze wstydu. 

– Co…? On? On? – zająkał się, nie wiedząc gdzie podziać wzrok. – Nie, Bartek to debil, pewnie tak coś palnął – zaczął tłumaczyć zły na siebie w duchu, że wspomniał w obecności Sójki cokolwiek o Kacprze i zmuszaniu naraz, bo najpewniej utkwiło to Bartkowi w głowie na tyle, by robić o to burę, mimo że przecież były to tylko głupie żarty. 

– Sam jesteś debil. – Marcel zesztywniał cały i w mgnieniu oka cała jego uwaga skupiła się na Sójce, który odżył nagle i teraz wił się na kanapie, ledwo mówiąc. Rogacki od razu do niego doskoczył i spojrzał na jego bladą twarz, brudną i podrapaną. Serce mu zmiękło, zwłaszcza kiedy zobaczył stojące w niebieskich oczach świeczki, więc od razu przysiadł przy przyjacielu i zaczął miarowo przeczesywać jego włosy, będąc przy tym wdzięcznym Sójce za wybawienie go z opresji, bo tym właśnie było pytanie Kacpra. 

– Wszystko okej? – zapytał przestraszony, w głębi duszy wiedząc, że było to chujowe pytanie, ale na nic innego nie było go stać. No bo co więcej mógł powiedzieć? Głos i tak uwiązł mu w gardle. 

– Nie – odpowiedział pusto, po czym w końcu skoncentrował wzrok na twarzy przyjaciela. – Mandy mnie zdradziła – powiedział cicho, wypranym z emocji głosem, jakby sam sobie chciał wbić tę wiedzę do głowy. Przez chwilę jego wzrok był nieobecny, całkowicie nieostry i dopiero po kilku sekundach coś się w nim zmieniło. Drgnął nagle, uniósł się i pozieleniał na twarzy. – O kurwa, będę rzygał – powiedział, a chwilę później targnęły nim torsje. Przerażony Marcel czym prędzej przystawił miskę pod jego twarz, żałując, że jednak coś zjadł, bo teraz i jego niemalże wzięło na wymioty. 

Ale miał zamiar być dobrym przyjacielem. Przytrzymał głowę Bartka, bo ten nie miał siły jej nawet unieść, a także odgarnął mu lekko przydługie włosy, żeby przypadkiem nie wylądowały na nich jeszcze wymiociny. 

Długo trwał ten stan beznadziejności, długo z Bartkiem nie było żadnego kontaktu, ale cały ten czas Marcel siedział przy nim wytrwale. Nawet Kacper się ulitował i przyniósł mu z łazienki namoczony ręcznik, którym Rogacki zaczął obmywać rozpaloną twarz Sójki. 

– Kurwa, głowa zaraz mi eksploduje – wyjęczał Bartek, pomiędzy kolejnymi seriami mdłości. – Daj mi wody – poprosił Marcela, który chciał się od razu zerwać, ale i tym razem Wawrzyński go ubiegł. Poszedł nalać Bartkowi świeżej wody i podał mu ją prosto do dłoni, spoglądając na niego z dziwną miną. Sójka również w końcu na niego zerknął i wydawał się być nad wyraz zaskoczony jego obecnością. Później, mętnym wzrokiem rozejrzał się  po pomieszczeniu, rejestrując, że znajdował się w całkowicie obcym mieszkaniu. 

– Nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem tu wylądowałem – oznajmił, po czym wypłukał usta i wypluł wszystko do miski. 

– Może to i lepiej – odpowiedział przyjaciel, uśmiechając się łagodnie, a potem jeszcze raz przesunął chłodnym ręcznikiem po jego czole i policzku. 

– Pewnie… Pewnie bardzo odleciałem – mruknął, po raz kolejny spoglądając na Kacpra. Teraz jednak nie był w ani trochę wojowniczym nastroju, przeciwnie, wydawał się być skruszony i tak zrozpaczony, że Marcel odczuwał niewyobrażalną potrzebę żeby go przytulić. 

– Nie było aż tak źle – odezwał się w końcu Wawrzyński i dobrze, że to zrobił, bo z jego ust musiało to zabrzmieć bardziej wiarygodnie niż z ust przyjaciela, który powiedziałby wszystko, byle tylko Bartkowi zrobiło się lepiej.  

Sójka kiwnął na to głową, ale zaraz zastygł w bezruchu i syknął. Musiało go wszystko boleć zarówno od nadmiaru alkoholu, jak i ogólnego poturbowania, bo na pewno przez tę noc i dzień chłopak musiał się nieźle poobijać. 

Na szczęście, pogoda sprzyjała jego umęczonemu ciału. Na dworze zrobiło się chłodniej, a ciemne chmury pokryły całe niebo, jak gdyby zbierało się na deszcz. Przyjemny wiatr wpadał przez okno i raz na jakiś czas owiewał każdego z osobna, przez co atmosfera zrobiła się trochę spokojniejsza. Było cicho i szarawo, uspokajająco. 

– Powiesz mi, o co chodzi z Mandy? – zapytał szeptem Marcel, nie chcąc psuć tego spokoju, ale było to silniejsze od niego. W końcu musiał wiedzieć, by móc jakoś pomóc. 

Bartek skrzywił się, zmrużył powieki, jak gdyby chciał odgonić łzy i powolnym ruchem sięgnął do kieszeni, skąd wyjął telefon i odblokował go. Z żalem wypisanym na twarzy wszedł na Facebooka i klikną wiadomość, jaką dostał od jakiegoś chłopaka. 

– Wysłał mi to – zaśmiał się ponuro, przekręcając telefon w stronę Marcela, żeby pokazać mu lepiej zdjęcie. 

Marcel zamrugał kilka razy, po czym zażenowany odwrócił wzrok. Zdjęcie co prawda było mocno zamazane, ale było na nim widać półnagą, bezwstydnie rozłożoną na łóżku Olkę. Zrobiło mu się bardziej niż głupio, ale mimo tego nie potrafił uwierzyć, że to wszystko było naprawdę. 

– Może to Photoshop… – mruknął, nie chcąc dłużej na to patrzeć. – Jest niewyraźne. 

– Myślisz, że tak nie pomyślałem? – odpowiedział gorzko. – Oczywiście, że nie uwierzyłem! Ale potem napisałem z tym do niej i ona… Ona nie zaprzeczyła i zaczęła mnie przepraszać. I… I to… – mówił, a z każdym słowem jego głos stawał się coraz bardziej płaczliwy. 

Marcelowi też się niemalże zebrało na płacz, bo on naprawdę myślał, że Olka i Bartek to było to. Ta wielka miłość aż po grobową deskę. Przecież oni byli ze sobą… Sam już nie wiedział, ale ciągnęło się to niemalże od przedszkola! I Bartek też tak myślał, traktując Mandy jak siódmy cud świata, swoją gwiazdę, która wyznaczała mu kierunek, dziewczynę, która miała być z nim już zawsze. Zawsze z dumą opowiadał, że to była jego jedna i jedyna kobieta i że przez całe życie będzie tylko z nią. Mówił, że był to powód do dumy, a nie wstydu, na co Mandy uśmiechała się z politowaniem i targała go po rozwichrzonej czuprynie. 

– Jak ona mogła? – padło w eter, a Marcel spojrzał krótko na Kacpra, który również wydawał się przejąć ich parszywy humor. Wawrzyński oddał mu spojrzenie, ale nie było w nim odpowiedzi, jak teraz powinni się zachować, jak pocieszyć tę kupkę nieszczęść. 

Chyba nie było na to sposobu. 

Bartek będzie musiał swoje przepłakać, wycierpieć, aż w końcu może czas wyleczy jego rany i będzie w stanie żyć dalej. Tylko coś mówiło Marcelowi, że przyjaciel tak naprawdę nie da rady się pozbierać, nie tak do końca. 

– Przecież to było to. Pierdolona miłość. Nie uwierzę, że tego nie było, a ona… Tak po prostu… Rżnęła się z innym? – mówił pusto, po czym znowu zwymiotował, krzywiąc się przy tym z bólu. Na jego czoło wstąpił pot, ręce drżały mu chorobliwie, a oczy ponownie się zaszkliły. 

Marcel wznowił głaskanie przyjaciela po włosach i chyba Sójka w końcu to zarejestrował, bo uśmiechnął się do niego płaczliwie i wyciągnął chudą dłoń, którą objął go przez szyję i przytulił się do niego. Pochwycił go jak tonący brzytwę. 

– Cokolwiek by nie było, my i tak będziemy przyjaciółmi, nie? – rzucił ciężko, a Marcel przytaknął mu gorliwie, nawet nie przejmując się, że Kacper widział to wszystko, że patrzył tym swoim świdrującym wzrokiem i że prawdopodobnie ocenił ich na dwóch największych przegrywów. – A ty, Wawrzyński, masz tego nie spierdolić – warknął, na co Marcel spiął się cały, ale nawet nie miał jak zerknąć na Kacpra, więc trwał w tym uścisku, wyrzucając ze świadomości ostatnie zdanie. 

Kacper niczego między nimi nie zepsuje, bo nie miał wpływu na żadną część Marcelowego życia, ot co!  

– Naprawdę masz czelność jeszcze do mnie mówić? – mruknął Kacper, ale po jego głosie Rogacki wyczuł, że wcale nie był zły na Sójkę. I potwierdziło się to, kiedy w końcu uścisk przyjaciela się rozluźnił, a on mógł spojrzeć w twarz Wawrzyńskiego. Co prawda, była ona bardziej spięta i naburmuszona, ale zdecydowanie nie wściekła.

– Nie pamiętam, żebym mówił cokolwiek, ale jeżeli mówiłem, to wiedz, że i tak ci się należało – odparł Bartek ciężko, sennie przymykając powieki. – Ta warga to też ja? – zapytał zaraz równie przymulonym tonem, a Marcel uśmiechnął się pod nosem, bo w tym pytaniu było coś uroczego. 

– Ta…

– Super, zawsze chciałem komuś wpierdolić – odparł, już praktycznie nie kontaktując. Chwilę później znowu zasnął, a Marcel spojrzał bezradnie na Kacpra. 

– Jeżeli chcesz, to mogę go obudzić i nie będziemy ci dłużej zawracać głowy – szepnął, czując się autentycznie głupio, że tak nadwyrężał gościnność Wawrzyńskiego. – Pójdziemy do mnie, on jest już bardziej przytomny, więc… – mówił dalej, ale Wawrzyński natychmiast zaprotestował. 

– Nie będziecie nigdzie iść. Jak już to was odwiozę, ale chyba lepiej, żeby się jeszcze przespał, bo później to nie wiadomo… A jak śpi, to niech śpi, przynajmniej nie będzie myślał – powiedział Kacper rozsądnie, czym po raz kolejny odrobinę urósł w oczach Marcela. 

– To na pewno nie jest żaden problem? 

– Najmniejszy – szepnął, nie niszcząc tej ciszy i spokoju, które uspokajały Rogackiego. Czuł na twarzy powiew wiatru. W powietrzu unosił się zapach deszczu, co również działało kojąco. Dzisiejsza atmosfera, która między nimi panowała, była jakaś dziwna. Sprawiała, że czuł się spokojny i podenerwowany jednocześnie, co nie miało kompletnie sensu, ale jednak tak było. Chyba po prostu musiał to zaakceptować. Przytaknął więc, a potem podniósł się z podłogi, odchodząc od przyjaciela. – W takim razie muszę do łazienki – powiedział nie głośniej niż wcześniej, a Kacper wskazał mu drogę. 

Kiedy tylko zamknął się w łazience, od razu opróżnił pęcherz, który rwał go już niemalże od godziny. Potem umył ręce i ochlapał twarz wodą, mocząc przy tym miejscami swoje włosy. Z rozżaleniem spoglądał w lustro, z którego patrzyło na niego smutne odbicie, wymęczone i zdenerwowane, całkowicie wyprane z jakiejkolwiek życiowej energii. Ta informacja, że Ola zdradziła Bartka tak nim wstrząsnęła, że nie mógł się pozbierać. Wiedział przecież, że Bartek chciał jej się oświadczyć. Że planował ją poślubić, mieć z nią dom, troje dzieci, kota i dwie szynszyle, a teraz to wszystko się tak zjebało… Jakby całe życie Bartka runęło w gruzach… Ale Marcel będzie mu pomagał, jak tylko będzie mógł, nawet jeżeli miałby składać go cegiełka po cegiełce, aż wszystko wróci do normy. Bo wróci do normy, nie było innej opcji. Myśląc tak, zerknął na swoje drżące dłonie i jeszcze raz przejechał nimi po zaczerwienionej twarzy. Z emocji na polikach pojawiły mu się niezdrowe rumieńce, których pewnie nie pozbędzie się jeszcze przez dłuższy czas, więc nie było sensu z nimi walczyć. Wyszedł z łazienki i od razu wzrokiem powędrował do przyjaciela, który na szczęście dalej spał, więc bez pośpiechu przeniósł wzrok na Wawrzyńskiego. Ten właśnie siadał do stołu, z którego chwilę wcześniej musiał sprzątnąć talerze, bo teraz nie było po nich ani śladu. 

– Faktycznie, dużo wam tego dali – zaczął z wolna, zerkając na zadania z matematyki. Przez chwile jeszcze nie odrywał od nich spojrzenia, więc Marcel niepewnie podszedł do niego i pochylił się nad swoimi zeszytami. – Ale nie są to jakieś trudne rzeczy – dodał, unosząc w końcu spojrzenie i przesuwając nim po mokrej szyi i kosmykach włosów Marcela. –  Jeżeli chcesz, to możemy je zrobić – powiedział ciszej, rejestrując, że Bartek poruszył się niespokojnie.

– Niby możemy – odpowiedział niechętnie i przysiadł na krześle obok. Starał się nie patrzeć na Kacpra, który siedział do niego niemalże przodem, opierając się luźno łokciem o krawędź stołu. – Chociaż nie wiem, czy to dobry pomysł… Chyba nie za bardzo kontaktuję – mruknął, splatając nerwowo palce ze sobą. Mimo że nie było późno, czuł, że ten dzień go całkowicie wykończył, a na pracę domową będzie miał przecież jeszcze czas. Nic dziwnego więc, że teraz jego głowę zaprzątały inne sprawy. Ważniejsze, bardziej naglące. Marcel bowiem coraz to bardziej zastanawiał się czy napisać do Mandy, pogadać z nią, wytłumaczyć to wszystko jakoś. Tylko czy naprawdę było trzeba coś tutaj tłumaczyć? Marcel chciał jedynie wiedzieć, dlaczego? Przecież Olka nigdy by… Ale najwyraźniej jednak tak. 

– Nie musimy robić nic – padło zaraz, a Marcel przytaknął. Ostatnie czego teraz chciał, to robienie czegokolwiek. Szybko się jednak okazało, że takie siedzenie z Kacprem nie było zbyt przyjemne. Cisza była przytłaczająca, więc Rogacki zaczął nerwowo bawić się swoimi palcami. Później doszło do tego rytmiczne postukiwanie nogą i zaciskanie oraz rozluźnianie ust, kiedy to chłopak zastanawiał się gorączkowo, jak się odezwać, żeby przerwać tę nieprzyjemną chwilę. 

– Więc… – zaczął jak zawsze, kiedy chciał coś powiedzieć, ale w głowie miał kompletną pustkę. 

– Wiesz, nie musisz się wysilać – przerwał mu Kacper, patrząc z powagą na jego twarz, a Rogacki zmarszczył brwi. – Za każdym razem, gdy zapada cisza, stajesz się nerwowy. I z tego co zauważyłem, nie tylko ze mną tak masz – mówił dalej, a Marcel czuł się coraz bardziej odkryty. Czy naprawdę było to po nim aż tak widać? Te nerwy? – To nie tak, że zawsze potrzebne są słowa – mówił dalej i mówił to z taką pewnością, że Marcel nie mógł zrobić niczego innego, jak tylko w to uwierzyć. – Mi nie przeszkadza to, że nie rozmawiamy. No wiesz… Nie głowię się nad tym, o czym teraz powinienem mówić, skoro od dłuższego czasu nie mówiłem nic, bo cisza dla mnie jest naturalna. Lubię ją i nie czuję się źle, kiedy po prostu siedzimy. Przecież to nie tak, że jak przez kilka minut nic nie mówisz, to uważam, że jesteś nudny albo nie masz nic do powiedzenia. Zresztą, jeżeli o nas chodzi, to chyba nic dziwnego, że po prostu czasami… Jest niezręcznie. I nie ma takiej możliwości, że nagle będziemy rozmawiać ze sobą jak najlepsi kumple. To po prostu normalne, że tak jest i to nic złego – zakończył, na co Marcel zamrugał kilka razy i wlepił w niego zszokowane spojrzenie. Bo czy właśnie Kacper nie wypowiedział wszystkich obaw, które gdzieś tam w nim siedziały i przy okazji ich nie zaakceptował, tak w stu procentach? Bo, cholera, było w tym coś tak bardzo w nim zakorzenionego i tak prywatnego, że poczuł się całkowicie odkryty. Jakaś cząstka jego osobowości, której nie znosił, właśnie została wywleczona na wierzch i musiał jakoś stawić jej czoła, bo Kacper miał rację we wszystkim, co powiedział. Marcel obawiał się ciszy ze względu na to, co ktoś o nim pomyśli; że jest nudny, że nie ma swojego zdania, że kogoś po prostu męczy i uważał rozmowę praktycznie za obowiązek, który trzeba było odbębnić. Nigdy przecież nie chodziło o tę drugą osobę, zawsze o niego. To on czuł się niezręcznie, to on starał się ze wszystkich sił coś z siebie wyrzucić, to on się obawiał, to on ciągle myślał, podczas gdy ta druga osoba prawdopodobnie wcale się tak nie zadręczała. Marcel szczerze tego nienawidził. A teraz Kacper, cholerny Wawrzyński, jako pierwszy dał mu pozwolenie na tę cisze i nie zadręczanie się. Ze wszystkich osób to on go odkrył! Jak dziecku wytłumaczył, że nie wymagał niczego ponad to, co było, i to było tak wyzwalające, że z Marcela aż zeszło powietrze. Do tej pory nie myślał, że ktoś po prostu może lubić ciszę. Sam jej nie lubił, nie kiedy znajdował się z kimś obcym, ale ani z rodziną, ani z Bartkiem nie miał aż takich problemów. Była dla niego równie naturalna i czuł się z nią swobodnie, więc całkiem możliwe, że Kacper wcale go nie oszukiwał. Nie należał bowiem do grona najbardziej rozgadanych osób, często był zwięzły i nie paplał głupot. Przeciwnie, swoimi słowami zawsze trafiał w sedno. Może też dlatego tak sprawnie wykorzystywał je przeciwko niemu. – No… powiesz coś? – dodał odrobinę mniej pewnie niż zazwyczaj, przez co Marcel poczuł się jeszcze lepiej. 

– A bo ja wiem? Najpierw mówisz, że mam się nie odzywać, teraz, że mam się odzywać. Same sprzeczne sygnały. – Wzruszył ramionami i uśmiechnął się półgębkiem, czym wywołał dokładnie taki sam grymas na twarzy chłopaka. 

– Faktycznie, głupio z mojej strony – odparł, a Marcel po raz kolejny odnotował w swojej głowie roziskrzone oczy i uśmiech bardziej sympatyczny niż wydawało mu się, że Kacper może posiadać. 

– To dobrze, już mi było źle z tym, że ciągle to ja robię głupie rzeczy – powiedział, nie mogąc się nadziwić, jak tych kilka zdań wypowiedzianych wcześniej przez Kacpra mogło go tak odblokować i zadziałać właściwie na opak, bo tym przyzwoleniem na ciszę Kacper osiągnął właściwie całkiem odwrotny skutek. 

– Ja na szczęście swoje głupie czasy mam już za sobą – bąknął, a jego uśmiech lekko przygasł. Marcel domyślał się, o czym mógł myśleć, mówiąc o swoich „głupich czasach” i patrząc na niego z wyraźnym poczuciem winy. Rogacki nie wiedział gdzie podziać wzrok, więc spuścił go tylko i zapatrzył się na swoje splecione dłonie. Zastanawiał się, czy Kacper naprawdę żałuje tak, jak o tym mówił. Że spędzało mu to sen z powiek jeszcze do tej pory, że zadręczał się i szczerze było mu żal przez to, jak go kiedyś traktował. 

– Tak, chyba już masz – cicho przyznał mu rację. Chyba… Chyba to był już ten czas, kiedy trzeba było to powiedzieć i zaakceptować. Wawrzyński wcale nie był tą samą osobą, którą był kiedyś. Zmienił się, wydoroślał, dojrzał i z dzieciaka, który mógł spuścić wszystkim wpierdol, zmienił się w kogoś, kto, zamiast celować pięścią w twarz, podawał pomocną dłoń. A taka pomocna dłoń w tych czasach była czymś naprawdę niespotykanym i czymś, co powinno się cenić. I faktycznie Marcel to doceniał, uczył się to doceniać i starał się, ale demony przeszłości wciąż były w nim obecne – wspomnienia tak żywe i dokładne, i co najgorsze bolesne jak żadne inne również w nim były i nie potrafił ich wymazać. Nie, kiedy miał Kacpra przed oczami. – Ale to nic nie zmienia – mruknął, zerkając do góry w niebieskie oczy. Widział, jak mina Wawrzyńskiego posępnieje, spojrzenie traci blask, a on sam jedynie potakuje mu lekko i bez entuzjazmu. 

Naprawdę nie zmieniało? 


Marcel siedział z Bartkiem dwie godziny później na łóżku u siebie w pokoju. Gdy tylko Sójka się obudził i zaczął kontaktować, Kacper ich odwiózł i tak wylądowali tutaj. Milczący, w posępnych nastrojach, oparci o ścianę na rozścielonym łóżku. Marcel kilka minut wcześniej zbył mamę i Zuzę i zamknął pokój na klucz. Nie wiedział, co powiedzieć, w sercu miał pustkę, a wszystkie słowa, które przychodziły mu do głowy wydawały się nie na miejscu. Jedyne co robił, to był i miał cholerną nadzieję, że to bycie wystarczy, że Bartek jakoś się pozbiera, stanie na nogi. Na razie nic na to nie wskazywało. 

Sójka miał puste spojrzenie, a z jego błękitnych oczu co jakiś czas toczyły się łzy; już bez krzyków, bez słów. Po prostu siedział i cierpiał, a Marcel nie mógł zrobić nic, by temu zapobiec. Trzymał luźno dłoń przełożoną przez jego szyję, bo miał wrażenie, że przyjaciel tego potrzebował, ale poza tym… Była pustka. 

Czas leciał powoli i wypełniony był niewypowiedzianym bólem. Sójka przysypiał co jakiś czas i budził się, krzywiąc najprawdopodobniej przez poobijane, posiniaczone ciało. Marcel jakiś czas wcześniej przyniósł mu butelkę wody, którą przyjaciel co jakiś czas popijał i leki, których uparcie odmawiał. 

Rogacki martwił się. Nie wiedział, gdzie Bartek spędził noc, nie miał pewności, czy nie dostał od kogoś wpierdolu, bo skąd by była ta podrapana twarz? Może miał jakieś obrażenia wewnętrzne? Bartek upierał się, że z jego ciałem jest wszystko w porządku. Zdecydowanie gorzej musiało być z duszą… 

– Napisałem do twoich rodziców, że u mnie jesteś i zostaniesz na noc – odezwał się, kiedy Sójka na powrót się przebudził. Nie zareagował, nawet nie skinął głową, przez co Rogacki nie wiedział nawet, czy go usłyszał – tak naprawdę usłyszał czy tylko przepłynęło to przez jego uszy. Było to możliwe, Bartek bowiem wpatrywał się tylko pusto w telefon. 

– Ona do mnie dzwoni – szepnął, a jego zachrypnięty głos był ledwo rozpoznawalny. – Dzwoni do mnie – powiedział głośniej, a w jego oczach pojawił się gniew. – Jakim prawem? – warknął, po czym cisnął telefonem przed nosem Marcela, a ten roztrzaskał się o przeciwległą ścianę. – Jak ona w ogóle śmie? – ryknął i podniósł się niezdarnie z łóżka, a Marcel patrzył na niego przerażony. Serce biło mu jak oszalałe, a wzrok powędrował za potłuczonym telefonem, z którego szkło rozsypało się po podłodze. 

– Bartek… – zaczął, widząc, że przyjaciel chce podejść do urządzenia. – Zostaw to – nakazał i wstał gwałtownie. Stanął przed przyjacielem i położył mu dłonie na ramionach, chcąc go zatrzymać. Bartek przez długą chwilę patrzył na niego wściekle, po czym jego wzrok złagodniał. – Ja to jakoś ogarnę. A… A jak chcesz coś, to powiedz, ale najlepiej się połóż, okej? – powiedział blady na twarzy, na co Bartek jedynie wzruszył ramionami i dał się poprowadzić do łóżka. 

Marcel przypilnował, żeby chłopak się położył i przykrył, po czym wyszedł z pokoju po zmiotkę i szufelkę. Gdy wrócił, z ulgą odkrył, że Bartek nie ruszył się z łóżka ani o centymetr. Szybko posprzątał szkło. Resztkę, która została z telefonu, położył na biurku i usiadł cicho przy komputerze. Nie, żeby miał zamiar coś robić. Był w stanie jedynie patrzeć w pusty, czarny ekran, przynajmniej do czasu aż nie odezwał się jego telefon. 

„I jak się trzyma?”, napisał Kacper.

„ Ciężko z nim.”

„Jakbyś czegoś potrzebował to pisz.”

Marcel odczytał to i niedowierzająco pokiwał głową. 

„Dzięki, nie będzie trzeba.”

– Marcel? – Rogacki drgnął i spojrzał szybko na Bartka. – Położysz się też? – zapytał, a on jak na zawołanie wstał z krzesła. 

– Pewnie – odparł i zaczął zrzucać z siebie koszulkę. Niezdarnie zdjął też spodnie i ostrożnie położył się przy Bartku, patrząc z uwagą na jego przymknięte oczy i niezdrowo czerwone policzki. Nie było mu jednak dane długo tak się przyglądać, gdyż przyjaciel nagle otworzył oczy i spojrzał na niego intensywnie, przysuwając się do niego. 

– Tak będzie okej? – zapytał, kiedy to przerzucił jedną rękę przez jego ramię i ułożył ją w okolicach jego łopatki, przysuwając się tym jeszcze bliżej. 

– Mhm, jest okej – odpowiedział szeptem, chociaż serce zabiło mu mocniej. Postarał się jakoś rozluźnić, ale nie było to łatwe, gdyż sekunda po sekundzie Bartek był coraz bliżej niego, aż w końcu wtulił twarz w jego szyję, tak że Marcel czuł na skórze gorący oddech, a przy swoim ciele jego ciało.

I mimo że to był Bartek, Marcel poczuł się zawstydzony, bo w jego głowie po raz pierwszy pojawiła się myśl, że nie był tylko z przyjacielem, ale przede wszystkim… z chłopakiem. 

A to akurat było pojebane. 


Aktualizacja: 24.09.2020
 *** 
Hej kochani, przybywam z kolejnym rozdziałem. Nie wiem, jak Wam, ale mi osobiście bardzo się on podoba. Czasami jak czytam coś swojego to mam takie: meh, dlaczego ty to w ogóle napisałam?, a ten rozdział nie wywołał we mnie takich odczuć. Aż samej mi było szkoda, że jest taki króciutki xd Albo to mi tak szybko przeleciał, bo na długość to raczej taki standard u mnie. 
No i jest jakby taki progres między Kacprem i Marcelem. Miałam tę ich rozmowę w głowie, długo wcześniej zanim napisałam ten rozdział i pomagała mi ona obudować charakter Wawrzyńskiego, dlatego jest, jaki jest - taki spokojny i wyważony. Zresztą, sami piszecie, że to czuć, co mnie bardzo cieszy, no i sam Marcel w końcu to zauważył.